
- No to którędy idziemy? – zapytałem pewnego pochmurnego listopadowego popołudnia dawno niewidzianą znajomą, którą zupełnie przypadkowo spotkałem w jednym z najbardziej przygnębiających miejsc we wszechświecie.
- Obojętnie – odparła z szelmowskim uśmiechem – Bezrobotni mogą iść gdziekolwiek.
I tak narzekając na cały ten świat i sposób, w jaki został ułożony, ruszyliśmy w stronę przystanku autobusowego. Za nami powoli malała ponura sylwetka szarego gmaszyska zwanego Powiatowym Urzędem Pracy.
Nie wiem co teraz słychać u mojej zabawnej koleżanki, bośmy się tymi środkami komunikacji miejskiej porozjeżdżali na amen, każdy w swoją stronę i tak już zostało, jednak ja pracę znalazłem. Jednak i znów. Na jak długo? Tego nie wie nikt, jednakowoż wobec faktu, iż jest to znów robota polegająca na ciągłej sprzedaży, może się to ponownie okazać żałosnym epizodem mej kariery handlowca, która jest jak najprawdziwsze przekleństwo.
Żeby jednak zakończyć na jakiś czas te mroczne rozważania, które wykrzywiają mój obraz w waszych oczach, czyniąc ze mnie marudnego grzyba o samobójczych zapędach, nadmienię, iż tym razem opychał będę coś dużego. DUŻEGO. Coś o czym na razie pisać się nie odważę, aczkolwiek od razu rozwiewam wszelakie wątpliwości – nie będzie to broń atomowa, ani jakakolwiek inna. Żywy towar toże, bo proceder to podły i takoż ryzykowny. Nie będą to także figurki Jezusa Chrystusa Świebodzińskiego w skali 1 : 1. Przyjdzie czas, że MOŻE powiem. W każdym razie rzecz jest na czasie. Bardziej nawet niż Swiebodian Christ.
No cóż, albo mi się uda, albo nie, jak to błyskotliwie, na dwoje babka wywróżyła. Pażiwiom uwidim, jak dodał kacap. W każdym razie, nie omieszkam się pochwalić, żebyście doświadczyli prawdziwej radości ze strony Libertyna, którego uśmiech, wierzcie mi na słowo, nie zawsze jest tylko i wyłącznie cynicznym grymasem.
A jak atmosfera w nowym biurze? Ano, mocno okej. Przede wszystkim jest ładnie, schludnie i pachnąco, co jak zdążyłem zauważyć, nie jest u nas zwyczajem. Być może to dlatego, że firma zainstalowała się w tym uroczym miasteczku (sąsiadującym z moim) dopiero kilka miesięcy temu i nie zdążyła jeszcze zajść grzybem, duchotą i potem spod pach. Bodaj by nie zaszła.
Towarzystwo całkiem przyjemne. Generalnie same baby, toteż czasem gwar, że chciałoby się linijką w stół zajebać, czasem powiew infantylizmu najczystszej próby, który wyzwala we mnie przyjemne napływy szowinizmu. Choć zgrozę budzi fakt, że aż trzy osoby z, nie aż tak licznego, teamu mają wyższe wykształcenie, a jedna nawet przez osiem lat uczyła w szkole. No cóż, powinienem był się przyzwyczaić. Nie tylko ze mnie taka dupa wołowa, która nawet nie minęła się z powołaniem, ale po prostu nie miała cienia szansy go zrealizować.
Wszystkie te początkowe dni sponsorowane są przez słowo „Zobaczymy”, dlatego spinam pośladki i prę do przodu jak Percy Harrison Fawcett przez dżunglę amazońską.
A Fawcett parł uparcie, nie bacząc na to, że w rodzimej Anglii czekały go wygody dżentelmeńskiego życia u boku tak pięknej jak młodej żony i uroczych dziatek. Chciał pełnego wyzwań życia eksploratora terenów nietkniętych do tej pory (czyli do początku i pierwszej połowy XX wieku) ludzką stopą. Był prawdziwą gwiazdą ówczesnych mediów, odkrywcą źródeł rzek, twórcą południowoamerykańskich granic, cyborgiem, którego choroby się nie imały, egoistą, despotą i najprawdziwszym, szlachetnym, oldschoolowym badassem. Przysiągł sobie i całemu światu, że prędzej go piekło pochłonie, niż wróci bez mapy prowadzącej wprost do legendarnego złotego miasta. No i go pochłonęło. Przepadł nasz bohater bez wieści, a zaraz po nim całe rzesze copycatów, którzy wiedzeni wizją sławy i chwały ruszyli mu na ratunek.
A wszystko to porywająco opisał pan David Grann w książce Zaginione miasto Z. Czytajcie zanim nakręcą film! Prace już ruszyły i sam Brad Pitt się na ekranie pojawi (ot i cały sekret uśmiechniętej, brodatej mordy hollywoodzkiego amanta, która jaśnieje na początku wpisu).
W słuchawkach: Billy Joel – cała dyskografia. Mam słabość do tych ekscentrycznych artystów – fortepianistów.
P.S. Wiecie co to Candiru? Nie? Google -> search -> włala! Wysokie miejsce na liście najbardziej nikczemnych skurwysyństw Ziemi, tej Ziemi, zajęte!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz