środa, 22 września 2010

15. Ta suka zwana Niemocą Twórczą!

Postaram się nie pisać dziś o pracy. Ani słowa! Nie wiecie nawet, moi kochani, jakie to trudne. Człowiek osiem pieprzonych godzin siedzi w obskurnym, smierdzącym biurze z ludźmi, z którymi w życiu nie poszedłby na browara, opychając towar nie wart nawet ćwierci swej ceny. Jakież to kurewsko przygnębiające! Jak bardzo poniżające! Kiedy tkwię tam, wciśnięty w krzesło biurowe, ze słuchawkami na uszach, a przede mną piętrzy się stos kartek z namiarami na kolejne ofiary zbrodniczego syndykatu, który mnie zatrudnia, gniew miesza mi się ze wstydem. Jestem wkurwiony na siebie, bo przecież skończyłem studia, mam tytuł magistra, a jedyna posada, jaką mogłem teraz znaleźć godna jest totalnego półgłówka. No i, jak już wspominałem, wstydzę się jej cholernie. Bo, widzicie, nie jest tak, że żadna praca nie hańbi. To powiedzenie to jakieś totalne nieporozumienie. Jest cała, cholernie długa, lista zawodów sprowadzających cię, człecze, do poziomu obrzydliwego robala. Sądzę, że telemarketing plasuje się w pierwszej dziesiątce. Okej, napisałem jednak o pracy. Sami widzicie, ta zgryzota wychodzi z człowieka, czy tego chce, czy nie. Jak gówno podczas ostrej biegunki. Wybaczcie to mało delikatne, acz wielce sugestywne porównanie, ale po prostu nie dało się znaleźć lepszego.

Poza tym, miałem dziś zacząć pisać. Postanowiłem zrobić kolejny krok ku olśniewającej karierze nowej gwiazdy polskiej prozy. Mam kilka folderów z rozpoczętymi powieściami. Jedne kiszą się tam od lat, jak pikle w babcinej piwnicy, a drugie są owocami płonnej dziewki zwanej weną. Wszystkie pozostawiłem w pół rozdziału, akapitu, zdania… Czekają na swój czas, gdy wszelkie warunki zewnętrzne i wewnętrzne pozwolą ich wyrodnemu ojcu dokonać swego dzieła. Bo sztuka, kochani, musi być skończona!

Pragnę sławy, fortuny i uwielbienia. Od dziecka chciałem być pisarzem, żyć z tego, a teraz, gdy dobijam trzydziestki przychodzi mi zasiadać przed dziesiątką nieskończonych projektów. Niczym obłąkany naukowiec przed zastępem niedokończonych stworów. Temu brakuje rączki, temu nóżki, ten nie otrzymał jeszcze korpusu a tamten, z kolei jest samą głową. Wszystkie wyją i jęczą, bo chcą wreszcie otrzymać upragnione ciało. Doktorek oczywiście pragnie dla nich tego samego, ale głosy w jego głowie sprawnie przeszkadzają mu w skupieniu się na swej pasji. „Kiedy znajdę czas i moc, by to wszystko ogarnąć?”, pyta. A czas leci.

Jakoś tak dziś melancholijnie. Chyba nie ma to nic wspólnego z muzyką Eltona Johna, która rozbrzmiewa w moich słuchawkach od ładnych kilku godzin. Nie, nie! Ten facet zawsze działał na mnie najlepiej. Panaceum na każdy ból. Mówcie co chcecie, nazywajcie go starą ciotą, parszywym pedrylem, jebanym sodomitą. Proszę, dajcie upust swej malutkiej homofobii. W ostatecznym rozrachunku jednak, cokolwiek powiecie i pomyślicie, ani na jotę nie pomniejszy jego geniuszu, wpływu na rozwój muzyki. Nie odbierzecie mu miejsca w panteonie największych artystów wszechczasów. No fuckin’ way, suckers! Wciąż wątpicie? No to posłuchajcie jego dokonań z lat ’69 – 76’, a później reszty. Zapewniam, że Funeral For A Friend/Love Lies Bleeding urwie wam dupy, a Tiny Dancer wespół z Have Mercy For A Criminal dokona reszty.

Dobranoc, Hank Moody na noc.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz