Opcje są dwie. Albo ze mnie totalna dupa wołowa, albo jestem tak wielkim indywidualistą, artystyczną duszą, freebirdem, że pewnych rzeczy po prostu dobrze nie zrobię. Szczególnie, gdy jest to praca dla wielkiej korporacji, gdzie baty na odsłonięte plery są codziennością. No, po prostu mi nie idzie. Nazwijcie mnie mięczakiem, mówicie do mnie per leserze, wyzywajcie od ciamajd, proszę bardzo! Przyjmę to wszystko na moją kudłatą klatę, bo świadom jestem, że moje dni w firmie są policzone. Omeny mówią, że będzie to miesiąc, najwyżej dwa. A później znów rozpaczliwe szukanie pracy, tłumaczenie wierzycielom, że pieniążki będą jak tylko znajdę robotę… again. Ktoś kiedyś przeklął moją matulę mówiąc, że życie jej syna będzie ciekawe. I jest. Aż zanadto.
Jeśli już odkrywamy wszystkie karty, to przyszedł czas, byście się dowiedzieli, że wasz ukochany bohater był kiedyś listonoszem. Tak, tak! Było to na długo zanim założył garnitur i jął podejmować się zajęć, które stały w sprzeczności z jego charakterem i pragnieniami. Dawno, dawno temu, gdy nie myślał jeszcze o tym, by stanąć w jednym szeregu z wszystkimi tymi picusiami glancusiami w biznesowych uniformach. No cóż, pomyślałem sobie, że się jakoś z nimi zgram, że uda mi się zacisnąć zadek i po prostu robić to co do mnie należy. Nic z tego! Moje ego jest rozbuchane, a wewnętrzny głos donośny jak wrzask, nie przymierzając, banshee, któremu ktoś przydepnął jądro. Nie zagłuszysz go, nawet używając weaponu zwanego zdrowym rozsądkiem.
No, ale do czego zmierzam? Widzicie, bo pomyślałem sobie dnia dzisiejszego, że być może, niezłym pomysłem byłby powrót na stare podwórko. Mógłbym zapukać do znanych mi drzwi urzędu pocztowego (na które, z zapalczywością godną wściekłego katola, plwałem lat temu trzy!), nieśmiało przekroczyć próg biura pani naczelnik i, z pomiętym CV dzierżonym w trzęsących się dłoniach, jak zbity kundel, na ugiętych nogach wsunąć się pod biurko. P-p-p-p-pamięta mnie pani? Wiem, wiem, byłem złym, złym, złym pracownikiem… Ale to było dawno. Teraz będę najlepszy, bo chcę być najlepszy. Miła pani, kierowniczko kochana, widziałem piekło! Ja byłem w piekle! Wszyscy nosiliśmy garnitury, przypięci byliśmy do potężnego kieratu, a nasi przełożeni, przypięci do jeszcze większego, batożyli nas mocniej niż ich szefowie! Utuliłaby mnie wtedy i głaszcząc po mej strapionej głowie rzekłaby: Tak, synku, ta kaźń była ci potrzebna, byś wiedział, co ci przeznaczone!
Serio! Chcę wrócić na pocztę! Niczym syn marnotrawny do swej patrii! Przywdzieję zwykły t-shirt, zwyczajne sportowe obuwie, starte jeansy, na oczy zsunę aviatory, na ramię założę ciężką, czarną torbę i wyjdę w miasto! Do ludzi zwykłych i niezwykłych, do wąsatych gburów, którzy nie odbierają pozwów, dzierlatek otwierających drzwi w samej bieliźnie, uśmiechniętych i zawsze hojnych babulinek, gotowych za każdym razem zostawić doręczycielowi końcóweczkę z renty. No i do tych małych, kwilących piesków! To ciężki job, odpowiedzialny, ale jakże wdzięczny! Mało tego, listonoszy się szanuje! A takiego, o, pieprzonego konsultanta, żebraka w drogich ciuchach, obłożonego gadżetami, tryskającego wątpliwą erudycją, nie! Sam nimi gardzę, co znaczy, że w chwili obecnej gardzę sobą samym! Tak być nie może!
Bryan Ferry śpiewa w tej chwili, że lepiej, bym nauczył się pływać, bo pójdę na dno jak kamień, gdyż czasy się zmieniają. Wiem, numer jest Dylana, ale ze starym dobrym Bobem jest tak, że jego kawałki najlepiej wypadają w cudzych wykonaniach. To Ferry’ego jest najlepsze. O Brianie i Roxy Music jeszcze kiedyś napiszę, dziś jednak pozostaje mi wdać się w polemikę z przekazem piosenki. Czasy się zmieniają, jednak ja nie zamierzam uczyć się pływać w tym śmierdzącym bajorze. Wchodzę do znanego mi jeziora. Wiem, że jest głęboko, a dno nierówne… Ale… No, kurwa, chcę po prostu wrócić do chaty i nie myśleć o robocie. Proste!
P.S. Ale to dopiero za miesiąc/dwa!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz