
Remontują nam dworzec w Większym Mieście. Ten nieszczęsny maszkaron, będący dotychczas mrocznym widmem minionej epoki, wreszcie dostał szansę na wspaniałą przyszłość! Przepych, blichtr i glamour! Witaj wielki świecie, żegnaj zaścianku? Tak, chyba coś w tym stylu. A to ciekawe, moi kochani, przez tyle lat, jak długo żyję, wszyscy dookoła wzdychali, nadymali się i jęczeli, by wreszcie zrobić coś z tym truchłem psującym wizerunek starego śródmieścia. Zburzyć, zaorać i postawić coś, co da nam poczucie, że oto stanowimy jedność z lepszą częścią tego kraju, a nawet całego kontynentu. I wreszcie, po latach stękania, biadania i pomstowania, pojawiły się plany, a w końcu nawet pieniążki. Zanim jednak robota ruszyła pełną parą, na drodze postępu stanęli, jak zwykle, obrońcy spraw kuriozalnych. Szacowne gremium architektów – najwyraźniej miłośników turpizmu, postanowiło pobawić się w Rejtana i rozedrzeć koszule w geście sprzeciwu wobec planów rozebrania post nuklearnego maszkarona. Wielu Józków, Mietków, Stanisławów i innych obywateli Większego Miasta, rozdziawiło tedy gęby w cichym zdumieniu, bo oto nagle oświecono ich, że od tych kilkudziesięciu lat obcowali z najprawdziwszym dziełem sztuki! „Jezusmaria, to tak jak dworzec w Paryżu, czy metro w Moskwie?” No cóż, wypada myśleć, że tak. Inaczej wychodzisz pan na ignoranta i buraka. Mówiąc szczerze, mieszkańcy Większego Miasta mają wyjebane na, so called, arcydzieła brutalizmu jakimi okrzyknięto nagle dworcowe kielichy. Na co komu świadomość wyjątkowości tego obiektu, skoro kryje się za nią wyłącznie kosmiczna brzydota? Czy kupa zrobiona sto lat temu nie pozostaje kupą ( Nie, gdyż ulega biodegradacji. Poza tym ten dworzec nie ma stu lat – przyp. Dr L.). No to inny przykład: wyobraźcie sobie gremium znawców, specjalistów z dziedziny kultury, sztuki, architektury i czego tam chcecie, pochylające się nad najzwyklejszym gównem w celu orzeczenia, iż oto do czynienia mamy z niemal podręcznikowym przykładem jakiegoś tam –izmu. I nie sprzątać, bo to zbrodnia w skali światowej! Czy to nobilituje śmierdzącego, obrzydliwego kloca? In my honest opinion, niet!
Jeśli już nie da się na powrót zaadaptować budynków starego dworca, to niech chociaż powstanie tam coś, co sprawi nam jakąkolwiek przyjemność. Estetyczną, zapachową… No i chociaż niech da nam to niezastąpione poczucie dumy, że mamy takie fajne coś…
Uderzyłem w ten wysoki ton, gdyż, jeśli wszystko pójdzie tak jak pójść powinno (czyt. jeśli się sprawdzę), znów będę pracownikiem firmy mieszczącej się w Większym Mieście. Oznacza to, iż ów przechodzący gwałtowne przeobrażenia dworzec stanie się na powrót moją codziennością. Każdego dnia około 7.30 i 15.30, będziemy jak starzy kumple, którzy witają się mówiąc „hej, to znowu ty” i żegnają rzucając krótkie „do jutra, stary”.
Ale, byłbym pierdołą straszliwą i marudnym fiutem, gdybym nie przyznał, że to, co zwojowano w, dotychczas uryną i kałem trącących korytarzach, godne jest najwyższej pochwały, jeśli nie pomnika na placu głównym. Miast po próżnicy mamonę trwonić i starożytny surowiec na zmarnowanie wyrzucać, jakieś mądre głowy postanowiły sprowadzić z wielkiego świata zmyślne urządzenia, które dokonały totalnego cleaningu ścian, sufitów i podłóg. Co z tego wyszło? No panie, jakbym panu nie powiedział, to byś pan pomyślał, że to wszystko funkel nówka nie śmigana! Coś wspaniałego. I dumą napawa!
Mimo wszystko uważam, że na tym poprzestać powinni, a całą górę zastąpić należy czymś cieszącym oko i sycącym duszę. Bo jam człek wrażliwy, nie dla mnie turpizmy, gdy chcę ukojenia po roboty ciężkim znoju, bądź imprezy całonocnej trudzie. Chcę światła, piękna i nadziei! Odlecieć chcę!
I tak, wracając dziś z pracy znów natknąłem się na tego nieszczęśnika, znajomego z dawnych lat, jak dzierżył w swej lewicy plik ulotek. Tym razem, swą fizjonomią heavy metalowego drwala, brukał majestat teatru starego jak Jehowa. Na szczęście obyło się bez obustronnego uczucia zmieszania, jakie towarzyszyło nam podczas poprzedniego spotkania. Okazało się, że rozdawnictwo reklamowej makulatury to nie jedyne zajęcie w życiu mego starego druha. Krzepiące. „Wciąż gram”, rzekł, „Nagrałem płytę demo”. Pocieszające. Ponoć para się muzyką akustyczną. Full romantic, tylko on i gitara. Jak stary bluesman u kresu swej drogi. Wszystkich nas, niespełnionych muzyków, wieczne dzieci dryfujące w zdradliwym oceanie marzeń, dopadnie to samo. Kurewsko wielki bucior cioteczki rzeczywistości. Ale będziemy grać dalej! Będziemy przymierać głodem, cedzić niezrozumiałe teksty przez zepsute zęby, chodzić w jednej parze dziurawych gaci, a jednak do końca nie ustaniemy w uporze, że to już jutro, jużżżż… Fame, fame makes a man take things over*!
W każdym razie, jak się okazało, równy z niego gość i zapewne zatrzymam się przy nim jutro i pojutrze, i popojutrze i…I wiecie co? Ja wciąż nie wiem jak typ ma na imię!
___________________________________________________________________________
* Jak śpiewał David Bowie
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz