wtorek, 28 grudnia 2010

25. Chatka Asha Williamsa* i jęzor Gene'a Simmonsa


Postanowiłem nie pisać jednak o pracy. Są tego dwa powody – pierwszy taki, że na razie jest mi dobrze i nie ma na co narzekać (czyli zanudziłbym Was na śmierć), a drugi taki, że jakiekolwiek roztrząsanie sprawy nieuchronnie doprowadziłoby do głębszych rozmyślań, które z kolei mogłyby skłonić mnie ku smutnej konkluzji, że suma sumarum, jest do dupy. O robocie, zatem znów nie będzie. Dla mojego i waszego, kochani moi, dobra. No bo ileż można czytać o zawodowych perypetiach życiowego niedorajdy?

W święta przeciągnięto mnie przez góry. Zamiast leżeć z wywalonym brzuchem i ładować w siebie tony żarcia, ja obarczony ciężkim plecakiem, klatką z kalekim kotem i tobołami z żywnością, parłem pod górę, by dotrzeć do górskiego domku mojej lejdi. Klimat rodem z Evil Dead, brakowało tylko Necronomiconu w piwnicy, kilku obrzydliwych demonów pod schodami i piły łańcuchowej w miejscu graby. Mogłaby być niezła impreza. Mimo absencji gości z piekła, to były dobre święta, choć poświęcić musiałem moje ulubione dżinsy. Zrozumcie mnie, miasto nie daje zbyt wielu okazji, by praktykować wspinaczkę w warunkach ekstremalnych. Tym bardziej nie z 30stoma kilogramami na plerach, tłustym kocurem w klatce i toną wiktuałów w łapie. Dlatego własnie poległem jak ostatnia dupa wołowa, pośliznąwszy się na niesympatycznym koktajlu śniegu i błota. Piękna Pani rzekła, iż dziura powstała na lewym kolanie dodała gaciom charakteru i generalnie jest sexy, ale... Nie tak to sobie zaplanowałem. Nie myślcie jednak, ze taki szczegół zepsuł mi wypad. Nic podobnego! Klimat rąbania drewna i ciągłego dorzucania do ognia, by w kominku nie przestało się palić, jest nie do przecenienia. Mówię poważnie. Jeśli dodać do tego nocne seanse z prawdziwym projektorem i rozkładanym ekranem, wychodzi zestaw wręcz wymarzony. Mimo wszystko Jason nie przyszedł w gościnę. Necronomiconu, jak już wspomniałem także nie udało się znaleźć.

Obiecałem opowiedzieć trochę więcej o muzyce mojego życia, a konkretniej o płytach, które w jakiś sposób spowodowały, żem człek taki a nie inny. No to może zróbmy inaczej i przesuńmy wajchę w naszym wehikule czasu nieco bardziej wstecz. Bo przecież jakoś się to wszystko zacząć musiało, prawda? Każda choroba ma swe źródło, tak jak każda noc ma swój świt, tak jak każdy kowboj śpiewa swa smutną, smutną piosenkę...**

Najsampierw byli starzy i ich winyle. Najważniejszy jednak był ten jeden, jedyny: Electric Light OrchestraOle Elo (Special Programming Aid. For D.J. Use Only. Not For Sale. Limited Edition, 1976 United Artists Music And Records Group, Inc. / Jet Records). Składanka największych przebojów Elo z lat 1972 – 1976. Płyta złota, półprzezroczysta. Piękna. Była dumą mego ojca w czasach jego młodości i zapewne byłaby do dziś, gdyby jeszcze przykładał do tego jakąkolwiek wagę (ostatnio nawet bredził cos o jej sprzedaży, ale szybko wybiłem mu to z głowy). Na obrazku zdobiącym przednią stronę koperty, pięć zgrabnych pań (ubranych ściśle wedle obowiązujących wówczas standardów seksowności) zasłania swe, zapewne piękne, twarze okładkami pięciu płyt, z których dokonano wyboru utworów. Tyle jeśli chodzi o warstwę wizualną. A jak się to wszystko miało do mego jestestwa? No cóż, wcześnie przyszło mi poznać uroki art rocka i glamu wczesnych lat 70tych. Hiciory wryły się w mózg i zapewne to one wyrobiły we mnie tę szczególną wrażliwość, która później uczyniła mnie die hard fanem Queen i wielkim entuzjastą The Beatles, Roxy Music etc. Zamiast utonąć w nijakości, bądź pogrążyć się w ekstremie, pozostałem przy melodiach, przepychu iu krystalicznych produkcjach,. Nieważne, czy mówimy tu o glam rocku, prog rocku, pop rocku, czy metalu. Zasada to zasada.

Niedługo później ojczulek przyniósł do domu straszliwy album zwany KISS Lick It Up, (1983, Casablanca Records). Czwórka cwaniaków na okładce, w tym robiący nieprzyjemne wrażenie Gene Simmons z obowiązkowo wywalonym na wierzch jęzorem. To zabawne, że poznawałem Kiss jako zespół występujący bez makijaży rodem z teatru kabuki. Z drugiej jednak strony, nie ma się czemu dziwić, zważywszy na to, że album ten pojawił się w moim domu około roku 1987, czyli w czasach kiedy ten uroczy band definitywnie pozbył się swego słynnego imidżu. Nie pamiętam, by ta płyta była puszczana w moim domu przed tym, kiedy sam odkryłem ją, będąc już uczniem szkoły podstawowej. Być może dla moich rodziców była ona zbyt ostra. W gruncie rzeczy, cały ten amerykański hard rock, który tak bardzo pokochałem będąc licealistą, nie cieszył się nigdy nad Wisłą zbyt wielką popularnością. Moi rodzice nie stanowili tutaj wyjątku. Zapewne była to dla nich ciekawostka z Ameryki. Wiecie czym wówczas były dla nas te trzy litery U.S.A.. Wolność, swoboda, Mekdonald, Kokakola i Lakistrajki. Kiedy pierwszy raz, ze szczeniackiej ciekawości, włożyłem Lick It Up do ojcowskiej Unitry, muzyka na nim zawarta nie spodobała mi się. Zbyt intensywna, zbyt ostra. Nie to co ELO. Pamiętam jak w pokoju starych, kiedy zostawałem sam (od małego byłem pieprzonym samotnikiem) czytałem groszowe horrory Guya N. Smitha (crapowe czytadła pokroju Szatańskiego pierwiosnka), a w tle rozbrzmiewały Exciter, Not For The Innocent, A Milion To One itd… I starałem się te dźwięki zrozumieć. Naprawdę wiedziałem, jakiś czort szeptał mi do ucha, że lada dzień przyjdzie czas, kiedy do tego dorosnę. Odkrywałem nowe lądy, nawet jeśli wtedy jeszcze nie wydawały mi się przyjazne. Nie byłem gotowy. Ale jeszcze jedna rzecz, oprócz jęzora Simmonsa, wryła się mocno w moja pamięć – potężne brzmienie. Ta płyta naprawdę dawała pieruńskiego kopa. Recenzenckie zboczenie nie pozwala mi darować sobie uwagi, że kompaktowa wersja tego albumu to tylko namiastka tej prawdziwej, wypływającej z samych czeluści Tartaru, mocy. Cyfrowe spłaszczenie nie podziałało in plus. Dlatego do dziś kocham słuchać Lick It Up ze zdartej czarnej płyty. Tak, bo zdążyłem ją zajechać jak starą ladacznicę. Warto dodać, że teraz uważam ją za opus magnum twórczości Kiss. I tutaj mały melodramat, zatem wyciągnijcie chusteczki: Wiele lat później, bo w 2001 roku, zerwała ze mną dziewczyna. Była to taka pierwsza, tak zwana poważna miłość, która nie polegała tylko i wyłącznie na trzymaniu się za rączkę, robieniu słodkich oczek i dukaniu słów, które ponoć powinno się wydukać. To były pierwsze doświadczenia seksualne na dywanie przy gramofonie, pierwsze przedstawiania rodzicom, pierwsze wielkie plany. Ile to trwało! Byłem z nią prawie dwa lata, od końca pierwszej klasy liceum, do końca trzeciej. Kawał czasu. Zwłaszcza wtedy, gdy wszystko dzieje się tak szybko. No i nastąpił breakup. Normalna sprawa. Dzieciakom się wydaje, że się kochają, później się nienawidzą, a następnie dorastają i wszystko co było staje się zabawną anegdotą ze szczeniackich lat. W każdym razie płyta Lick It Up okazała się najlepszym lekarstwem na gówniarskie łzy. Szczególnie puszczana głośno.

Ok, dość, spać. Gawędziarze mogą tak w nieskończoność...

_________________________________________________________________________________

* główny bohater horroru Evil Dead, popełnionego w 1981 roku przez niejakiego Sama Raimiego (ten od Spider Mana i Drag Me To Hell).
** cytat z utworu Every Rose Has Its Thorn zespołu Poison z płyty Open Up And Say Ahhh (1988 r.)

wtorek, 21 grudnia 2010

23. Nostalgia Metala.


Jak przystało na starego metala celebrującego swą wieczorną samotność, siedzę przy kawie gruntowej i słucham starych płyt Judas Priest. Na scenę wkraczają sentymenty i wspomnienia z lat, kiedy o nic nie trzeba było się martwić, gdyż chronił nas immunitet szczeniacko - uczniowski, cały ciężar i znój żywota spoczywał na głowach naszych rodziców, a my spędzaliśmy popołudnia włócząc się ze słuchawkami na uszach i do czerwoności podniecając każdym nowym muzycznym odkryciem. Nie było empetrójek, pecety nie były jeszcze tak powszechne jak dziś, a na Internet chodziliśmy do zatłoczonych kafejek, gdzie buliliśmy trzy zeta za godzinę rozkoszy czatowania (pierwsze netowe podrywy, ladies and gentlemen!) i odwiedzania sajtów naszych muzycznych idoli. Następnego dnia biegliśmy do sklepów muzycznych (tych prawdziwych, po których dziś, w czasach Media Marktów i innych Saturnów, jedynie mgliste wspomnienie pozostało) i wydawaliśmy całe nasze kieszonkowe na nowiutką płytę CD. Nic się nie mogło równać temu świętu. Nic prócz bzyknięcia pięknej koleżanki z liceum w jej mieszkaniu, pod nieobecność starych. A nawet ulotna przyjemność nastoletniego seksu była dla nas niczym wobec rozdziewiczenia świeżo zakupionego srebrnego krążka, nabożnego przeglądania książeczki (tak, by nie popalcować karteczek) i pierwszego odsłuchiwania. Pamiętam, że premiera Metal Works Judas Priest, najlepszego greatesthitsa jaki można sobie wyobrazić, była jak odpalenie rakiety międzygalaktycznej w moim pokoju! 160 minut, 2 płyty CD i mój świat nigdy już nie miał być taki sam! I za miesiąc po następną płytę, której pierwsze odsłuchanie miało być kolejnym odkryciem. Bo, moi kochani, nie było opcji uprzedniego zapoznania się z materiałem online!

Nie wiem czy te wspominki to efekt mojego powolnego dziadzienia, ale tęsknię za tamtym czasem. Tęsknię za dniami, kiedy o muzyce dowiadywałem się z prasy, od Kaczkowskiego, albo od starszych braci kumpli z klasy. Wiem, że wdepnę w banał jak w parujący krowi placek, ale powiem Wam, że była w tym najprawdziwsza magia. Dziś już nie mam tego mojego pierwszego wydania Metal Works, bo ktoś się nie bał i zajebał. Mam za to Number Of The Beast Iron Maiden, No More Tears Ozzy’ego, Psycho Circus Kiss, 1987 Whitesnake, Perfect Strangers Deep Purple, All The World’s A Stage Rush, Sabbath Bloody Sabbath Black Sabbath, Rise And Fall Of Ziggy Stardust And The Spiders From Mars Davida Bowiego, 1916 Motorhead, Queen II Queen, Holy Diver Dio, Boy U2, czy arcyważną Stained Class Judas Priest. To są płyty, na które odkładałem grosik do grosika kiedym szczenięciem był. To są płyty, które do końca ukształtowały moje muzyczne gusta i uczyniły człowiekiem jakim jestem do dziś! Nawet jeśli teraz moje półki uginają się od srebrnych krążków, to wymienione tytuły mają dla mnie wartość największą. Każdy z nich niesie z sobą konkretną historię z czasów, w które, gdybym mógł, chciałbym wrócić. O każdym mógłbym napisać osobny rozdział. Chcecie? Mogę, bom człek zdolny i do wynurzeń skłonny. Później moglibyście zapytać o prehistorię, czyli czas kaset. Owszem, tych również się nie pozbyłem… Ale to już naprawdę temat na zupełnie inne opowieści. Dajcie znać, a sypnę nimi jak rasowy storyteller.
Cholera, jakiś pusty teraz ten świat i emocji pozbawiony, kiedy wszystko jest na wyciągnięcie ręki, a informacje i pliki zalewają nas z każdej strony. Brak tego dreszczyku, tego orgazmu odkrywania, brak tej jakości…

Ok., let’s get back to reality.

Powieki ciężkie, a brzuch pełny, bo nażarłem się czekolady, która jakimś cudem znalazła się dziś na moim biurku. Pewnie powodem były upcoming święta. Obiecałem sobie, że rzucę wszelakie cholerstwo, które o lustrzycę może mnie przyprawić, ale jakoś nie mogłem się oprzeć. Jak widać, słabyś człecze wobec pokus świata tego.

Na jutro obowiązkowo koszulka Iron Maiden, wąskie streczujące jeansy, sportowe obuwie i nieodzowna ramoneska!

P.S. A o robocie opowiem next time, bo jest co opowiadać!

wtorek, 7 grudnia 2010

22. Upór Fawcetta.


- No to którędy idziemy? – zapytałem pewnego pochmurnego listopadowego popołudnia dawno niewidzianą znajomą, którą zupełnie przypadkowo spotkałem w jednym z najbardziej przygnębiających miejsc we wszechświecie.
- Obojętnie – odparła z szelmowskim uśmiechem – Bezrobotni mogą iść gdziekolwiek.
I tak narzekając na cały ten świat i sposób, w jaki został ułożony, ruszyliśmy w stronę przystanku autobusowego. Za nami powoli malała ponura sylwetka szarego gmaszyska zwanego Powiatowym Urzędem Pracy.
Nie wiem co teraz słychać u mojej zabawnej koleżanki, bośmy się tymi środkami komunikacji miejskiej porozjeżdżali na amen, każdy w swoją stronę i tak już zostało, jednak ja pracę znalazłem. Jednak i znów. Na jak długo? Tego nie wie nikt, jednakowoż wobec faktu, iż jest to znów robota polegająca na ciągłej sprzedaży, może się to ponownie okazać żałosnym epizodem mej kariery handlowca, która jest jak najprawdziwsze przekleństwo.
Żeby jednak zakończyć na jakiś czas te mroczne rozważania, które wykrzywiają mój obraz w waszych oczach, czyniąc ze mnie marudnego grzyba o samobójczych zapędach, nadmienię, iż tym razem opychał będę coś dużego. DUŻEGO. Coś o czym na razie pisać się nie odważę, aczkolwiek od razu rozwiewam wszelakie wątpliwości – nie będzie to broń atomowa, ani jakakolwiek inna. Żywy towar toże, bo proceder to podły i takoż ryzykowny. Nie będą to także figurki Jezusa Chrystusa Świebodzińskiego w skali 1 : 1. Przyjdzie czas, że MOŻE powiem. W każdym razie rzecz jest na czasie. Bardziej nawet niż Swiebodian Christ.
No cóż, albo mi się uda, albo nie, jak to błyskotliwie, na dwoje babka wywróżyła. Pażiwiom uwidim, jak dodał kacap. W każdym razie, nie omieszkam się pochwalić, żebyście doświadczyli prawdziwej radości ze strony Libertyna, którego uśmiech, wierzcie mi na słowo, nie zawsze jest tylko i wyłącznie cynicznym grymasem.

A jak atmosfera w nowym biurze? Ano, mocno okej. Przede wszystkim jest ładnie, schludnie i pachnąco, co jak zdążyłem zauważyć, nie jest u nas zwyczajem. Być może to dlatego, że firma zainstalowała się w tym uroczym miasteczku (sąsiadującym z moim) dopiero kilka miesięcy temu i nie zdążyła jeszcze zajść grzybem, duchotą i potem spod pach. Bodaj by nie zaszła.
Towarzystwo całkiem przyjemne. Generalnie same baby, toteż czasem gwar, że chciałoby się linijką w stół zajebać, czasem powiew infantylizmu najczystszej próby, który wyzwala we mnie przyjemne napływy szowinizmu. Choć zgrozę budzi fakt, że aż trzy osoby z, nie aż tak licznego, teamu mają wyższe wykształcenie, a jedna nawet przez osiem lat uczyła w szkole. No cóż, powinienem był się przyzwyczaić. Nie tylko ze mnie taka dupa wołowa, która nawet nie minęła się z powołaniem, ale po prostu nie miała cienia szansy go zrealizować.

Wszystkie te początkowe dni sponsorowane są przez słowo „Zobaczymy”, dlatego spinam pośladki i prę do przodu jak Percy Harrison Fawcett przez dżunglę amazońską.

A Fawcett parł uparcie, nie bacząc na to, że w rodzimej Anglii czekały go wygody dżentelmeńskiego życia u boku tak pięknej jak młodej żony i uroczych dziatek. Chciał pełnego wyzwań życia eksploratora terenów nietkniętych do tej pory (czyli do początku i pierwszej połowy XX wieku) ludzką stopą. Był prawdziwą gwiazdą ówczesnych mediów, odkrywcą źródeł rzek, twórcą południowoamerykańskich granic, cyborgiem, którego choroby się nie imały, egoistą, despotą i najprawdziwszym, szlachetnym, oldschoolowym badassem. Przysiągł sobie i całemu światu, że prędzej go piekło pochłonie, niż wróci bez mapy prowadzącej wprost do legendarnego złotego miasta. No i go pochłonęło. Przepadł nasz bohater bez wieści, a zaraz po nim całe rzesze copycatów, którzy wiedzeni wizją sławy i chwały ruszyli mu na ratunek.
A wszystko to porywająco opisał pan David Grann w książce Zaginione miasto Z. Czytajcie zanim nakręcą film! Prace już ruszyły i sam Brad Pitt się na ekranie pojawi (ot i cały sekret uśmiechniętej, brodatej mordy hollywoodzkiego amanta, która jaśnieje na początku wpisu).

W słuchawkach: Billy Joel – cała dyskografia. Mam słabość do tych ekscentrycznych artystów – fortepianistów.

P.S. Wiecie co to Candiru? Nie? Google -> search -> włala! Wysokie miejsce na liście najbardziej nikczemnych skurwysyństw Ziemi, tej Ziemi, zajęte!

środa, 17 listopada 2010

21. Same Ol' Shit...


Przeczytałem w poniedziałkowej Wyborczej ile to Kominek zarabia za prowadzenie swojego bloga i jakie rozmaite profity z tego czerpie. Te wyjazdy, rauty, spotkania z władcami wszechświata itd. No, istny celebryta blogowy! Wyjaśnijmy sobie od razu pewną istotną sprawę: nie ma we mnie ani grama złych intencji. Owszem, zazdroszczę kolesiowi sławy i korzyści wynikających z tak błahej i prostej sprawy jak bloggerstwo. Ale to taka lekka, nie destrukcyjna zazdrość. Też bym chciał, żeby czytały mnie dziesiątki tysięcy, tysiące komentowały, a firmy proponowały odpłatne umieszczanie swoich reklam. Nigdy nie bałem się komercji. No, bo kochani moi, jeśli piszesz co tam sobie chcesz i jeszcze pieniążki za to kasujesz, płakać nie możesz. Nawet jeśli weny zabraknie. Tymczasem mnie odwiedza garstka przypadkowych internetowych przechodniów, a i oni nie kwapią się, by wstawić jakikolwiek komentarz. No offence, moi kochani, wiem jak jest. Zero promocji, brak mojej aktywności na innych blogach, czego się zatem spodziewam? Tak bardzo zapaliłem się do utrzymania tego miejsca w tajemnicy przed tymi, którzy mogliby odkryć moją tożsamość, że aż ukryłem je głęboko, poza polem widzenia osób, których obawiać się nie powinienem. Choć tak, po prawdzie, kogóż ja mam się lękać? Czy ta moja fobia przed totalną utratą prywatności w dzisiejszym świecie informacji, nie powoduje, że powoli staję się freakiem z gatunku thetruthisoutthere? Możliwe. Jednak wciąż piszę, wciąż publikuje, wciąż można mnie spotkać na jednym, czy dwóch portalach społecznościowych. Zobaczymy jak długo. Bo, jak mawiał Thoreau: Jak się wkurwię to spakuję manatki i opuszczę wasz świat postępu technologicznego, kredytów, banków, długów i sztucznych relacji międzyludzkich. Zaszyję się w leśnym domku i pocałujcie mnie wszyscy w dupę. Tak też stary Henry uczynił, co dało mu swobodę twórczego wyrażenia swoich idei w dziele zatytułowanym Walden. No, ale to temat na osobny wykład… A może ten właśnie…. Oj, dajcie spokój, nie chce mi się mędrkować na temat literatury. Zbyt wiele jej w moim życiu, a zbyt mało z tego wynika.

I, żeby tradycji stało się zadość, poinformować muszę, że znów nie mam pracy. Owszem, zdarzyło mi się zahaczyć o takie, czy śmakie biuro, ale w żadnym nie zagrzałem dłużej niż trzy dni. Dlaczego? No cóż, prawda jest taka, ze coraz więcej we mnie buntu wobec tego, co na rynku pracy się odbywa. Wiem, że w mojej obecnej sytuacji finansowej, a także bacząc na moje długi, nie powinienem kręcić nosem, jednak… No, do chuja miłego, ileż można tyrać w telemarketingu mając świadomość, że jest się predysponowanym do celów wyższych? I nie chodzi tutaj o samą godność osobistą, choć może przede wszystkim, ale także o reguły jakie obecnie panują. Ja po prostu nie będę zapierdalał jak studencik, bez umowy, z coraz bardziej przedłużającym się tzw. okresem próbnym. Co to ma, kurwa znaczyć? Dlaczego mam siedzieć i przez tydzień tyrać za free? Dlaczego w ogóle mam cokolwiek sprzedawać? Dlaczego przez telefon? Dlaczego moje wykształcenie nie gwarantuje mi żadnej konkretnej roboty?

Drugą stroną medalu są agencje finansowe, które się o mnie zabijają, bo kiedyś tam miałem znaczący epizod w, so called, bankowości. A finansista ze mnie jak z koziej dupy saksofon altowy.

No to, zwyczajowo, poprzynudzałem o robocie. Wybaczcie mi. Jako odtrutkę proponuję arcyciekawy esej dotyczący jednego songu Bruce’a Springsteena. Śmiało, zaglądajcie i czytajcie, bo mój amerykański kolega NAPRAWDĘ miał cos do powiedzenia:

http://joeposnanski.blogspot.com/2010/11/promise.html?spref=tw

czwartek, 4 listopada 2010

20. Jezu Chryste!


Miało być o mojej babci i kuzynce (nie, nie „a zarazem”), gdyż wyrodny wnuk i kuzyn (przypominam, że nie „a zarazem”), znalazł trochę czasu i odwiedził domostwo last survivorów ze swej najbliższej rodziny. Po raz pierwszy od ponad pół roku! Miało być o tym, jakie w familii zaszły zmiany, jak się sprawy od lat w gniazdku układały i jaki jest nowy babciny bzik. Ale nie będzie.
Olałem ten temat zorientowawszy się, że mnie poniosło i zapisuję drugą kartkę A4, tworząc rzecz w swej szczerości wręcz pornograficzną, a do konkluzji dalej niż do laicyzacji kraju nadwiślańskiego. Kto wie, pomyślałem sobie, może pewnego dnia powstanie z tego wstrząsająca powieść o jednej ze śląskich rodzin, jej wzlotach, upadkach, etc. Takie rzeczy zawsze dobrze się sprzedawały, bo ludzie lubią zaglądać przez dziurkę do klucza, by podejrzeć życie prywatne sąsiadów, a w razie dostrzeżenia problemu, bądź patologii jakowejś, mieć perwersyjną świadomość, że są tacy, którym czasem jest gorzej. A zatem może coś z tego powstać w przyszłości dalszej. A może i nie.

W każdym razie sprawę rodzinną olałem i przyjdzie wam znów czytać o tym, jak trudna jest moja sytuacja zawodowa, że wysyłam setki CV, a odzywają się wyłącznie nędzne doradztwa finansowe i plugawy telemarketing. No okej, uznajmy zatem, że mamy to już za sobą.

Jadę dziś pociągiem z kolejnej rozmowy kwalifikacyjnej [sic!], czytam dzisiejszą gazetę i doznaję gwałtownego szoku, po którym przychodzi nieprzyjemny miks niedowierzania, zniesmaczenia, gniewu i wstydu. Sami przyznajcie, że niefajne to uczucia. W prasie najświeższej, na szczęście nie bez przekąsu, piszą, że w mieścinie Świebodzinem zwanej (w życiu nie byłem), postawili Jezukrysta większego niż ten, co pyszni się na szczycie Corcovado w Rio!!! I taki szlag mnie trafia, co to od głowy, przez przełyk do trzewi spada, niczym głaz rzucony w otchłań. Ciągnie mnie w dół i flaki wypruwa. Bo jakże nasz kraj ma się rozwinąć i zyskać miano poważnego, cywilizowanego członka nowoczesnej Europy, kiedy na drodze stają mu takie oto pomniki zacofania, umysłowego wsteczniactwa, zabobonu i… złego smaku? Nie wystarczył olbrzymi, metalowy krojc szpecący Giewont? Kiedy jeszcze zobaczyłem zdjęcie naszego nowego dowodu na to, jakimi żarliwymi katolikami jesteśmy (żeby ktoś czasem nie pomyślał, że w Polsce panuje ekumenizm! Nie mówiąc już nawet o obecności ateistów), to już całkiem czarno mi się przed oczami zrobiło i jąłem sobie zadawać pytanie, gdzie ja kurwa jestem? I kiedy? Moi kochanieńcy, XXI wiek, Matrix, rakiety w przestrzeni kosmicznej, Internet hula w najlepsze, kino 3D, naukowcy odpowiadają na zagadki, które jeszcze kilka lat temu wydawały się nie do ogarnięcia, a u nas, w samym sercu Europy postawiono potężną, jarmarczną postać Dżizasa w obrzydliwej złotej koronie. Wiecie, z gatunku tych, które na odpustach zakupić można. Że niby król Polski. Ileż w tym pychy, złego gustu i (tak, tak, szanowni katole) pogaństwa! Chwilowo zbyt roztrzęsiony jestem, by dochodzić do jakichś celnych wniosków, podzielę się zatem obawami. Bo, moi szanowni czytelnicy, co będzie następne? Wielki trójkąt z okiem pośrodku na szczycie Babiej Góry? A może Maryja always dziewica z dzieciątkiem, wyłaniająca się z Morskiego Oka? Co ja w ogóle piszę? Być może właśnie podsuwam wuchtę kolejnych genialnych pomysłów naszym wspaniałym katolickim performerom!

Aż mnie naszło na szczyptę Satanizmu. Włączę sobie… ekhm… Deep Purple. Ponoć byli kiedyś na jakiejś tam czarnej liście, jakiegoś tam człowieczka skrzywdzonego przez wieki zakodowanego kościelnego debilizmu.

So, let’s go space truckin! Bo tu się wytrzymać nie da!

czwartek, 14 października 2010

19. Jak jedno na drugie wpływa i inne rozkminy.


Na tym świecie szczęśliwym może nazwać się tylko człowiek intelektualnie mały, taki, któremu do życia wystarczy jeno praca, żarcie i sen, rzekła matka dzisiejszego poranka. Jak bardzo kontrowersyjny ten osąd by nie był, trudno mi się z nim nie zgodzić. Bez kosmicznych planów, aspiracji i egzystencjonalnych rozkmin życie płynie, cytując bohatera Zagubionej autostrady, jak gówno z kaczej dupy. Bez chęci wybicia się ponad motłoch, nie idziesz przez ten świat, lecz wiozą cię na taśmie fabrycznej. Tam gdzie chcą, bo twój wybór nie istnieje. Nie chodzi o to, że go odrzuciłeś – ty nawet nie wpadłeś na pomysł, by go mieć! No ale jesteś szczęśliwy, choć przecież gdybym cię o to zapytał, zaprzeczałbyś głośno i zapalczywie. I teraz powstaje pytanie, czy lepiej miotać się jak zagubiona artystyczna dusza w wiecznej niepewności i trwodze, czy poddać się, złożyć broń i dołączyć do tych, co od kreski do kreski, od pierwszego do pierwszego, ale zawsze w terminie, zawsze bez zaskoczeń, zawsze ze wszystkim po klei… Ja już nie wiem. Naprawdę, straciłem gdzieś tę butę i coraz trudniej mi jebnąć pięścią w stół i twardo stać przy swoich zasadach.

Z tej pracy, w której miałem przekimać przez najbliższych kilka miesięcy, aż nie znalazłbym czegoś lepszego, wywalili mnie po trzech dniach. To znaczy słowo wywalili jest totalnie na wyrost. Ja nie dostałem po prostu umowy. Dlaczego? Nie osiągnąłem wyniku. Przykro mi, mr. niceguy, może po prostu już się do takiej roboty nie nadaję? Może poziom mojego wewnętrznego NIE! urósł do poziomu blokującego możliwość poświęcenia się pracom niegodnym? Jeśli tak, to szkoda, bo na horyzoncie nie ma już absolutnie nic. Długi rosną, gęby drą się coraz głośniej, a perspektywa uwolnienia się od tego wszystkiego coraz dalsza.

Myślę o tym co napisałem na początku. Powiedzcie mi, jak to jest, że frustracja związana z artystycznym i komercyjnym niespełnieniem rzutuje na każdy inny aspekt życia? Dlaczego powoduje ona, że nie mam ochoty wystawiać nosa z tej mojej nory, spotykać się z ludźmi, inicjować błyskotliwych akcji towarzyskich, z których ongiś słynąłem? Tak, zapewne ma to również dużo wspólnego z sytuacją zawodową. Bo we łbie mi się nie mieści, że wykształcony facet nie może znaleźć pracy lepszej od typa, który nie ukończył nawet ogólniaka. A i tacy często lokują się o wiele wyżej niż on.

Mimo to chcę wciąż pisać. Ekshumowałem i ożywiłem dziś bohatera mojego tworu, który miał być powieścią (twór, nie bohater). Myślę o zrobieniu z tego cyklu opowiadań. Tak na początek, jako kij i marchewka, żeby to wszystko mogło żwawiej ruszyć do przodu. Doskonale znam zniechęcenie, które wkrótce może pojawić się na mojej twórczej drodze, ale… Czy to powód, by składać broń?

Nie ruszyłem się dziś z domu. Wstałem o ósmej rano, zjadłem śniadanie, włączyłem Alan Parsons Project i tak zostałem. Tylko ja i tona papierów z ZUSu, z którymi nie potrafię się uporać od miesiąca. Nie wiem, czy to co napisałem ruszy sprawy do przodu, nie wiem czy dokumenty, które uzbierałem wystarczą, nie wiem, czy to w ogóle jest warte moich nerwów. Trochę się pomęczyłem, trochę poudawałem pisarza, trochę poczytałem, wykonałem kilka ważnych telefonów i mamy północ. Dzień zleciał jak Kukuczka.

A zaraz przed napisami końcowymi, kiedy już myślałem, że ten frustrujący film skończy się tak jak się zaczął, nastąpił nagły zwrot akcji. Nie żeby od razu jakieś epickie kha-boom. Nic z tych rzeczy, niestety… Dowiedziałem się po prostu, że jestem osobą nieczułą, która totalnie straciła pasję do swojej, jakby to romantycznie ująć, drugiej połówki. Wiecie, absolutna olewka, uczuciowa apatia, skamielina, zastałość… No i skończył się ten dzień konwersacyjnym ping pongiem, w którym żadna ze stron nie chce zrozumieć drugiej, a własne racje, wespół z dumą, blokują możliwość myślenia ciut innego, niż to, które się gdzieś tam poukładało. Punkt po punkciku, jak szkolny konspekt…. A przecież to tak nie działa.

No dobra, zamykam ten zeszyt. Wrócę jak będę w bardziej bojowym nastroju. Opowiem może cos ciekawego. Właściwie ten tekst miał wyglądać zupełnie inaczej, a stał się smutnym rzygiem sfrustrowanego, nie potrafiącego sobie poradzić z dorosłym życiem, artychy. No cóż, stwierdziłem, że nie mam, kurwa, siły. Toteż idę.

poniedziałek, 4 października 2010

18. Dworcowy glamour i bardowski blues


Remontują nam dworzec w Większym Mieście. Ten nieszczęsny maszkaron, będący dotychczas mrocznym widmem minionej epoki, wreszcie dostał szansę na wspaniałą przyszłość! Przepych, blichtr i glamour! Witaj wielki świecie, żegnaj zaścianku? Tak, chyba coś w tym stylu. A to ciekawe, moi kochani, przez tyle lat, jak długo żyję, wszyscy dookoła wzdychali, nadymali się i jęczeli, by wreszcie zrobić coś z tym truchłem psującym wizerunek starego śródmieścia. Zburzyć, zaorać i postawić coś, co da nam poczucie, że oto stanowimy jedność z lepszą częścią tego kraju, a nawet całego kontynentu. I wreszcie, po latach stękania, biadania i pomstowania, pojawiły się plany, a w końcu nawet pieniążki. Zanim jednak robota ruszyła pełną parą, na drodze postępu stanęli, jak zwykle, obrońcy spraw kuriozalnych. Szacowne gremium architektów – najwyraźniej miłośników turpizmu, postanowiło pobawić się w Rejtana i rozedrzeć koszule w geście sprzeciwu wobec planów rozebrania post nuklearnego maszkarona. Wielu Józków, Mietków, Stanisławów i innych obywateli Większego Miasta, rozdziawiło tedy gęby w cichym zdumieniu, bo oto nagle oświecono ich, że od tych kilkudziesięciu lat obcowali z najprawdziwszym dziełem sztuki! „Jezusmaria, to tak jak dworzec w Paryżu, czy metro w Moskwie?” No cóż, wypada myśleć, że tak. Inaczej wychodzisz pan na ignoranta i buraka. Mówiąc szczerze, mieszkańcy Większego Miasta mają wyjebane na, so called, arcydzieła brutalizmu jakimi okrzyknięto nagle dworcowe kielichy. Na co komu świadomość wyjątkowości tego obiektu, skoro kryje się za nią wyłącznie kosmiczna brzydota? Czy kupa zrobiona sto lat temu nie pozostaje kupą ( Nie, gdyż ulega biodegradacji. Poza tym ten dworzec nie ma stu lat – przyp. Dr L.). No to inny przykład: wyobraźcie sobie gremium znawców, specjalistów z dziedziny kultury, sztuki, architektury i czego tam chcecie, pochylające się nad najzwyklejszym gównem w celu orzeczenia, iż oto do czynienia mamy z niemal podręcznikowym przykładem jakiegoś tam –izmu. I nie sprzątać, bo to zbrodnia w skali światowej! Czy to nobilituje śmierdzącego, obrzydliwego kloca? In my honest opinion, niet!

Jeśli już nie da się na powrót zaadaptować budynków starego dworca, to niech chociaż powstanie tam coś, co sprawi nam jakąkolwiek przyjemność. Estetyczną, zapachową… No i chociaż niech da nam to niezastąpione poczucie dumy, że mamy takie fajne coś…

Uderzyłem w ten wysoki ton, gdyż, jeśli wszystko pójdzie tak jak pójść powinno (czyt. jeśli się sprawdzę), znów będę pracownikiem firmy mieszczącej się w Większym Mieście. Oznacza to, iż ów przechodzący gwałtowne przeobrażenia dworzec stanie się na powrót moją codziennością. Każdego dnia około 7.30 i 15.30, będziemy jak starzy kumple, którzy witają się mówiąc „hej, to znowu ty” i żegnają rzucając krótkie „do jutra, stary”.

Ale, byłbym pierdołą straszliwą i marudnym fiutem, gdybym nie przyznał, że to, co zwojowano w, dotychczas uryną i kałem trącących korytarzach, godne jest najwyższej pochwały, jeśli nie pomnika na placu głównym. Miast po próżnicy mamonę trwonić i starożytny surowiec na zmarnowanie wyrzucać, jakieś mądre głowy postanowiły sprowadzić z wielkiego świata zmyślne urządzenia, które dokonały totalnego cleaningu ścian, sufitów i podłóg. Co z tego wyszło? No panie, jakbym panu nie powiedział, to byś pan pomyślał, że to wszystko funkel nówka nie śmigana! Coś wspaniałego. I dumą napawa!

Mimo wszystko uważam, że na tym poprzestać powinni, a całą górę zastąpić należy czymś cieszącym oko i sycącym duszę. Bo jam człek wrażliwy, nie dla mnie turpizmy, gdy chcę ukojenia po roboty ciężkim znoju, bądź imprezy całonocnej trudzie. Chcę światła, piękna i nadziei! Odlecieć chcę!

I tak, wracając dziś z pracy znów natknąłem się na tego nieszczęśnika, znajomego z dawnych lat, jak dzierżył w swej lewicy plik ulotek. Tym razem, swą fizjonomią heavy metalowego drwala, brukał majestat teatru starego jak Jehowa. Na szczęście obyło się bez obustronnego uczucia zmieszania, jakie towarzyszyło nam podczas poprzedniego spotkania. Okazało się, że rozdawnictwo reklamowej makulatury to nie jedyne zajęcie w życiu mego starego druha. Krzepiące. „Wciąż gram”, rzekł, „Nagrałem płytę demo”. Pocieszające. Ponoć para się muzyką akustyczną. Full romantic, tylko on i gitara. Jak stary bluesman u kresu swej drogi. Wszystkich nas, niespełnionych muzyków, wieczne dzieci dryfujące w zdradliwym oceanie marzeń, dopadnie to samo. Kurewsko wielki bucior cioteczki rzeczywistości. Ale będziemy grać dalej! Będziemy przymierać głodem, cedzić niezrozumiałe teksty przez zepsute zęby, chodzić w jednej parze dziurawych gaci, a jednak do końca nie ustaniemy w uporze, że to już jutro, jużżżż… Fame, fame makes a man take things over*!

W każdym razie, jak się okazało, równy z niego gość i zapewne zatrzymam się przy nim jutro i pojutrze, i popojutrze i…I wiecie co? Ja wciąż nie wiem jak typ ma na imię!

___________________________________________________________________________
* Jak śpiewał David Bowie

czwartek, 30 września 2010

17. Kumple.

Właśnie (przed dosłownie dwoma minutami, chwilę przed odpaleniem Worda) przyłapałem się na tym, że gdzieś tam wewnątrz mnie, przygnieciona dumą i uporem, kwili mała zazdrość. Komu zazdroszczę? Mam takiego znajomego z czasów mej, pożałowania godnej, kariery finansisty. Nazywa się Tomek (ale nie jest to Agent Tomek, choć jego poznałem w tych samych okolicznościach zawodowych) i piastuje obecnie stanowisko managera w jednej z firm zajmujących się finansami. Twardo stoi przy jednej opcji kariery i, jak widać, pnie się coraz wyżej po jej szczeblach. Kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy, był takim jak ja doradcą kredytowym. Dzieliliśmy te same żale i niepowodzenia. W godzinach pracy, gdy dzień nie obfitował w klientów, chodziliśmy na kawę, czasem na piwo. Dzieliło nas tylko to, że on widział w tym przyszłość, a ja wprost przeciwnie. Tomasz miał jasną wizję: robienie pieniędzy, poprzez robienie w pieniądzach, jak to kiedyś ująłem. Kiedy zwijałem swój interes, zadzwonił do mnie, by zwerbować mnie do firmy, którą otworzył wraz ze swoimi znajomymi z branży. Miało to być wielkie bum, ogólnokrajowa akcja otwierająca umysły Polaków na inwestowanie, oszczędzanie i pomnażanie kapitału. Oczywiście miała ona nam wszystkim przynieść ogromne zyski. Żeby nie przedłużać, powiem tylko, że nie sprawdziłem się. Nie dałem rady, bo żaden ze mnie finansista. Działalność otworzyłem, bo takie były wymogi agencji, w której mnie zatrudniono. W żadnym wypadku nie wynikało to z jakiegoś nagłego olśnienia, odkrycia nowego powołania. Po prostu ktoś mi powiedział, że można na tym zrobić kasę, odbić się od dna i szybko poszybować w górę. Sky is the limit, powiadali. Niestety, dla mnie granicą okazał się zapał do pracy w obliczu wyraźnego kryzysu ekonomicznego. Ale nie będziemy tutaj o tym rozprawiać. Najważniejsze, że w tejże branży poległem, a skutki tej porażki odczuwam na swoim tyłku po dziś dzień. Przypomina mi o nich chociażby ta kupka dokumentów zusowskich, które zalegają przede mną niczym mroczne memento. No, ale tę historie już znacie.

Co w takim razie z tym Tomkiem? Dlaczego tak mu zazdroszczę, skoro siedzi po uszy w biznesie, który sprowadził mnie na finansowe dno? Widzicie, chodzi o to, że on już znalazł to coś, wczepił się jak kleszcz w miękką skórkę i spija to co najlepsze. Pieniądze, ladies and gentleman, szmal! Jednocześnie nie odstawił swojej pasji, którą jest karate. Co jakiś czas widzę jego zdjęcia. Turnieje, wyjazdy i cały ten stuff. A przy tym stabilna robota i coraz większe sukcesy zawodowe.
A ja? Ja wróciłem tymczasem do najpierwszej z pierwszych mych prac. Ok., tym razem będzie to branża komputerowa, ale nie ukrywam, że znów chodzi o nachalne opychanie czegoś, po co klient do sklepu nie przyszedł. To znów sklep wdarł się w jego prywatność i mówi mu, że jeśli nie nabędzie tego wspaniałego oprogramowania, jego firma wciąż tkwić będzie w epoce kamienia łupanego. Smutne to jak dziwka przy nieuczęszczanej szosie.

Spotkałem ostatnio kumpla z dawnych, heavy metalowych, lat. Dużo starszy, ale wciąż w klimacie. Tak jak ja, długowłosy (choć z wyraźnie rysującą się łysinką a’la Kryszak), skórzany i dżinsowy. Rozdawał ulotki na głównym deptaku Miasta. Ja, wbity w uniform biznesowy, z teczką w prawej ręce, zmierzałem dziarskim krokiem na pierwszą z dwóch tego dnia rozmów kwalifikacyjnych. Przez ułamek sekundy przez mój umysł przemknęła myśl, by udać, że go nie spostrzegłem i przeć dalej przed siebie. Tak jak robi się to w przypadku osób, których za cholerę nie chce się witać, a akurat pech chce, że idą tym samym chodnikiem, wprost na nas. Przystanąłem jednak na chwilę. Nie poznał mnie, podał ulotkę. Przywitałem się i od razu pożałowałem mojej decyzji. W jego spojrzeniu, moi kochani, spostrzegłem nieumiejętnie skrywane zażenowanie. „Tak sobie tylko dorabiam”, powiedział niewyraźnie. Uśmiechnąłem się i poszedłem dalej. Ale, kurwa, zabolała świadomość, że przy całym tym moim życiu marzeniami i tkwieniu w dzikim uporze, mogę kiedyś skończyć tak samo. Przyszedł taki moment, że coś się wreszcie musi ruszyć. Cienka linia i tak jest już wystarczająco naprężona. Kiedyś w końcu pierdolnie i zdzieli mnie w twarz. Rachunki się piętrzą, długi rosną, zobowiązań nie ubywa. Nie mówię, że mam się pozbyć pasji, bo przecież są one głównym motorem życia. Bez nich pozostaje tylko sama, sucha egzystencja. Trzeba jednak…

A chuj z tym.

Od poniedziałku nowa praca. Byle była spokojna i choć troszkę mniej upodlająca.
Wciąż czytam Littella, gdyż miałem mały zastój związany z sytuacją zawodowo – życiową. Tak to nazwijmy. Łaskawe nie przestaje zachwycać. Ani przez jeden, pieprzony, moment.
Kładę się spać z Raised On Radio Journey w słuchawkach. Potrzebuję ukojenia. Weekend musi być dobry.

P.S. Jakoś tak, wbrew pierwotnym założeniom tego bloga, skupiłem się wyłącznie na pisaniu o moich rozterkach zawodowych. Jak bardzo musi to być nudne dla czytelnika! Ale, moi drodzy, bądźcie wyrozumiali. Rzygać gdzieś trzeba, a najlepszy, jak doskonale wiecie, jest do tego Internet.

poniedziałek, 27 września 2010

16. Vive La Revolution!


Niniejszy wpis pierwotnie miał być sponsorowany przez utwór Not Responsible zespołu Deep Purple i faktycznie, od 8.45 rano, do 12.00 w południe miałoby to jeszcze jakieś zastosowanie. Na szczęście nastąpił nieoczekiwany zwrot sytuacji i śmiało możemy zamienić rzeczony song na coś mniej samokrytycznego. Niech to zatem będzie, a co tam, I’m Still Standing Eltona Johna, ok.? Bo, widzicie, nawet jeśli nazwanie mnie nieodpowiedzialnym nie mija się z prawdą, to jakoś udało mi się z całej tej porannej akcji wyjść z twarzą.

Ale po kolei.

O 6.25, jak co dzień (prócz sobót, niedziel i świąt), zwlokłem się niechętnie z łoża mego wygodnego i poczłapałem do toalety, by wykonać wszystkie te czynności, które człek o poranku zwykł wykonywać. Było siusiu, mycie ząbków, szybki prysznic i suszonko. Następnie udałem się do swego pokoju, by po przelotnym, acz tęsknym spojrzeniu na rozbebeszone legowisko, zwrócić się w stronę szafy, uchylić jej dźwierza i wybrać odzienie odpowiednie na kolejny pieprzony poniedziałek. Kiedy już dokonałem tego, jak zawsze trudnego, wyboru, zasiadłem przy kuchennym stole, by zjeść śniadanie i wypić nader pyszną herbatę. Po posiłku wskoczyłem w obuwie, na grzbiet zarzuciłem swą uwielbioną skórę i w strugach deszczu udałem się na przystanek. Tam przyszło mi czekać. Autobus, który planowo przybyć miał o 7.41, nie pojawił się wcale. Spóźnienie gwarantowane. Już, oczami wyobraźni swej bujnej, widziałem minę tej wrednej świnki Piggie puszącej się za biurkiem, so called, sekretariatu firmy. Tak, proszę państwa, opadało morale. Jako, że kolejny dyliżans nadjechał z siedmiominutowym opóźnieniem, w pracy byłem 20 po ósmej. Z pewnością siebie godną Johna Wayne’a przekraczającego próg saloonu, stanąłem przed obliczem przełożonej i dzielnie dałem się ugodzić karzącym spojrzeniem, które miało wbić się w me serce i żłobić w nim, niczym tępy śrubokręt. Tutaj jednak napotkało opór! Nie dałem się! Postawiłem przed sobą firewall godny Pentagonu. Wiecie dlaczego? Bo morale, moi milusi, upadło całkowicie. Umarło, zdechło, kopnęło w kalendarz, stało się niebytem!
- Po pierwsze wyniki, szanowny panie – rzekła z paskudną miną, godną wymierzenia jej solidnego policzka, wywrócenia biurka do góry nogami, rozbicia komputera, nasikania na papiery i zjedzenia drugiego śniadania przygotowanego przez mężusia – Dajemy sobie dwa dni, a później…
Nie odpowiedziałem. Pomyślałem za to: „Ożesz ty taka i owaka! Ty mi będziesz dawać dwa dni? A co to niby za instytucja, w której mnie zatrudniasz? Cóż to za wielce prestiżowe stanowisko, ty nędzna imitacjo Barbie z wyraźną nadwagą? Dość okradania klientów! Dość wpychania im towaru, który nawet darmochy nie jest wart! Vive la revolution!”.

Z takimi przemyśleniami zasiadłem grzecznie przy biurku swym służbowym i podniosłem słuchawkę telefonu. Sygnał był marny i uniemożliwiający produktywną pracę, toteż udałem się do Piggie z reklamacją.
- Proszę wymienić aparat na moim stanowisku, gdyż przez tę zabawkę nic nie słychać – rzekłem konkretnie i rzeczowo.
- To nie jest zabawka, tylko telefon – Odparła z typową dla siebie upierdliwością.
Otrzymawszy aparat zastępczy, wróciłem na swoje stanowisko. Spojrzałem w lewo, później w prawo. Ludzie uwijali się jak w ukropie. Wciąż ten sam tekst, te same wypróbowane chwyty, ten sam brak przekonania. O nie, kochani. To by było na tyle!
- Wiesz co? – zwróciłem się w stronę dziewczyny siedzącej po mej prawicy.
- Pierdolisz to? – zgadła z błyskotliwością godną Dr Watsona.
- Bingo! – odparłem jak zwykł to robić Sherlock Holmes – Pierdolę to, idę.
Spakowałem swój kubek, pozbierałem dokumenty i poszedłem przez oblicze Piggie, by zakomunikować o swym odejściu.

I tyle, moje motylki, poszedłem sobie. Założyłem słuchawki na uszy i ruszyłem w niepewną przyszłość.

Pomyślałem sobie wtedy, że muszę być bardzo głupim człowiekiem. Nie tyle nieodpowiedzialnym, choć to też, co po prostu durnym. Bo przecież mogłem spokojnie podziadować w tej gównianej firemce, a po godzinach szukać nowego zajęcia! Wysyłać CV, dzwonić, pytać znajomych. Przecież to by było takie rozsądne! Każdy by tak uczynił! Ale nie ja, moje misie ptysie, nie ja! Ja po raz kolejny uniosłem się dumą!

Po drodze nabyłem Wyborczą, bo w poniedziałki jest tam dodatek PRACA. W domu spokojnie odpaliłem przyjaciela – peceta, otworzyłem gazetę na ogłoszeniach i zakreślać począłem te, które choć w minimalnym stopniu by mi odpowiadały. Znalazłem takich siedem. Siedem adresów, siedem wysłanych aplikacji i… dwa zaproszenia na rozmowy kwalifikacyjne w przeciągu następnej godziny. Co wy na to? Zważywszy na dzisiejszy kryzys na rynku pracy, jest okej, prawda?

Oba terminy wyznaczone zostały na jutro. Pójdziemy, zrobimy dobre wrażenie, sprawdzimy, wybierzemy. A jak znów mi się nie spodoba… Cóż, life goes on, jak śpiewało jakieś tysiąc wykonawców w tysiącu utworów na przestrzeni tysiąca lat.

CDN

środa, 22 września 2010

15. Ta suka zwana Niemocą Twórczą!

Postaram się nie pisać dziś o pracy. Ani słowa! Nie wiecie nawet, moi kochani, jakie to trudne. Człowiek osiem pieprzonych godzin siedzi w obskurnym, smierdzącym biurze z ludźmi, z którymi w życiu nie poszedłby na browara, opychając towar nie wart nawet ćwierci swej ceny. Jakież to kurewsko przygnębiające! Jak bardzo poniżające! Kiedy tkwię tam, wciśnięty w krzesło biurowe, ze słuchawkami na uszach, a przede mną piętrzy się stos kartek z namiarami na kolejne ofiary zbrodniczego syndykatu, który mnie zatrudnia, gniew miesza mi się ze wstydem. Jestem wkurwiony na siebie, bo przecież skończyłem studia, mam tytuł magistra, a jedyna posada, jaką mogłem teraz znaleźć godna jest totalnego półgłówka. No i, jak już wspominałem, wstydzę się jej cholernie. Bo, widzicie, nie jest tak, że żadna praca nie hańbi. To powiedzenie to jakieś totalne nieporozumienie. Jest cała, cholernie długa, lista zawodów sprowadzających cię, człecze, do poziomu obrzydliwego robala. Sądzę, że telemarketing plasuje się w pierwszej dziesiątce. Okej, napisałem jednak o pracy. Sami widzicie, ta zgryzota wychodzi z człowieka, czy tego chce, czy nie. Jak gówno podczas ostrej biegunki. Wybaczcie to mało delikatne, acz wielce sugestywne porównanie, ale po prostu nie dało się znaleźć lepszego.

Poza tym, miałem dziś zacząć pisać. Postanowiłem zrobić kolejny krok ku olśniewającej karierze nowej gwiazdy polskiej prozy. Mam kilka folderów z rozpoczętymi powieściami. Jedne kiszą się tam od lat, jak pikle w babcinej piwnicy, a drugie są owocami płonnej dziewki zwanej weną. Wszystkie pozostawiłem w pół rozdziału, akapitu, zdania… Czekają na swój czas, gdy wszelkie warunki zewnętrzne i wewnętrzne pozwolą ich wyrodnemu ojcu dokonać swego dzieła. Bo sztuka, kochani, musi być skończona!

Pragnę sławy, fortuny i uwielbienia. Od dziecka chciałem być pisarzem, żyć z tego, a teraz, gdy dobijam trzydziestki przychodzi mi zasiadać przed dziesiątką nieskończonych projektów. Niczym obłąkany naukowiec przed zastępem niedokończonych stworów. Temu brakuje rączki, temu nóżki, ten nie otrzymał jeszcze korpusu a tamten, z kolei jest samą głową. Wszystkie wyją i jęczą, bo chcą wreszcie otrzymać upragnione ciało. Doktorek oczywiście pragnie dla nich tego samego, ale głosy w jego głowie sprawnie przeszkadzają mu w skupieniu się na swej pasji. „Kiedy znajdę czas i moc, by to wszystko ogarnąć?”, pyta. A czas leci.

Jakoś tak dziś melancholijnie. Chyba nie ma to nic wspólnego z muzyką Eltona Johna, która rozbrzmiewa w moich słuchawkach od ładnych kilku godzin. Nie, nie! Ten facet zawsze działał na mnie najlepiej. Panaceum na każdy ból. Mówcie co chcecie, nazywajcie go starą ciotą, parszywym pedrylem, jebanym sodomitą. Proszę, dajcie upust swej malutkiej homofobii. W ostatecznym rozrachunku jednak, cokolwiek powiecie i pomyślicie, ani na jotę nie pomniejszy jego geniuszu, wpływu na rozwój muzyki. Nie odbierzecie mu miejsca w panteonie największych artystów wszechczasów. No fuckin’ way, suckers! Wciąż wątpicie? No to posłuchajcie jego dokonań z lat ’69 – 76’, a później reszty. Zapewniam, że Funeral For A Friend/Love Lies Bleeding urwie wam dupy, a Tiny Dancer wespół z Have Mercy For A Criminal dokona reszty.

Dobranoc, Hank Moody na noc.

środa, 15 września 2010

14. Kurwa mać!


Przez moment bałem się, że moje nadużywanie wyrazów ogólnie uznawanych za nieprzystojne, zrazi do mnie większość potencjalnych czytelników (wciąż wierzę, że tacy są!), jednak po raz kolejny pojawił się jakiś „kolega”, który przykładem pokazał, że nie ma się co frasować. Tym razem był to Rudnicki, który w swoich comiesięcznych felietonach publikowanych przez pismo Machina, że tak powiem, nie pierdoli się i wali łaciną prosto w ryj. Od samego wstępu. Panowie i panie, baczność i salut, bo to persona z najwyższej półki literackiej, twórca szanowany i nagradzany. Bez szydery! Rzecz w tym, by umieć całe to mięcho ładnie połączyć ze zgrabnym stylem, wpierdolić gdzieniegdzie odrobinę elokwencji i obycia i już wszystko gra. Nie lękajmy się brzydko mówić! Kurwujmy, chujujmy, pizdujmy ile się da! Przeciez tu o emocje idzie, a te nie zawsze dają się wyrazić słownictwem literacko pięknym. Jak mawiają na Zakazanej planecie: jak ma być epa, to niech będzie epa!*
No i tyle w ramach prologu do dzisiejszych rozważań.

Miałem pisać o nowej, pożałowania godnej, pracy. Nie bójmy się tego powiedzieć, zszedłem na psy. Poddałem się, ukląkłem, założyłem ręce za głowę i wydukałem płaczliwe: „No dobrze, dobrze, już dobrze, wezmę się za byle co, tylko nie każcie mi spędzać kolejnego miesiąca na bezrobociu”. Podszedł do mnie wtedy rozsądek, skuł w kajdany i zaprowadził tam, gdzie kiedyś obiecałem sobie nigdy już nie wrócić. "Zapierdalaj", rzekł, "nie możesz siedzieć przez wieczność zabarykadowany w swojej twierdzy, czekając na robotę twoich marzeń, panie polonisto. Filologu (splunięcie) polski".
No to opycham znów przez telefon stuff jakości i wartości żadnej, za cenę horrendalną, wmawiając drobnym przedsiębiorstwom, że oto odkrywa się przed nimi Świętego Graala. Marketingowe wunderwaffe. O zarobkach nie napiszę tylko i wyłącznie przez wzgląd na moje nerwy. Ile zarobię doskonale wiem, jednak jeśli miałbym to jeszcze przeczytać na swoim blogu, zapisane własną ręką, zrobiłbym to samo, co Joker w Batmanie Burtona. Wziąłbym i zastrzelił monitor. Bogowie, kiedy to się wreszcie skończy? Kiedy wreszcie ktoś dostrzeże mój talent, zapał, nietuzinkowość, kreatywność, artystyczna butę, umiejętność zaangażowania w projekty licujące z moim intelektem i wykształceniem i da mi godną pracę?

Ale, wiecie, jedna rzecz w tej firmie mnie ujęła, gdyż jest po prostu ewenementem na skalę światową. Kochani moi, tam nikt, absolutnie nikt, począwszy od zwykłego opychacza, na szefostwie kończąc, nie buduje wewnątrzfirmowego mitu produktu idealnego. Wszyscy wiedzą, że to nic niewarte gówno, a sprzedaż za TAKĄ cenę to zwykła kradzież. Proceder jak się patrzy. No ale, cóż, wszystko wedle litery prawa, zatem sprawy po sądach nie krążą.

Posiedzę tam przez kolejny miesiąc, dwa, a później spróbuję czegoś nowego. Kto wie, może będę remontował mieszkanie któremuś z was? No bo taka opcja również się pojawiła. Z finansówki też się odezwali, ale olałem ich jak Kazik Fryderyki, bo to przez te wszystkie szumnie brzmiące doradztwa, radztwa, bractwa, sractwa jestem tutaj gdzie jestem. Dla tych, którym nie chce się czytać poprzednich wpisów, spieszę z wyjaśnieniem: jestem w dupie. Czarnej.

A ZUS litościwie odblokował mi parę groszy. Chyba, bo coś tam mam. No ale, ja już sam się w tym nie łapię. Wciąż bieduję.

Słucham Bossa. On tez kiedyś biedował, a teraz jest na szczycie. Spotkamy się tam, Bruce. Obiecuję! Further on up the road.

____________________________________________________________________________________

* Zakazana planeta - Serwis filmowy dla snobów. Tak jak ja, nie boją się mówić wprost, uciekają wszelkim konwencjom i są po prostu najlepsi. Czytać! http://www.zakazanaplaneta.pl/

środa, 8 września 2010

13. Kot Sylwester

Trzynasty wpis i, jak chujem w mordę strzelił, nieprzyjemny i wielce przygnębiający w swej treści. Nie jestem osobą przesądną, ale tak się akurat złożyło, że dla wszelakich numerologów, astrologów i bredniologów, będzie to woda na młyn. A niechże będzie. Nie w tym rzecz.

Żeby za bardzo nie zwodzić, nie krążyć wokół tematu, wprawiając was w stan skrajnego zaciekawienia i niepokoju, przyłoję prosto z mostu. Posłuchajcie bracia i siostry, bo historia jest tak żałosna, że zapewne niejeden / niejedna zacznie się głośno śmiać. A śmiejcie się. Ktoś zawsze musi grać rolę nieudacznika, życiowej dupy wołowej, która potyka się o skórkę banana, zostaje spalona żywcem, a w końcu spada na nią (dupę wołową, a nie skórkę bananową) fortepian. Gawiedź klaszcze, wszyscy się cieszą. Kurtyna opada i widownia rozchodzi się do domów, nie myśląc ani przez chwilę nad dalszym losem tych wszystkich biednych Kojotów, czy kotów Sylwestrów! No i dobrze, bo po co komu taka zaduma. Rozrywka jest rozrywką, jak rzekł Joker mierząc z rewolweru w Barbarę Gordon.

O, proszę, jednak udało mi się, chcąc nie chcąc, wprowadzić pewne napięcie. Jesteście ciekawi co się stało? Ha, jestem tego pewien. Posłuchajcie zatem historii Upadku Libertyna.

Libertyn, kiedy już zrobił wszystko, by zsynchronizować datę opuszczenia swej znienawidzonej ex-firmy i rozpoczęcia pracy w nowej, poczuł się naprawdę spełniony. Wiedział, że wypłata za dzień, dwa, będzie na jego koncie, rachunki zostaną uregulowane, a pusta sakwa wypełni się upragnionym geldem. Tak też stało się już nazajutrz. Wiedziony roztropną ideą first things first, Libertyn wypłacił był kwotę niezbędną do uregulowania pewnych rachunków, a następnie, wziąwszy swą połowice pod rękę, udał się na zakupy. Potrzebne mu były spodnie, gdyż jego ukochane, klasycznie obcisłe bright blue jeans, przeżyły za dużo i w strzęp się zamieniły. Ku swej radości niezmiernej, znalazł takie, a nawet lepsze za cenę niższą niż sobie wyobrażał.

No, ale zbaczamy z tematu. Przyjdzie jeszcze czas na opowieści o przyodziewku waszego bohatera. Do rzeczy!

Minął dzień, przyszedł weekend i nastał czas wielkiej fety, toteż należało udać się do bankomatu, by wyciągnąć środki na godne celebrowanie. Wtedy właśnie Libertyn rażony został piorunem, obdarty ze skóry, wytarzany w soli, a następnie rozerwany przez cztery konie, w cztery strony świata pognane. Wydruk wypluty przez bankomat mówił jasno – pieniążków nie ma. Wedle wszelkich praw zdrowego rozsądku i umów zawartych między waszym bohaterem, a ex-firmą, powinno ich tam być pod dostatkiem, jednak rzeczywistość okazała się horrorem fantasy, gdzie wszelkie irracjonalne lęki wychodzą spod łóżka, by złapać cię za nogę i wciągnąć do mrocznego królestwa lęku absolutnego. Prostymi słowy: flota wzięła i zniknęła! Cóż się później nie działo! Telefonom nie było końca! Cała dyrekcja i dział finansowy ex-firmy natychmiast postawiony został na nogi i zmuszony do dokładnego sprawdzenia, czy aby należycie wywiązał się ze swego obowiązku. Ponad wszelką wątpliwość stwierdzone zostało, że nikt się nie pomylił i szmal winien być na koncie Libertyna w ilości zadowalającej. No ale nie był! W końcu wasz strapiony bohater przekroczył był próg banku, w którym posiada konto. Miła pani, po sprawdzeniu sytuacji w systemie komputerowym, oznajmiła, że wszystko jest w porządku, a kwota jest bardziej niż krzepiąca. „Cóż się zatem stało”, zapytał zaniepokojony Libertyn. „Nie wiem, lecz sprawdzę”, odparła sympatyczna pani.

Wtedy właśnie wrócił koszmar sprzed miesięcy kilku, gdy do waszego zatroskanego autora przychodzić zaczęły, bynajmniej nie miłosne, korespondencje z miejsca, które niemal każdy mieszkaniec naszej wesołej krainy przeklina każdego miesiąca, myśląc o tym, gdzież to znika pokaźna część jego wypłaty i cóż się z nią później dzieje. Bo widzicie, moje dziatki, Libertyn bawił się kiedyś w biznesmena i firmę własną posiadał. Miała ona być strzałem w dziesiątkę, kurą znoszącą złote jajka, kociołkiem Leprechauna, paluchem Midasa, a all in all, okazała się czymś na kształt i podobieństwo małego Waterloo. Przypływy skończyły się niemal tak szybko, jak się pojawiły, a zobowiązania wciąż rosły. Szczególnie wobec instytucji, która miała się okazać głównym sprawcą obecnej, opłakanej, sytuacji waszego bohatera.

A imię bestii ZUS, moi kochani! To ZUS, żądny odzyskania swoich (??????????????) pieniędzy, uciekł się do czynu tak podłego jak zablokowanie wszelkich środków na koncie Libertyna! Nikt nie zapytał co dalej, nikt nie obejrzał się za siebie, gdy opadała kurtyna! A wasz biedny autorzyna stał tam ze świadomością, która bolała jak ananas wetknięty w tyłek. Mówiła mu ona jedno: „No, teraz to dopiero jesteś biedny!”.

Tak to właśnie wygląda. Zbrodnicza organizacja zwana Zakładem Ubezpieczeń Społecznych, syndykat, który wbrew mojej woli odbiera mi moje ciężko zarobione pieniądze, by, czy tego chcę, czy nie, ubezpieczać mnie i odkładać na moją emeryturę, teraz zabrał mi wszystko. Od lat, każdy Polak wie, że istnienie tego Imperium Zła nie ma już absolutnie żadnego zastosowania. Od dawna żyjemy ze świadomością, że taniej, skuteczniej i korzystniej byłoby ubezpieczać się i odkładać własnym sumptem. Jednak nikt jeszcze nie tupnął nogą, nie pierdolnął pięścią w stół, nie odpalił ładunku wybuchowego, nie wezwał demonów, by rozpędziły to siedlisko zbrodni na cztery wiatry. Nikt. Resistance, moi kochani. Nie możemy dać się okradać. Nie, kurwa, w biały dzień!

Wybaczcie dzisiejszy brak błyskotliwości, ale doprawdy, trudno błyszczeć, gdy wszystkie myśli skupiają się wokół jednego wydarzenia.

Złodzieje!

Bryan Ferry, nie powiem, trochę pomaga. No ale to stary, dobry Bry, zawsze niezawodny, zawsze w wielkim stylu, zawsze na miejscu. Jeden z wielkich. Ilu ich jeszcze zostało? On, Bowie, Cooper, sir Elton… Grajcie mi tej nocy, wielcy soliści.

P.S. O nowej pracy napiszę nieco później. Przypomnijcie mi, proszę, bym koniecznie opowiedział o tej żałosnej firemce, która mnie obecnie zatrudnia i przymusza do okradania biednych suckerów, a także o zupełnie nowej propozycji od starego kumpla! Koniecznie!

wtorek, 31 sierpnia 2010

12. Monte - fuckin' - Christo

W życiu to już jest tak, że jak się człecze nastawisz na bezproblemową realizację prostego, lecz cwanego planu, zazwyczaj dzieje się coś, co sprawia, że na drogę, która miała być lekka i przyjemna, zwala się ni stąd, ni zowąd dość kłopotliwa przeszkoda. I znów musisz rozmyślać, kombinować, choć dopiero co odpocząłeś po obieraniu możliwie najdogodniejszego kierunku, w jakim żeś miał, swobodny jak dziecię szczęścia, podążać. Być może to truizm i straszliwy frazes, ale faktem jest, że większość dorosłego życia spędzamy na tkaniu, mniej lub bardziej, misternych intryg, by egzystencję sobie jakoś ułatwić i ulepszyć. Paradoksalnie ci, co tego nie robią, hożo kroczą najprostszą z dróg. No ale, mimo to, wciąż kminimy, co by tu jeszcze z czym połączyć, by wyszło nam tak jak chcemy. I koło się zamyka.

Taka mądrość naszła mnie dziś, gdy siedziałem sam w biurze, jak Hrabia Monte Christo w swej wieży. W przeciwieństwie do niego, nie myślałem jednak o zemście, bo i na kimże miałbym się mścić. Usiłowałem po prostu skupić wszystkie swe moce, by przyspieszyć upływ czasu. Pamiętacie, Superman w filmie zrobił to zapierdalając z worpową prędkością dookoła kuli ziemskiej. Ma się rozumieć, brałem pod uwagę tę opcję, jednak jakiś wewnętrzny głos podpowiedział mi, że ze sztuką latania u mnie krucho, a już na pewno z tak cudowną. Gniłem zatem przed komputerem, beznadziejnie przeglądając facebooka i Esensję (choć nowe artykuły znałem niemal na pamięć), a w międzyczasie udając, że jednak coś robię. Wiecie jak jest, trzeba jednak pokazać, że w gruncie rzeczy gra się w tę grę, której reguły i wynik wszyscy znają. Czekałem po prostu, aż szef mój, w swej niezmierzonej roztropności i stanowczości, wręczy mi papierek, będący polubownym usunięciem z firmy za tzw. porozumieniem stron. Dać mi to miało komfort swobodnego rozpoczęcia nowej pracy od dnia jutrzejszego (czyli od środy, bo kiedy to piszę jest jeszcze wtorek). I? No i czekałem!

Około południa zadzwoniła pani z nowego jobu, bym potwierdził ostatecznie mą gotowość do zajęcia stanowiska, które na mnie czeka już od dwóch tygodni. Świadom faktu rychłego (kwestia dwóch, trzech godzin) wywalenia mnie z obecnej roboty, dobitnie i z przekonaniem godnym Hannibala Smitha idącego ze swą drużyną w śmiertelną misję, która bankowo zakończy się sukcesem, odparłem, że jutro może się mnie spodziewać przed swym majestatem. No bo tak, kurwa, być miało!

No i czekałem. A krew zalewała mnie coraz bardziej. Stałem w niej po kolana, następnie sięgnęła mych jaj, brzucha, klatki piersiowej i niebezpiecznie szybko piąć się zaczęła w kierunku mych ust, a później nozdrzy… Kiedy dotarła do czubka głowy, nie wytrzymałem! Była 16.00, wszyscy ci Stachanowcy branży reklamowej, wylegać zaczęli zza swych biurek i kierować się w stronę wyjścia, jak Naród Wybrany w kierunku Ziemi Obiecanej!!! A ja tam sam, czerwony ze złości i spocony z niepokoju. Zwolnienie miało już przede mną leżeć!. Ba, miało już być w biurze dyrektora! Signed, sealed, Deli – fuckin’ – vered! Ale nie było. Szef, bo w końcu do niego zadzwoniłem, rzekł, że do pracy już nie wróci. Mało tego, zapytał mnie jak wyobrażam sobie dalszą moją pracę w firmie, skoro taki ze mnie wał. To chyba oczywiste, że sobie nie wyobrażam! No, kurwa mać! Całe to moje lewe L4 o tym mówiło! Przecież jasnym było, że to najzwyklejszy fejk, by przekiblować do końca miecha i otrzymać godziwe (choć to akurat określenie BARDZO dyskusyjne) wynagrodzenie! Dowiedziałem się, że nie wiedzieć czemu, odpowiedni papierek z Warszawy jeszcze nie dotarł i… mam wytrzymać w firmie jeszcze przez ten tydzień. No, chyba, że pani dyrektor oddziału da mi możliwość natychmiastowego, polubownego załatwienia sprawy. Niestety, pani dyrektor nie jest suckerem i z roboty ulotniła się grubo przez 16.00. Wyszedłem ze świadomością, że znów muszę kombinować. Nie tak to miało wyglądać!!!

Szczęśliwie, pani z nowej roboty okazała się bardzo wyrozumiała i stwierdziła, że spokojnie mogę zacząć od poniedziałku. Suma sumarum, jakiś tam happy end zaliczyłem, choć nie bez łyżki dziegciu. Wszak do piątku gnić muszę from eight to four w miejscu, z którego mam ochotę wiać susami. Szpagatami! Dobrze, panie Kowalski, że mi jeszcze za to zapłacą.

A tak poza zwykłą prozą życia, a bliżej prozy w klasycznym rozumieniu tego słowa, wciąż siedzę na bliskowschodnim froncie z Hauptsturmfuhrerem Maximilianem Aue. I wiecie co? Niechaj mnie Armia Czerwona potraktuje jak traktować zwykła obywatelki Berlina wiosną 1945 roku, jeśli Jonathan Littel nie okazał się geniuszem na miarę największych mistrzów literatury! Łaskawe dają mu miejsce w samym Panteonie, obok Hemingwaya, Remarque’a, Mailera, a nawet Stendhala, czy Flauberta!

Pisałem o gorno, ale… nie, nie, nie! Wielce krzywdzące jest pisanie o Łaskawych jak o apoteozie gwałtu i makabry. To nie tak! Tutaj do czynienia mamy z doświadczeniem poza zwykłą beletrystyką, a nawet poza literaturą wojenną! Im dalej zagłębiamy się w misterną strukturę tego arcydzieła, tym większe mamy uczucie obcowania z rzeczą wymykającą się klasyfikacji gatunkowej. Ta panagatunkowość miażdży całe nasze poprzednie wyobrażenie o literaturze. Można wszystko! Można doskonale! Można tworzyć opisy idealne, które nie nużą, a wywołują najprawdziwsze projekcje w kinie naszego umysłu. Można twardo, ale i mistycznie. Można dogłębnie, niemal naukowo, nie pomijając niczego, a jednocześnie można ciekawie i… uzależniająco. Bo, widzicie państwo, Łaskawe to narkotyk!

A co w słuchawkach? Może zacznę tak: Nie mylił się Perry Farrell mówiąc, że Jim Morrison czerpał garściami z wokalnego rzemiosła Franka Sinatry. Nie było w tym ani krztyny przesady, ni mentorskiej fanfaronady! Posłuchajcie choćby tytułowego utworu z płyty zatytułowanej Watertown (a nawet i całej płyty). Następnie włączcie spokojniejsze numery The Doors, z naciskiem na album Soft Parade (choć niekoniecznie akurat na ten). Cóż za odkrycie!

Czyli u mnie Sinatra. Jednak Sinatra daleki od swoich greatest hitsów, Sinatra konceptualny i, jakkolwiek to nie zabrzmi, bliższy muzyce młodych końca lat 60tych. Piękne.

Ale zaraz później solidnie czymś przyjebię!

Spróbujcie nowego albumu Spiritual Beggars. Return To Zero się zowie i jest fantastyczny. Zastanawiam się, czy czasem nie najlepszy w ich karierze.

Dobranoc.

wtorek, 24 sierpnia 2010

11. Thank You Hank Moody!

Zaczniemy od tego, co mi gra.

Pat Benatar stała zawsze w awangardzie najbardziej charakternych babek muzyki rockowej. Nawet jeśli dryfowała w stronę solidnego ejtisowego popu. Głos o sile rażenia ładunku termonuklearnego, a jednak używany z niezwykłą swobodą i uroda, która w żaden sposób nie zaburza rozkoszowania się warstwą muzyczną. Brzmi jak zawoalowany przytyk do wyglądu, prawda? No, trzeba rzec, że Pat w żadnym wypadku nie mieści się w kanonie śliczniusich śpiewających dup, ani w grupie wokalistek, które bez problemu mogłyby być gwiazdami porno. Kiedyś nie musiała, bo były to czasy, kiedy po pierwsze liczył się talent, a teraz nie musi, bo jest już legendą. To babka z klasą, zarówno w warstwie artystycznej, jak i wizualnej, motherfuckers! Jeśli power Heartbreakera nie wywoła ciar na twoich plecach, a Hell Is For Children nie spowoduje, że twoje serce zacznie bić mocniej, to nie mamy o czym rozmawiać. Idź sczeznąć przy Shakirze, bądź zgnić z nudów przy Nightwishu!

Tyle jeśli chodzi o wyładowanie muzycznych emocji. Kwestię edukatorską również mamy za sobą, zatem czas najwyższy opowiedzieć co tam u mnie.

Ano, siedzę sobie na L4, odpoczywam, kuruję się, czytam i usiłuję pisać. Co czytam? Widzicie, zabrałem się za Łaskawe Jonathana Littela. Wielu uważa, że jest to po prostu gorno* rozbudowane do rozmiarów epopei. Na szczęście większość czytelników, którzy mieli odwagę się za tę księgę zabrać, twierdzi, że być może jest to pierwsze prawdziwe arcydzieło XXI wieku. A ja powiadam, już teraz, choć jestem dopiero na półmetku: Łaskawe stanie się kanonem, punktem porównawczym i nowym wzorcem pisania o okropieństwach Drugiej Wojny Światowej. Chcąc poczuć smród konfliktu zbrojnego, trzeba sztachnąć się zapachem dymu, potu, krwi, gówna i gnijących zwłok. Czterej pancerni i pies w tym nie pomogą. Czytajcie Littela, bracia i siostry! Trzeba się wyzbyć tej delikatności społeczeństwa wychowanego w bańce mydlanej pozorów! Jakich? Bezpieczeństwa, piękna i miłości. Łaskawe nie jest łaskawe. To strzał z liścia w rumiany, wypasiony ryj obywatela XXI wieku. Oczywiście nie chodzi tu tylko o samą przemoc. Littel w doskonały sposób zarysował portret psychologiczny ciemnej strony mocy. Bo widzicie, tutaj bohaterem głównym jest oficer SS, a zbiorowym wszyscy ci żołnierze Wehrmachtu wysłani w misje zdobycia Moskwy. Biedne, żałosne istoty, pchane do przodu siłą ideologii, najdurniejszej z możliwych. Posrani ze strachu, skołowani, niegotowi, a jednocześnie (a może w rezultacie) bezwzględni w czynieniu rzezi.

No dobra, w tym miejscu mówię sobie HALT, bo widzę, że powstaje tutaj coś w rodzaju rozprawy krytyczno – literackiej w nieco luźniejszym, pop-kulturowym, ujęciu. Wybaczcie, studia przetrwały we mnie jako wewnętrzny głos, który wciąż mówi mi, że jak pisać o książkach, to tylko cholernie długo i cholernie wnikliwie. No, ale przecież, nie o to tutaj chodzi. Tu o moje życie biega, n’est-ce pas? Tak na koniec napomknę jeszcze, że nie ma co obawiać się gabarytu powieści Littela. Kobieta w księgarni zapytała mnie, czy nabywam tę księgę w celach samoobrony. Miało być śmieszne, ale mnie zażenowało. Babce, która stoi za ladą w, bądź co bądź, przybytku kultury, takie uwagi nie powinny nawet przyjść na myśl! Dobry koń i po błocie pociągnie, a dobra książka wciągnie nawet jeśli jest tysiącstronicowym klocem! Pamiętam z jakimi wypiekami, na drugim roku polonistyki, czytałem Bakunowy faktor Bartha. Dwa opasłe tomiska, a ja żałowałem, że poczciwy John nie napisał trzeciego. To jest, kurwa, siła literatury!

No dobra, tyle jeśli chodzi o uniesienia związane z dziełami cudzymi, teraz pomówmy o mnie.

Po ponownym przebrnięciu przez wszystkie odcinki trzech sezonów Californication, postanowiłem kontynuować pracę nad czymś coś, co tworzyć zacząłem w okolicach września 2009 roku. I nie chodzi o to, że Hank Moody to extremely cool guy i generalnie najzajebistsza postać telewizji od czasu Pierce’a Sokole Oko**. Nie w tym rzecz, że sukces literacki otworzył przed nim portfele szefów wielkich wydawnictw i producentów filmowych, a także rozchylił nogi najseksowniejszych lasek w LA. Nie, nie! Przecież wszyscy wiemy, że takie rzeczy na ogół się nie zdarzają, a sam Moody to zlepek Bukowskiego, Hemingwaya, Rotha, Millera i gwiazdy rocka. Chodzi o to, że ja pisałem od zawsze, a rewelacyjny serial o pisarzu wzbudził we mnie niesłychany głód. Jestem głodny, rozumiecie? Muszę się nasycić nowymi historiami spisanymi moją ręką, będącymi owocem mojej wyobraźni, a może przede wszystkim, moich doświadczeń życiowych! Sukces swoją drogą. Nigdy nie tworzyłem niczego tylko i wyłącznie dla siebie. Nie uznaję marnotrawstwa czasu i talentu, a za takowe uznaję grzebanie swojej twórczości w grobowcu szuflady. Czy Leonardo Da Vinci namalował Mone Lise, by powiesić ją sobie nad kominkiem i onanizować się w jej blasku?

To tyle, bo jest późno, a tekst zbyt długi.

Jutro czeka mnie wizyta u lekarza, a później wspaniały wieczór z panią, której uroda, prócz oczywistych walorów seksualnych, posiada również (a może przede wszystkim) prawdziwą klasę. Jej intelekt, czasem mnie zawstydza, choć najczęściej wprawia w osłupienie, bo wciąż, mimo kolejnych spotkań, odkrywam w niej (pod tym względem) coś nowego. Relacje damsko- męskie. Well, well, well… (Cmoknięcie, westchnienie, krótka chwila zadumy). Kiedyś wyłożę wam moją filozofię związkową. Dowiecie się jakie kobiety i dlaczego właśnie takie. Dowiecie się z jakich elementów idealna dziewczyna składać się powinna i czemu żaden z nich nie może być pominięty. Jeśli zapomnę, kopnijcie mnie w tyłek. Będę wiedział o co chodzi. Coming soon! Stay tunned!

_____________________________________________________________________________________
* Gorno - Zlepek słów „gore” i „porno”. Chodzi o dzieła filmowe, lub książkowe, których celem nadrzędnym jest najbardziej szczegółowe, wręcz anatomiczne, pokazanie brutalnej przemocy. Tortury, gwałty, rozkład, dzieciobójstwo i tego typu stuff.

** - Pierce Sokole Oko - Dokładnie: Benjamin Franklin "Hawkeye" Pierce (w filmie Altmana grał go Donald Sutherland, a w serialu wspaniały Alan Alda). Główny bohater filmu, a następnie serialu wszech czasów zatytułowanego M*A*S*H. Jeśli nie znasz toś ignorant, gamoń, bądź dziecię w kolejce po edukację! Go, go and watch!

środa, 18 sierpnia 2010

10. Moje CV...

...tak szczere, ze żaden potencjalny pracodawca nigdy go nie ujrzy.

Jest taka scena (bardzo ważna) w arcydziele X Muzy zwanym American Beauty, w której bohater grany przez Kevina Spacey’a, siada przed kierownikiem swojego biura, by jasno i dobitnie wyklarować mu swoje stanowisko wobec niego i jego poczynań. Mniej to widowiskowe niż legendarne samoobicie ryja Edwarda Nortona w Fight Clubie, ale jakże mądrzejsze i trafniejsze. Ileż razy sam miałem ochotę uczynić podobny gest, po czym tryumfalnie wyjść z gabinetu, nie spoglądając nawet na rozdziawione gęby tchórzy trzęsących dupskami w obawie o utratę swoich marnych posadek. Nigdy jednak tego nie uczyniłem. Dlaczego? No cóż, po prostu sam zawsze chciałem, na ile się dało, utrzymać się na jednym stanowisku i w jednej firmie jak najdłużej. Nie dlatego, że totalny ze mnie konformista i mało ambitny mięczak, ale z czystej świadomości, że o robotę w naszym śmiesznym kraju trudno, a mnie gotówkowy constans potrzebny jak junkiesowi działka. Bardzo.

Na job listonosza, jak już wcześniej pisałem, z perspektywy czasu, nie ma co narzekać. Pierwszą robotą, której zasady przestały mi się podobać był zwykły, plugawy telemarketing w jednej z katowickich firm. Dopóki siedziałem na czterech literach i wykonywałem telefon za telefonem, mając pełną świadomość faktu, że po robocie wrócę do domu, nie myśląc nawet przez ułamek sekundy o tym, co robiłem od 8 do 16, było ok. Swoje odcharowałem (mocno powiedziane), a później, przepełniony luzem i psychicznym komfortem, mogłem zająć się twórczością własną. Tudzież nieskrępowanym imprezowaniem. I to było OK. Odszedłem dopiero, gdy zmieniono zasady wypłacania wynagrodzeń w sposób tak drastyczny, że z dnia na dzień poczułem się jak jakowyś niewolnik, któremu zmniejszono racje żywnościowe ze względnie chujowych na chujowe totalnie. Odszedłem. Grzecznie zapukałem do pokoju kierownika i stwierdziłem, iż od dnia jutrzejszego w firmie mnie widział nie będzie (on ani nikt inny), gdyż za takie wynagrodzenie poświęcać swego czasu nie zamierzam. Było miło, uprzejmie i na luzie. Dwa tygodnie później pracowałem już w nowym miejscu, gdzie płacili o wiele lepiej, z klimatyzacji nie waliło zdechłym szczurem, ale za to zastępcą szefa okazał się podstarzały ex-belfer o mentalności ex-esbeka. Przez pierwsze cztery miesiące znosiłem jego upierdliwość jak mogłem, uciekając się do drobnych złośliwości wyszeptywanych w zaciszu firmowej kuchni, jednak piąty był już ponad moje siły. Powiedziałem kilka słów na temat mobbingu i faworyzowania niektórych pracowników w towarzystwie, w którym było kilka osób piastujących tradycyjne stanowisko zakładowych lizydupów i konfidentów. Wiecie jak to się dla mnie skończyło. Jako persona konfliktowa i obniżająca morale kadry, otrzymałem wymówienie. Za porozumieniem stron, ma się rozumieć.

Wtedy powiedziałem sobie noł mor! W wyniku różnych splotów wydarzeń, nagłych decyzji i nowych kontaktów, zostałem przedstawicielem szeroko rozumianej finansjery. Gajerek, teczuszka, spięte włoski, lakierki. Nie narzekałem, bo godziny pracy były nienormowane, a zarobić było można bez potu, krwi i łez. Problemem było tylko to, iż cała zabawa polegała na prowadzeniu własnej działalności gospodarczej. Z niewinnej istotki, za rękę prowadzonej przez pracodawcę, Wasz ukochany bohater stał się zwierzyną łowną, na którą swe zęby szczerzyć zaczęły krwiożercze instytucje ZUSem i USem zwane. Owszem, pieniążków było dużo, póki był na nie sezon, ale kiedy ten przeminął, zostały długi i brak perspektyw. ZUS grozi do dziś i, co wiedzą wszystkie dziatki, nie przestanie, póki swego nie wydrze. Dlaczego zostawiłem to, jakże intratne, zajęcie? Well, jak już wspomniałem, fajnie było, ale się skończyło. To powinno wyjaśniać kwestię.

Po kilku miesiącach żenującego bezrobocia, kiedy to z dziecinną beztroską przepierdalałem oszczędności swego życia, by w końcu znaleźć się w totalnej dupie i na granicy depresji, jak anioła głos, odezwał się Agent Tomek. Resztę historii znacie. Niestety nie okazała się ona lekka, miła i przyjemna. Zaczęło się licho i licho się to wszystko skończy. Obecnie jestem na L4, bo nie wytrzymałem atmosfery panującej w korporacji i, ekhm, zachorowałem. Z dobrze poinformowanego źródła wywiadowczego, wiem, że automatycznie po powrocie z chorobowego zostanę zwolniony. Już jutro, choć do odchorowania pozostał mi jeszcze ponad tydzień, firma wysyła do mnie Agenta Tomka, by odebrał z moich lepkich łap narzędzia pracy, takie jak laptop i służbowa komóra. Przykrywką jest tutaj rzekoma aktualizacja softu. Zabawne, zwłaszcza w obliczu faktu, że zarówno ja jak i oni, bardzo dobrze wiemy o co tak naprawdę biega. OK., niech im będzie, niech wypłacą minimum, które mi się należy i spierdalam. Od pierwszego września zaczynam nową pracę. Gdzie? A w telemarketingu, najplugawszym z plugawych. Obiecałem sobie i wszystkim, których to obchodzi, że już nigdy w życiu nie upodlę się podobną robotą. Dlaczego zatem ochoczo przystałem na warunki, które zaproponowano mi w zeszły czwartek? Bo, moi państwo, cenię sobie święty spokój i możliwość przyjścia z pracy, pierdolnięcia się na tapczan, włączenia swojej ulubionej płyty, odpoczęcia, a następnie wyjścia w miasto bez myślenia o tym, jak bardzo będę miał przesrane jutro w biurze! Flota, owszem, mniejsza, jednak wystarczająca, by na parę miesięcy uzyskać poczucie lekkiej stabilizacji, opłacić co trzeba i szukać czegoś nowego. Muszę odzyskać dawny luz.

A co z listonoszostwem? A to, że info z headquaters Poczty Polskiej było jasne: nie ma przyjęć, chyba, że na zastępstwo. A na takie warunki to ja nie reflektuję. Kropka.

Zrobiłem sobie mały maraton z zespołem The Cult. Sonic Temple i Ceremony. Te pierwsze postrubinowskie albumy, które szczególnie wryły się w moją młodzieńczą świadomość, by zostać w niej na zawsze i kierować dalszymi muzycznymi wyborami. Sonic Temple, wielka dźwiękowa epa, superprodukcja niemalże hollywoodzka i 11 perfekcyjnych tracków, będących szczytem tego, co panowie Astbury i Duffy wonczas mogli dokonać. No i Ceremony, the dark side of The Cult. Rozmach podobny do tego z poprzedniej płyty, jednak dużo więcej mroku i mniejsza dbałość o to, by koniecznie urodzić jakiegoś hita. Dla jednych to gorzej, dla drugich lepiej. A ja sam nie wiem. Wszystko zależy od nastroju. Dziś bawimy się na kalifornijskim wybrzeżu, albo rozbijamy się po nowojorskiej mainstreet, a jutro na spalonej słońcem pustyni oddajemy hołd wielkiemu Manitou. Houk!

poniedziałek, 9 sierpnia 2010

9. Malleus Maleficarum wielkiej korporacji

No i stało się! Dziś, jak tylko z mozołem wczołgałem się do biura, zasiadłem do biurka i odpaliłem służbowego laptopa, rzucono mi przed ryj złowieszczą kartkę A4 zawierającą tekst graficznie ułożony w formie podania / wniosku / pozwu. Nie powiem, by zmroził mnie strach, gdyż przybyłem już częściowo uświadomiony. Bladym świtem zadzwonił Agent Tomek, by konspiracyjnym tonem (jakby go kto podsłuchiwał), obwieścić mi, że firma przygotowała kolejny Młot na czarownice. Co prawda był przekonany, że mi to nie grozi, gdyż stażem jestem najmłodszy, jednak srogo się pomylił. Pogrom dopadł i mnie, zdawałoby się, przedstawiciela kasty uprzywilejowanych. Well, w korporacji takich nie ma. Myślicie o wymówieniu? Rozwiązaniu umowy? Zwolnieniu, so called, polubownym za porozumieniem stron? Nie! Jeszcze nie! Jest to na razie przygotowanie do wielkiego exodusu firmowych dup wołowych, dokument będący doskonałym podparciem szykujących się skreśleń z listy. Nikt już nie śmie podnosić głosu, gdyż podpisał mini umowę między nim, a szefostwem, na której wyraźnie napisano ile należy dla firmy zarobić w ciągu najbliższych pięciu dni. Jeśliś na tyle bezczelny i zdesperowany, by domagać się swych człowieczych praw, pomachają ci kartką z twoim własnym autografem, bez przymusu twą ręką naniesionym. Podpisałeś? Podpisałeś! No to prosimy, tutaj są drzwi. Schodami w dół, potem w prawo, przejdzie pan / pani przez bramkę i już. Po sprawie.
Nieładne to, wiadomo. Wiesz to ty, wiem ja i zapewne wiedzą oni. Ale co z tego. Ta firma to tonący okręt, na którym prawa moralne przestają obowiązywać. Jedno jest wiadome, kapitan musi się utrzymać. Reszta, jak zbędny balast, zostanie zrzucona na dno. Women and children first!

Świadomy niepewnej przyszłości, już zacząłem wysyłać cefałki do rozmaitych firm, które poszukują podobnych mi osobników, wykształconych i niezbyt ambitnych, na stanowisko pracownika biurowego. Byle siedzieć na dupie, przebierać w papierkach, klepać w klawiaturę, odbierać telefony i nie dbać o pierdolony plan dzienny. Bo najgorsze jest, gdy musisz oddać swe serce, duszę i energię instytucji, która w żaden sposób nie licuje z twoimi życiowymi pasjami i zamiłowaniami. W przypadku typów takich jak ja, jest to po prostu niemożliwe. Nieważne ile mieczy Euklidesa wisi nade mną, ile noży przystawionych mam do szyi, mój wewnętrzny opór jest jak niezwyciężona armia. Artysta, panie i panowie!

Chociaż zakłuje nieraz zraniona duma, gdy nawiedzi świadomość, że jest się niezmiernie chujowym pracownikiem.

Na Iggy’ego Popa przyszedł czas. Ten to dopiero dorobił się statusu Wielkiego Przewodnika Zbuntowanych. Odświeżyłem sobie jego albumy z lat 1986 do 2000. Mniej więcej od 80’sowo popowego Blah Blah Blah, do korzennego Avenue B, z moim ukochanym Brick By Brick włącznie. Nuty moich wspaniałych, przeszłych dni! Przepiękna symfonia nocnego miasta w Living On The Edge Of The Night, słodziutka, niczym miś haribo, Candy, uroczo dosadny Pussy Power, czy niezmordowanie prawdę niosący Corruption. Aż nie mogę się powstrzymać, by zedrzeć z siebie koszulę i stanąć w otwartym oknie wrzeszcząc:

When you live in Butt Town
You gotta get down
But in Butt Town I'm learnin'
In Butt Town I'm earnin'
In Butt Town I'm turnin'
Into my worst nightmare!

czwartek, 5 sierpnia 2010

8. Powrót Jedi

Opcje są dwie. Albo ze mnie totalna dupa wołowa, albo jestem tak wielkim indywidualistą, artystyczną duszą, freebirdem, że pewnych rzeczy po prostu dobrze nie zrobię. Szczególnie, gdy jest to praca dla wielkiej korporacji, gdzie baty na odsłonięte plery są codziennością. No, po prostu mi nie idzie. Nazwijcie mnie mięczakiem, mówicie do mnie per leserze, wyzywajcie od ciamajd, proszę bardzo! Przyjmę to wszystko na moją kudłatą klatę, bo świadom jestem, że moje dni w firmie są policzone. Omeny mówią, że będzie to miesiąc, najwyżej dwa. A później znów rozpaczliwe szukanie pracy, tłumaczenie wierzycielom, że pieniążki będą jak tylko znajdę robotę… again. Ktoś kiedyś przeklął moją matulę mówiąc, że życie jej syna będzie ciekawe. I jest. Aż zanadto.

Jeśli już odkrywamy wszystkie karty, to przyszedł czas, byście się dowiedzieli, że wasz ukochany bohater był kiedyś listonoszem. Tak, tak! Było to na długo zanim założył garnitur i jął podejmować się zajęć, które stały w sprzeczności z jego charakterem i pragnieniami. Dawno, dawno temu, gdy nie myślał jeszcze o tym, by stanąć w jednym szeregu z wszystkimi tymi picusiami glancusiami w biznesowych uniformach. No cóż, pomyślałem sobie, że się jakoś z nimi zgram, że uda mi się zacisnąć zadek i po prostu robić to co do mnie należy. Nic z tego! Moje ego jest rozbuchane, a wewnętrzny głos donośny jak wrzask, nie przymierzając, banshee, któremu ktoś przydepnął jądro. Nie zagłuszysz go, nawet używając weaponu zwanego zdrowym rozsądkiem.

No, ale do czego zmierzam? Widzicie, bo pomyślałem sobie dnia dzisiejszego, że być może, niezłym pomysłem byłby powrót na stare podwórko. Mógłbym zapukać do znanych mi drzwi urzędu pocztowego (na które, z zapalczywością godną wściekłego katola, plwałem lat temu trzy!), nieśmiało przekroczyć próg biura pani naczelnik i, z pomiętym CV dzierżonym w trzęsących się dłoniach, jak zbity kundel, na ugiętych nogach wsunąć się pod biurko. P-p-p-p-pamięta mnie pani? Wiem, wiem, byłem złym, złym, złym pracownikiem… Ale to było dawno. Teraz będę najlepszy, bo chcę być najlepszy. Miła pani, kierowniczko kochana, widziałem piekło! Ja byłem w piekle! Wszyscy nosiliśmy garnitury, przypięci byliśmy do potężnego kieratu, a nasi przełożeni, przypięci do jeszcze większego, batożyli nas mocniej niż ich szefowie! Utuliłaby mnie wtedy i głaszcząc po mej strapionej głowie rzekłaby: Tak, synku, ta kaźń była ci potrzebna, byś wiedział, co ci przeznaczone!

Serio! Chcę wrócić na pocztę! Niczym syn marnotrawny do swej patrii! Przywdzieję zwykły t-shirt, zwyczajne sportowe obuwie, starte jeansy, na oczy zsunę aviatory, na ramię założę ciężką, czarną torbę i wyjdę w miasto! Do ludzi zwykłych i niezwykłych, do wąsatych gburów, którzy nie odbierają pozwów, dzierlatek otwierających drzwi w samej bieliźnie, uśmiechniętych i zawsze hojnych babulinek, gotowych za każdym razem zostawić doręczycielowi końcóweczkę z renty. No i do tych małych, kwilących piesków! To ciężki job, odpowiedzialny, ale jakże wdzięczny! Mało tego, listonoszy się szanuje! A takiego, o, pieprzonego konsultanta, żebraka w drogich ciuchach, obłożonego gadżetami, tryskającego wątpliwą erudycją, nie! Sam nimi gardzę, co znaczy, że w chwili obecnej gardzę sobą samym! Tak być nie może!

Bryan Ferry śpiewa w tej chwili, że lepiej, bym nauczył się pływać, bo pójdę na dno jak kamień, gdyż czasy się zmieniają. Wiem, numer jest Dylana, ale ze starym dobrym Bobem jest tak, że jego kawałki najlepiej wypadają w cudzych wykonaniach. To Ferry’ego jest najlepsze. O Brianie i Roxy Music jeszcze kiedyś napiszę, dziś jednak pozostaje mi wdać się w polemikę z przekazem piosenki. Czasy się zmieniają, jednak ja nie zamierzam uczyć się pływać w tym śmierdzącym bajorze. Wchodzę do znanego mi jeziora. Wiem, że jest głęboko, a dno nierówne… Ale… No, kurwa, chcę po prostu wrócić do chaty i nie myśleć o robocie. Proste!

P.S. Ale to dopiero za miesiąc/dwa!

czwartek, 29 lipca 2010

7. Dilbert spotyka Winnetou

Nie zjedzą mnie! Nie dam się pożreć korporacyjnej machinie, nie pozwolę, by mnie przeżuła, a następnie wypluła me kości tam, gdzie leżą szczątki podobnych mi nieszczęśników! W firmie dali mi znać, że oto nadchodzi czas wielkiego ciśnienia i należy niemożliwe uczynić możliwym, wodę przemienić w wino, a żelazo w złoto, by zrealizować przenajświętszy Plan. A ja, biedny żółtodziób, nowy, młokos, kadet, utraciłem właśnie swoje przywileje i moja dupa zostaje wystawiona w stronę wszystkich tych, którzy w korporacyjnej hierarchii stoją wyżej. Przyjmuję tę wiadomość z pełną świadomością, że oni też są kopani, a ci co ich kopią, dostają regularne buciory od jeszcze górniejszej góry. Tak to właśnie jest. Dzieci, wystrzegajcie się pracy w podobnych instytucjach. Są to przybytki hipokryzji, spisków, chorej rywalizacji i bardzo brzydkich zachowań. Dog eat dog. Ja tutaj jestem tylko i wyłącznie z konieczności. Co z tego, że dobrze wyglądam, mam fajne gadżety, a w biurze cieplutko i kawa jest dobra. To wszystko przysłowiowy chuj. Dla wolnych dusz, takich jak Wasz bohater, korporacja jest po prostu kolejnym, przymusowym etapem żmudnej podróży przez życie. Pomaga opłacać zobowiązania, kompletować płytotekę, bibliotekę, ciuchotekę i mieć za co bawić się w weekendy. No to wbijam się co dzień o 6 w garniak i jadę na spotkanie z Molochem. A tam zgnilizna moralna i behawioralna. Mówi się, że szefowa szefów, ta sama, która mnie zatrudniała, nie darzy mnie wielką estymą. Wieść gminna niesie, że to z powodu mej niedopuszczalnej bezpośredniości. Ponoć rozmawiam z nią jak z koleżanką, a to się nie godzi! Cóż za faux pas! Oczywiście nie usłyszałem tego z jej ust, gdyż przekazała to mojemu kierownikowi, który z kolei dyskretnie przekazał informację Agentowi Tomkowi, a dopiero ten poinformował mnie. Ty, weź no mu powiedz, bo szefowa mówiła, że on… i wiesz no, tego…. Jakże to żałosne. Każdy, kto wspiął się szczebel wyżej umywa ręce, a cała brudna robota idzie w stronę Kowalskiego. Takie to małe i totalnie pozbawione cojones. Śmieję się i pracuję dalej. Zobaczymy jak długo. Moje CV każe wysnuwać jednoznaczne wnioski – na jakiś czas. Rzekłbym, Amen!

Odkopałem nową / starą jak świat kapelę sprzed lat. Winterhawk jej imię. Amerykański hard rock z elementami arena rocka i rocka progresywnego. Końcówka 70’s, początek 80’s. Bardzo ładne granie. Cwaniak na gitarze wywija ze swobodą godną największych wirtuozów tamtych czasów, a wokal wydziera się swobodnie używając, przyjemnych memu uchu, wysokich rejestrów. Melodie są ładne, a struktury utworów wykraczają czasem poza rockowy banał. A teraz czas na sjurprajz i ciekawostkę dnia. Otóż, dzieci moje kochane, Winterhawk to ansambl złożony w całości z amerykańskich nejtiwów! Czterech Winnetou z posępnym spojrzeniem wodza Siedzącego Byka, czaduje aż miło, serwując hard rocka na najwyższym poziomie. To ci dopiero! Hihgly recommended, zatem zdobywać i słuchać.

Pieruńsko jestem zmęczony, toteż pozwólcie, że odchylę się nieco do tyłu i pozwolę krzesłu zrzucić mnie wprost na pięknie pościelone wyro. Wizualizujecie to sobie? Jeśli tak, to znaczy, że z moimi zdolnościami opisowymi nie jest jeszcze tak źle. Do następnego! Aloha! I pamiętajcie, nie dajcie się zeżreć korporacjom! Bądźcie jak… No, nie mam pomysłu. Sami sobie wymyślcie odpowiedniego bohatera; literacki, bądź filmowy autorytet, niezłomnego wojownika, który zesrał się, a nie dał się. Może to być nawet Winnetou! Dobranoc!