...tak szczere, ze żaden potencjalny pracodawca nigdy go nie ujrzy.
Jest taka scena (bardzo ważna) w arcydziele X Muzy zwanym American Beauty, w której bohater grany przez Kevina Spacey’a, siada przed kierownikiem swojego biura, by jasno i dobitnie wyklarować mu swoje stanowisko wobec niego i jego poczynań. Mniej to widowiskowe niż legendarne samoobicie ryja Edwarda Nortona w Fight Clubie, ale jakże mądrzejsze i trafniejsze. Ileż razy sam miałem ochotę uczynić podobny gest, po czym tryumfalnie wyjść z gabinetu, nie spoglądając nawet na rozdziawione gęby tchórzy trzęsących dupskami w obawie o utratę swoich marnych posadek. Nigdy jednak tego nie uczyniłem. Dlaczego? No cóż, po prostu sam zawsze chciałem, na ile się dało, utrzymać się na jednym stanowisku i w jednej firmie jak najdłużej. Nie dlatego, że totalny ze mnie konformista i mało ambitny mięczak, ale z czystej świadomości, że o robotę w naszym śmiesznym kraju trudno, a mnie gotówkowy constans potrzebny jak junkiesowi działka. Bardzo.
Na job listonosza, jak już wcześniej pisałem, z perspektywy czasu, nie ma co narzekać. Pierwszą robotą, której zasady przestały mi się podobać był zwykły, plugawy telemarketing w jednej z katowickich firm. Dopóki siedziałem na czterech literach i wykonywałem telefon za telefonem, mając pełną świadomość faktu, że po robocie wrócę do domu, nie myśląc nawet przez ułamek sekundy o tym, co robiłem od 8 do 16, było ok. Swoje odcharowałem (mocno powiedziane), a później, przepełniony luzem i psychicznym komfortem, mogłem zająć się twórczością własną. Tudzież nieskrępowanym imprezowaniem. I to było OK. Odszedłem dopiero, gdy zmieniono zasady wypłacania wynagrodzeń w sposób tak drastyczny, że z dnia na dzień poczułem się jak jakowyś niewolnik, któremu zmniejszono racje żywnościowe ze względnie chujowych na chujowe totalnie. Odszedłem. Grzecznie zapukałem do pokoju kierownika i stwierdziłem, iż od dnia jutrzejszego w firmie mnie widział nie będzie (on ani nikt inny), gdyż za takie wynagrodzenie poświęcać swego czasu nie zamierzam. Było miło, uprzejmie i na luzie. Dwa tygodnie później pracowałem już w nowym miejscu, gdzie płacili o wiele lepiej, z klimatyzacji nie waliło zdechłym szczurem, ale za to zastępcą szefa okazał się podstarzały ex-belfer o mentalności ex-esbeka. Przez pierwsze cztery miesiące znosiłem jego upierdliwość jak mogłem, uciekając się do drobnych złośliwości wyszeptywanych w zaciszu firmowej kuchni, jednak piąty był już ponad moje siły. Powiedziałem kilka słów na temat mobbingu i faworyzowania niektórych pracowników w towarzystwie, w którym było kilka osób piastujących tradycyjne stanowisko zakładowych lizydupów i konfidentów. Wiecie jak to się dla mnie skończyło. Jako persona konfliktowa i obniżająca morale kadry, otrzymałem wymówienie. Za porozumieniem stron, ma się rozumieć.
Wtedy powiedziałem sobie noł mor! W wyniku różnych splotów wydarzeń, nagłych decyzji i nowych kontaktów, zostałem przedstawicielem szeroko rozumianej finansjery. Gajerek, teczuszka, spięte włoski, lakierki. Nie narzekałem, bo godziny pracy były nienormowane, a zarobić było można bez potu, krwi i łez. Problemem było tylko to, iż cała zabawa polegała na prowadzeniu własnej działalności gospodarczej. Z niewinnej istotki, za rękę prowadzonej przez pracodawcę, Wasz ukochany bohater stał się zwierzyną łowną, na którą swe zęby szczerzyć zaczęły krwiożercze instytucje ZUSem i USem zwane. Owszem, pieniążków było dużo, póki był na nie sezon, ale kiedy ten przeminął, zostały długi i brak perspektyw. ZUS grozi do dziś i, co wiedzą wszystkie dziatki, nie przestanie, póki swego nie wydrze. Dlaczego zostawiłem to, jakże intratne, zajęcie? Well, jak już wspomniałem, fajnie było, ale się skończyło. To powinno wyjaśniać kwestię.
Po kilku miesiącach żenującego bezrobocia, kiedy to z dziecinną beztroską przepierdalałem oszczędności swego życia, by w końcu znaleźć się w totalnej dupie i na granicy depresji, jak anioła głos, odezwał się Agent Tomek. Resztę historii znacie. Niestety nie okazała się ona lekka, miła i przyjemna. Zaczęło się licho i licho się to wszystko skończy. Obecnie jestem na L4, bo nie wytrzymałem atmosfery panującej w korporacji i, ekhm, zachorowałem. Z dobrze poinformowanego źródła wywiadowczego, wiem, że automatycznie po powrocie z chorobowego zostanę zwolniony. Już jutro, choć do odchorowania pozostał mi jeszcze ponad tydzień, firma wysyła do mnie Agenta Tomka, by odebrał z moich lepkich łap narzędzia pracy, takie jak laptop i służbowa komóra. Przykrywką jest tutaj rzekoma aktualizacja softu. Zabawne, zwłaszcza w obliczu faktu, że zarówno ja jak i oni, bardzo dobrze wiemy o co tak naprawdę biega. OK., niech im będzie, niech wypłacą minimum, które mi się należy i spierdalam. Od pierwszego września zaczynam nową pracę. Gdzie? A w telemarketingu, najplugawszym z plugawych. Obiecałem sobie i wszystkim, których to obchodzi, że już nigdy w życiu nie upodlę się podobną robotą. Dlaczego zatem ochoczo przystałem na warunki, które zaproponowano mi w zeszły czwartek? Bo, moi państwo, cenię sobie święty spokój i możliwość przyjścia z pracy, pierdolnięcia się na tapczan, włączenia swojej ulubionej płyty, odpoczęcia, a następnie wyjścia w miasto bez myślenia o tym, jak bardzo będę miał przesrane jutro w biurze! Flota, owszem, mniejsza, jednak wystarczająca, by na parę miesięcy uzyskać poczucie lekkiej stabilizacji, opłacić co trzeba i szukać czegoś nowego. Muszę odzyskać dawny luz.
A co z listonoszostwem? A to, że info z headquaters Poczty Polskiej było jasne: nie ma przyjęć, chyba, że na zastępstwo. A na takie warunki to ja nie reflektuję. Kropka.
Zrobiłem sobie mały maraton z zespołem The Cult. Sonic Temple i Ceremony. Te pierwsze postrubinowskie albumy, które szczególnie wryły się w moją młodzieńczą świadomość, by zostać w niej na zawsze i kierować dalszymi muzycznymi wyborami. Sonic Temple, wielka dźwiękowa epa, superprodukcja niemalże hollywoodzka i 11 perfekcyjnych tracków, będących szczytem tego, co panowie Astbury i Duffy wonczas mogli dokonać. No i Ceremony, the dark side of The Cult. Rozmach podobny do tego z poprzedniej płyty, jednak dużo więcej mroku i mniejsza dbałość o to, by koniecznie urodzić jakiegoś hita. Dla jednych to gorzej, dla drugich lepiej. A ja sam nie wiem. Wszystko zależy od nastroju. Dziś bawimy się na kalifornijskim wybrzeżu, albo rozbijamy się po nowojorskiej mainstreet, a jutro na spalonej słońcem pustyni oddajemy hołd wielkiemu Manitou. Houk!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz