poniedziałek, 9 sierpnia 2010

9. Malleus Maleficarum wielkiej korporacji

No i stało się! Dziś, jak tylko z mozołem wczołgałem się do biura, zasiadłem do biurka i odpaliłem służbowego laptopa, rzucono mi przed ryj złowieszczą kartkę A4 zawierającą tekst graficznie ułożony w formie podania / wniosku / pozwu. Nie powiem, by zmroził mnie strach, gdyż przybyłem już częściowo uświadomiony. Bladym świtem zadzwonił Agent Tomek, by konspiracyjnym tonem (jakby go kto podsłuchiwał), obwieścić mi, że firma przygotowała kolejny Młot na czarownice. Co prawda był przekonany, że mi to nie grozi, gdyż stażem jestem najmłodszy, jednak srogo się pomylił. Pogrom dopadł i mnie, zdawałoby się, przedstawiciela kasty uprzywilejowanych. Well, w korporacji takich nie ma. Myślicie o wymówieniu? Rozwiązaniu umowy? Zwolnieniu, so called, polubownym za porozumieniem stron? Nie! Jeszcze nie! Jest to na razie przygotowanie do wielkiego exodusu firmowych dup wołowych, dokument będący doskonałym podparciem szykujących się skreśleń z listy. Nikt już nie śmie podnosić głosu, gdyż podpisał mini umowę między nim, a szefostwem, na której wyraźnie napisano ile należy dla firmy zarobić w ciągu najbliższych pięciu dni. Jeśliś na tyle bezczelny i zdesperowany, by domagać się swych człowieczych praw, pomachają ci kartką z twoim własnym autografem, bez przymusu twą ręką naniesionym. Podpisałeś? Podpisałeś! No to prosimy, tutaj są drzwi. Schodami w dół, potem w prawo, przejdzie pan / pani przez bramkę i już. Po sprawie.
Nieładne to, wiadomo. Wiesz to ty, wiem ja i zapewne wiedzą oni. Ale co z tego. Ta firma to tonący okręt, na którym prawa moralne przestają obowiązywać. Jedno jest wiadome, kapitan musi się utrzymać. Reszta, jak zbędny balast, zostanie zrzucona na dno. Women and children first!

Świadomy niepewnej przyszłości, już zacząłem wysyłać cefałki do rozmaitych firm, które poszukują podobnych mi osobników, wykształconych i niezbyt ambitnych, na stanowisko pracownika biurowego. Byle siedzieć na dupie, przebierać w papierkach, klepać w klawiaturę, odbierać telefony i nie dbać o pierdolony plan dzienny. Bo najgorsze jest, gdy musisz oddać swe serce, duszę i energię instytucji, która w żaden sposób nie licuje z twoimi życiowymi pasjami i zamiłowaniami. W przypadku typów takich jak ja, jest to po prostu niemożliwe. Nieważne ile mieczy Euklidesa wisi nade mną, ile noży przystawionych mam do szyi, mój wewnętrzny opór jest jak niezwyciężona armia. Artysta, panie i panowie!

Chociaż zakłuje nieraz zraniona duma, gdy nawiedzi świadomość, że jest się niezmiernie chujowym pracownikiem.

Na Iggy’ego Popa przyszedł czas. Ten to dopiero dorobił się statusu Wielkiego Przewodnika Zbuntowanych. Odświeżyłem sobie jego albumy z lat 1986 do 2000. Mniej więcej od 80’sowo popowego Blah Blah Blah, do korzennego Avenue B, z moim ukochanym Brick By Brick włącznie. Nuty moich wspaniałych, przeszłych dni! Przepiękna symfonia nocnego miasta w Living On The Edge Of The Night, słodziutka, niczym miś haribo, Candy, uroczo dosadny Pussy Power, czy niezmordowanie prawdę niosący Corruption. Aż nie mogę się powstrzymać, by zedrzeć z siebie koszulę i stanąć w otwartym oknie wrzeszcząc:

When you live in Butt Town
You gotta get down
But in Butt Town I'm learnin'
In Butt Town I'm earnin'
In Butt Town I'm turnin'
Into my worst nightmare!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz