
Przez moment bałem się, że moje nadużywanie wyrazów ogólnie uznawanych za nieprzystojne, zrazi do mnie większość potencjalnych czytelników (wciąż wierzę, że tacy są!), jednak po raz kolejny pojawił się jakiś „kolega”, który przykładem pokazał, że nie ma się co frasować. Tym razem był to Rudnicki, który w swoich comiesięcznych felietonach publikowanych przez pismo Machina, że tak powiem, nie pierdoli się i wali łaciną prosto w ryj. Od samego wstępu. Panowie i panie, baczność i salut, bo to persona z najwyższej półki literackiej, twórca szanowany i nagradzany. Bez szydery! Rzecz w tym, by umieć całe to mięcho ładnie połączyć ze zgrabnym stylem, wpierdolić gdzieniegdzie odrobinę elokwencji i obycia i już wszystko gra. Nie lękajmy się brzydko mówić! Kurwujmy, chujujmy, pizdujmy ile się da! Przeciez tu o emocje idzie, a te nie zawsze dają się wyrazić słownictwem literacko pięknym. Jak mawiają na Zakazanej planecie: jak ma być epa, to niech będzie epa!*
No i tyle w ramach prologu do dzisiejszych rozważań.
Miałem pisać o nowej, pożałowania godnej, pracy. Nie bójmy się tego powiedzieć, zszedłem na psy. Poddałem się, ukląkłem, założyłem ręce za głowę i wydukałem płaczliwe: „No dobrze, dobrze, już dobrze, wezmę się za byle co, tylko nie każcie mi spędzać kolejnego miesiąca na bezrobociu”. Podszedł do mnie wtedy rozsądek, skuł w kajdany i zaprowadził tam, gdzie kiedyś obiecałem sobie nigdy już nie wrócić. "Zapierdalaj", rzekł, "nie możesz siedzieć przez wieczność zabarykadowany w swojej twierdzy, czekając na robotę twoich marzeń, panie polonisto. Filologu (splunięcie) polski".
No to opycham znów przez telefon stuff jakości i wartości żadnej, za cenę horrendalną, wmawiając drobnym przedsiębiorstwom, że oto odkrywa się przed nimi Świętego Graala. Marketingowe wunderwaffe. O zarobkach nie napiszę tylko i wyłącznie przez wzgląd na moje nerwy. Ile zarobię doskonale wiem, jednak jeśli miałbym to jeszcze przeczytać na swoim blogu, zapisane własną ręką, zrobiłbym to samo, co Joker w Batmanie Burtona. Wziąłbym i zastrzelił monitor. Bogowie, kiedy to się wreszcie skończy? Kiedy wreszcie ktoś dostrzeże mój talent, zapał, nietuzinkowość, kreatywność, artystyczna butę, umiejętność zaangażowania w projekty licujące z moim intelektem i wykształceniem i da mi godną pracę?
Ale, wiecie, jedna rzecz w tej firmie mnie ujęła, gdyż jest po prostu ewenementem na skalę światową. Kochani moi, tam nikt, absolutnie nikt, począwszy od zwykłego opychacza, na szefostwie kończąc, nie buduje wewnątrzfirmowego mitu produktu idealnego. Wszyscy wiedzą, że to nic niewarte gówno, a sprzedaż za TAKĄ cenę to zwykła kradzież. Proceder jak się patrzy. No ale, cóż, wszystko wedle litery prawa, zatem sprawy po sądach nie krążą.
Posiedzę tam przez kolejny miesiąc, dwa, a później spróbuję czegoś nowego. Kto wie, może będę remontował mieszkanie któremuś z was? No bo taka opcja również się pojawiła. Z finansówki też się odezwali, ale olałem ich jak Kazik Fryderyki, bo to przez te wszystkie szumnie brzmiące doradztwa, radztwa, bractwa, sractwa jestem tutaj gdzie jestem. Dla tych, którym nie chce się czytać poprzednich wpisów, spieszę z wyjaśnieniem: jestem w dupie. Czarnej.
A ZUS litościwie odblokował mi parę groszy. Chyba, bo coś tam mam. No ale, ja już sam się w tym nie łapię. Wciąż bieduję.
Słucham Bossa. On tez kiedyś biedował, a teraz jest na szczycie. Spotkamy się tam, Bruce. Obiecuję! Further on up the road.
____________________________________________________________________________________
* Zakazana planeta - Serwis filmowy dla snobów. Tak jak ja, nie boją się mówić wprost, uciekają wszelkim konwencjom i są po prostu najlepsi. Czytać! http://www.zakazanaplaneta.pl/
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz