poniedziałek, 27 września 2010

16. Vive La Revolution!


Niniejszy wpis pierwotnie miał być sponsorowany przez utwór Not Responsible zespołu Deep Purple i faktycznie, od 8.45 rano, do 12.00 w południe miałoby to jeszcze jakieś zastosowanie. Na szczęście nastąpił nieoczekiwany zwrot sytuacji i śmiało możemy zamienić rzeczony song na coś mniej samokrytycznego. Niech to zatem będzie, a co tam, I’m Still Standing Eltona Johna, ok.? Bo, widzicie, nawet jeśli nazwanie mnie nieodpowiedzialnym nie mija się z prawdą, to jakoś udało mi się z całej tej porannej akcji wyjść z twarzą.

Ale po kolei.

O 6.25, jak co dzień (prócz sobót, niedziel i świąt), zwlokłem się niechętnie z łoża mego wygodnego i poczłapałem do toalety, by wykonać wszystkie te czynności, które człek o poranku zwykł wykonywać. Było siusiu, mycie ząbków, szybki prysznic i suszonko. Następnie udałem się do swego pokoju, by po przelotnym, acz tęsknym spojrzeniu na rozbebeszone legowisko, zwrócić się w stronę szafy, uchylić jej dźwierza i wybrać odzienie odpowiednie na kolejny pieprzony poniedziałek. Kiedy już dokonałem tego, jak zawsze trudnego, wyboru, zasiadłem przy kuchennym stole, by zjeść śniadanie i wypić nader pyszną herbatę. Po posiłku wskoczyłem w obuwie, na grzbiet zarzuciłem swą uwielbioną skórę i w strugach deszczu udałem się na przystanek. Tam przyszło mi czekać. Autobus, który planowo przybyć miał o 7.41, nie pojawił się wcale. Spóźnienie gwarantowane. Już, oczami wyobraźni swej bujnej, widziałem minę tej wrednej świnki Piggie puszącej się za biurkiem, so called, sekretariatu firmy. Tak, proszę państwa, opadało morale. Jako, że kolejny dyliżans nadjechał z siedmiominutowym opóźnieniem, w pracy byłem 20 po ósmej. Z pewnością siebie godną Johna Wayne’a przekraczającego próg saloonu, stanąłem przed obliczem przełożonej i dzielnie dałem się ugodzić karzącym spojrzeniem, które miało wbić się w me serce i żłobić w nim, niczym tępy śrubokręt. Tutaj jednak napotkało opór! Nie dałem się! Postawiłem przed sobą firewall godny Pentagonu. Wiecie dlaczego? Bo morale, moi milusi, upadło całkowicie. Umarło, zdechło, kopnęło w kalendarz, stało się niebytem!
- Po pierwsze wyniki, szanowny panie – rzekła z paskudną miną, godną wymierzenia jej solidnego policzka, wywrócenia biurka do góry nogami, rozbicia komputera, nasikania na papiery i zjedzenia drugiego śniadania przygotowanego przez mężusia – Dajemy sobie dwa dni, a później…
Nie odpowiedziałem. Pomyślałem za to: „Ożesz ty taka i owaka! Ty mi będziesz dawać dwa dni? A co to niby za instytucja, w której mnie zatrudniasz? Cóż to za wielce prestiżowe stanowisko, ty nędzna imitacjo Barbie z wyraźną nadwagą? Dość okradania klientów! Dość wpychania im towaru, który nawet darmochy nie jest wart! Vive la revolution!”.

Z takimi przemyśleniami zasiadłem grzecznie przy biurku swym służbowym i podniosłem słuchawkę telefonu. Sygnał był marny i uniemożliwiający produktywną pracę, toteż udałem się do Piggie z reklamacją.
- Proszę wymienić aparat na moim stanowisku, gdyż przez tę zabawkę nic nie słychać – rzekłem konkretnie i rzeczowo.
- To nie jest zabawka, tylko telefon – Odparła z typową dla siebie upierdliwością.
Otrzymawszy aparat zastępczy, wróciłem na swoje stanowisko. Spojrzałem w lewo, później w prawo. Ludzie uwijali się jak w ukropie. Wciąż ten sam tekst, te same wypróbowane chwyty, ten sam brak przekonania. O nie, kochani. To by było na tyle!
- Wiesz co? – zwróciłem się w stronę dziewczyny siedzącej po mej prawicy.
- Pierdolisz to? – zgadła z błyskotliwością godną Dr Watsona.
- Bingo! – odparłem jak zwykł to robić Sherlock Holmes – Pierdolę to, idę.
Spakowałem swój kubek, pozbierałem dokumenty i poszedłem przez oblicze Piggie, by zakomunikować o swym odejściu.

I tyle, moje motylki, poszedłem sobie. Założyłem słuchawki na uszy i ruszyłem w niepewną przyszłość.

Pomyślałem sobie wtedy, że muszę być bardzo głupim człowiekiem. Nie tyle nieodpowiedzialnym, choć to też, co po prostu durnym. Bo przecież mogłem spokojnie podziadować w tej gównianej firemce, a po godzinach szukać nowego zajęcia! Wysyłać CV, dzwonić, pytać znajomych. Przecież to by było takie rozsądne! Każdy by tak uczynił! Ale nie ja, moje misie ptysie, nie ja! Ja po raz kolejny uniosłem się dumą!

Po drodze nabyłem Wyborczą, bo w poniedziałki jest tam dodatek PRACA. W domu spokojnie odpaliłem przyjaciela – peceta, otworzyłem gazetę na ogłoszeniach i zakreślać począłem te, które choć w minimalnym stopniu by mi odpowiadały. Znalazłem takich siedem. Siedem adresów, siedem wysłanych aplikacji i… dwa zaproszenia na rozmowy kwalifikacyjne w przeciągu następnej godziny. Co wy na to? Zważywszy na dzisiejszy kryzys na rynku pracy, jest okej, prawda?

Oba terminy wyznaczone zostały na jutro. Pójdziemy, zrobimy dobre wrażenie, sprawdzimy, wybierzemy. A jak znów mi się nie spodoba… Cóż, life goes on, jak śpiewało jakieś tysiąc wykonawców w tysiącu utworów na przestrzeni tysiąca lat.

CDN

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz