środa, 8 września 2010

13. Kot Sylwester

Trzynasty wpis i, jak chujem w mordę strzelił, nieprzyjemny i wielce przygnębiający w swej treści. Nie jestem osobą przesądną, ale tak się akurat złożyło, że dla wszelakich numerologów, astrologów i bredniologów, będzie to woda na młyn. A niechże będzie. Nie w tym rzecz.

Żeby za bardzo nie zwodzić, nie krążyć wokół tematu, wprawiając was w stan skrajnego zaciekawienia i niepokoju, przyłoję prosto z mostu. Posłuchajcie bracia i siostry, bo historia jest tak żałosna, że zapewne niejeden / niejedna zacznie się głośno śmiać. A śmiejcie się. Ktoś zawsze musi grać rolę nieudacznika, życiowej dupy wołowej, która potyka się o skórkę banana, zostaje spalona żywcem, a w końcu spada na nią (dupę wołową, a nie skórkę bananową) fortepian. Gawiedź klaszcze, wszyscy się cieszą. Kurtyna opada i widownia rozchodzi się do domów, nie myśląc ani przez chwilę nad dalszym losem tych wszystkich biednych Kojotów, czy kotów Sylwestrów! No i dobrze, bo po co komu taka zaduma. Rozrywka jest rozrywką, jak rzekł Joker mierząc z rewolweru w Barbarę Gordon.

O, proszę, jednak udało mi się, chcąc nie chcąc, wprowadzić pewne napięcie. Jesteście ciekawi co się stało? Ha, jestem tego pewien. Posłuchajcie zatem historii Upadku Libertyna.

Libertyn, kiedy już zrobił wszystko, by zsynchronizować datę opuszczenia swej znienawidzonej ex-firmy i rozpoczęcia pracy w nowej, poczuł się naprawdę spełniony. Wiedział, że wypłata za dzień, dwa, będzie na jego koncie, rachunki zostaną uregulowane, a pusta sakwa wypełni się upragnionym geldem. Tak też stało się już nazajutrz. Wiedziony roztropną ideą first things first, Libertyn wypłacił był kwotę niezbędną do uregulowania pewnych rachunków, a następnie, wziąwszy swą połowice pod rękę, udał się na zakupy. Potrzebne mu były spodnie, gdyż jego ukochane, klasycznie obcisłe bright blue jeans, przeżyły za dużo i w strzęp się zamieniły. Ku swej radości niezmiernej, znalazł takie, a nawet lepsze za cenę niższą niż sobie wyobrażał.

No, ale zbaczamy z tematu. Przyjdzie jeszcze czas na opowieści o przyodziewku waszego bohatera. Do rzeczy!

Minął dzień, przyszedł weekend i nastał czas wielkiej fety, toteż należało udać się do bankomatu, by wyciągnąć środki na godne celebrowanie. Wtedy właśnie Libertyn rażony został piorunem, obdarty ze skóry, wytarzany w soli, a następnie rozerwany przez cztery konie, w cztery strony świata pognane. Wydruk wypluty przez bankomat mówił jasno – pieniążków nie ma. Wedle wszelkich praw zdrowego rozsądku i umów zawartych między waszym bohaterem, a ex-firmą, powinno ich tam być pod dostatkiem, jednak rzeczywistość okazała się horrorem fantasy, gdzie wszelkie irracjonalne lęki wychodzą spod łóżka, by złapać cię za nogę i wciągnąć do mrocznego królestwa lęku absolutnego. Prostymi słowy: flota wzięła i zniknęła! Cóż się później nie działo! Telefonom nie było końca! Cała dyrekcja i dział finansowy ex-firmy natychmiast postawiony został na nogi i zmuszony do dokładnego sprawdzenia, czy aby należycie wywiązał się ze swego obowiązku. Ponad wszelką wątpliwość stwierdzone zostało, że nikt się nie pomylił i szmal winien być na koncie Libertyna w ilości zadowalającej. No ale nie był! W końcu wasz strapiony bohater przekroczył był próg banku, w którym posiada konto. Miła pani, po sprawdzeniu sytuacji w systemie komputerowym, oznajmiła, że wszystko jest w porządku, a kwota jest bardziej niż krzepiąca. „Cóż się zatem stało”, zapytał zaniepokojony Libertyn. „Nie wiem, lecz sprawdzę”, odparła sympatyczna pani.

Wtedy właśnie wrócił koszmar sprzed miesięcy kilku, gdy do waszego zatroskanego autora przychodzić zaczęły, bynajmniej nie miłosne, korespondencje z miejsca, które niemal każdy mieszkaniec naszej wesołej krainy przeklina każdego miesiąca, myśląc o tym, gdzież to znika pokaźna część jego wypłaty i cóż się z nią później dzieje. Bo widzicie, moje dziatki, Libertyn bawił się kiedyś w biznesmena i firmę własną posiadał. Miała ona być strzałem w dziesiątkę, kurą znoszącą złote jajka, kociołkiem Leprechauna, paluchem Midasa, a all in all, okazała się czymś na kształt i podobieństwo małego Waterloo. Przypływy skończyły się niemal tak szybko, jak się pojawiły, a zobowiązania wciąż rosły. Szczególnie wobec instytucji, która miała się okazać głównym sprawcą obecnej, opłakanej, sytuacji waszego bohatera.

A imię bestii ZUS, moi kochani! To ZUS, żądny odzyskania swoich (??????????????) pieniędzy, uciekł się do czynu tak podłego jak zablokowanie wszelkich środków na koncie Libertyna! Nikt nie zapytał co dalej, nikt nie obejrzał się za siebie, gdy opadała kurtyna! A wasz biedny autorzyna stał tam ze świadomością, która bolała jak ananas wetknięty w tyłek. Mówiła mu ona jedno: „No, teraz to dopiero jesteś biedny!”.

Tak to właśnie wygląda. Zbrodnicza organizacja zwana Zakładem Ubezpieczeń Społecznych, syndykat, który wbrew mojej woli odbiera mi moje ciężko zarobione pieniądze, by, czy tego chcę, czy nie, ubezpieczać mnie i odkładać na moją emeryturę, teraz zabrał mi wszystko. Od lat, każdy Polak wie, że istnienie tego Imperium Zła nie ma już absolutnie żadnego zastosowania. Od dawna żyjemy ze świadomością, że taniej, skuteczniej i korzystniej byłoby ubezpieczać się i odkładać własnym sumptem. Jednak nikt jeszcze nie tupnął nogą, nie pierdolnął pięścią w stół, nie odpalił ładunku wybuchowego, nie wezwał demonów, by rozpędziły to siedlisko zbrodni na cztery wiatry. Nikt. Resistance, moi kochani. Nie możemy dać się okradać. Nie, kurwa, w biały dzień!

Wybaczcie dzisiejszy brak błyskotliwości, ale doprawdy, trudno błyszczeć, gdy wszystkie myśli skupiają się wokół jednego wydarzenia.

Złodzieje!

Bryan Ferry, nie powiem, trochę pomaga. No ale to stary, dobry Bry, zawsze niezawodny, zawsze w wielkim stylu, zawsze na miejscu. Jeden z wielkich. Ilu ich jeszcze zostało? On, Bowie, Cooper, sir Elton… Grajcie mi tej nocy, wielcy soliści.

P.S. O nowej pracy napiszę nieco później. Przypomnijcie mi, proszę, bym koniecznie opowiedział o tej żałosnej firemce, która mnie obecnie zatrudnia i przymusza do okradania biednych suckerów, a także o zupełnie nowej propozycji od starego kumpla! Koniecznie!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz