W życiu to już jest tak, że jak się człecze nastawisz na bezproblemową realizację prostego, lecz cwanego planu, zazwyczaj dzieje się coś, co sprawia, że na drogę, która miała być lekka i przyjemna, zwala się ni stąd, ni zowąd dość kłopotliwa przeszkoda. I znów musisz rozmyślać, kombinować, choć dopiero co odpocząłeś po obieraniu możliwie najdogodniejszego kierunku, w jakim żeś miał, swobodny jak dziecię szczęścia, podążać. Być może to truizm i straszliwy frazes, ale faktem jest, że większość dorosłego życia spędzamy na tkaniu, mniej lub bardziej, misternych intryg, by egzystencję sobie jakoś ułatwić i ulepszyć. Paradoksalnie ci, co tego nie robią, hożo kroczą najprostszą z dróg. No ale, mimo to, wciąż kminimy, co by tu jeszcze z czym połączyć, by wyszło nam tak jak chcemy. I koło się zamyka.
Taka mądrość naszła mnie dziś, gdy siedziałem sam w biurze, jak Hrabia Monte Christo w swej wieży. W przeciwieństwie do niego, nie myślałem jednak o zemście, bo i na kimże miałbym się mścić. Usiłowałem po prostu skupić wszystkie swe moce, by przyspieszyć upływ czasu. Pamiętacie, Superman w filmie zrobił to zapierdalając z worpową prędkością dookoła kuli ziemskiej. Ma się rozumieć, brałem pod uwagę tę opcję, jednak jakiś wewnętrzny głos podpowiedział mi, że ze sztuką latania u mnie krucho, a już na pewno z tak cudowną. Gniłem zatem przed komputerem, beznadziejnie przeglądając facebooka i Esensję (choć nowe artykuły znałem niemal na pamięć), a w międzyczasie udając, że jednak coś robię. Wiecie jak jest, trzeba jednak pokazać, że w gruncie rzeczy gra się w tę grę, której reguły i wynik wszyscy znają. Czekałem po prostu, aż szef mój, w swej niezmierzonej roztropności i stanowczości, wręczy mi papierek, będący polubownym usunięciem z firmy za tzw. porozumieniem stron. Dać mi to miało komfort swobodnego rozpoczęcia nowej pracy od dnia jutrzejszego (czyli od środy, bo kiedy to piszę jest jeszcze wtorek). I? No i czekałem!
Około południa zadzwoniła pani z nowego jobu, bym potwierdził ostatecznie mą gotowość do zajęcia stanowiska, które na mnie czeka już od dwóch tygodni. Świadom faktu rychłego (kwestia dwóch, trzech godzin) wywalenia mnie z obecnej roboty, dobitnie i z przekonaniem godnym Hannibala Smitha idącego ze swą drużyną w śmiertelną misję, która bankowo zakończy się sukcesem, odparłem, że jutro może się mnie spodziewać przed swym majestatem. No bo tak, kurwa, być miało!
No i czekałem. A krew zalewała mnie coraz bardziej. Stałem w niej po kolana, następnie sięgnęła mych jaj, brzucha, klatki piersiowej i niebezpiecznie szybko piąć się zaczęła w kierunku mych ust, a później nozdrzy… Kiedy dotarła do czubka głowy, nie wytrzymałem! Była 16.00, wszyscy ci Stachanowcy branży reklamowej, wylegać zaczęli zza swych biurek i kierować się w stronę wyjścia, jak Naród Wybrany w kierunku Ziemi Obiecanej!!! A ja tam sam, czerwony ze złości i spocony z niepokoju. Zwolnienie miało już przede mną leżeć!. Ba, miało już być w biurze dyrektora! Signed, sealed, Deli – fuckin’ – vered! Ale nie było. Szef, bo w końcu do niego zadzwoniłem, rzekł, że do pracy już nie wróci. Mało tego, zapytał mnie jak wyobrażam sobie dalszą moją pracę w firmie, skoro taki ze mnie wał. To chyba oczywiste, że sobie nie wyobrażam! No, kurwa mać! Całe to moje lewe L4 o tym mówiło! Przecież jasnym było, że to najzwyklejszy fejk, by przekiblować do końca miecha i otrzymać godziwe (choć to akurat określenie BARDZO dyskusyjne) wynagrodzenie! Dowiedziałem się, że nie wiedzieć czemu, odpowiedni papierek z Warszawy jeszcze nie dotarł i… mam wytrzymać w firmie jeszcze przez ten tydzień. No, chyba, że pani dyrektor oddziału da mi możliwość natychmiastowego, polubownego załatwienia sprawy. Niestety, pani dyrektor nie jest suckerem i z roboty ulotniła się grubo przez 16.00. Wyszedłem ze świadomością, że znów muszę kombinować. Nie tak to miało wyglądać!!!
Szczęśliwie, pani z nowej roboty okazała się bardzo wyrozumiała i stwierdziła, że spokojnie mogę zacząć od poniedziałku. Suma sumarum, jakiś tam happy end zaliczyłem, choć nie bez łyżki dziegciu. Wszak do piątku gnić muszę from eight to four w miejscu, z którego mam ochotę wiać susami. Szpagatami! Dobrze, panie Kowalski, że mi jeszcze za to zapłacą.
A tak poza zwykłą prozą życia, a bliżej prozy w klasycznym rozumieniu tego słowa, wciąż siedzę na bliskowschodnim froncie z Hauptsturmfuhrerem Maximilianem Aue. I wiecie co? Niechaj mnie Armia Czerwona potraktuje jak traktować zwykła obywatelki Berlina wiosną 1945 roku, jeśli Jonathan Littel nie okazał się geniuszem na miarę największych mistrzów literatury! Łaskawe dają mu miejsce w samym Panteonie, obok Hemingwaya, Remarque’a, Mailera, a nawet Stendhala, czy Flauberta!
Pisałem o gorno, ale… nie, nie, nie! Wielce krzywdzące jest pisanie o Łaskawych jak o apoteozie gwałtu i makabry. To nie tak! Tutaj do czynienia mamy z doświadczeniem poza zwykłą beletrystyką, a nawet poza literaturą wojenną! Im dalej zagłębiamy się w misterną strukturę tego arcydzieła, tym większe mamy uczucie obcowania z rzeczą wymykającą się klasyfikacji gatunkowej. Ta panagatunkowość miażdży całe nasze poprzednie wyobrażenie o literaturze. Można wszystko! Można doskonale! Można tworzyć opisy idealne, które nie nużą, a wywołują najprawdziwsze projekcje w kinie naszego umysłu. Można twardo, ale i mistycznie. Można dogłębnie, niemal naukowo, nie pomijając niczego, a jednocześnie można ciekawie i… uzależniająco. Bo, widzicie państwo, Łaskawe to narkotyk!
A co w słuchawkach? Może zacznę tak: Nie mylił się Perry Farrell mówiąc, że Jim Morrison czerpał garściami z wokalnego rzemiosła Franka Sinatry. Nie było w tym ani krztyny przesady, ni mentorskiej fanfaronady! Posłuchajcie choćby tytułowego utworu z płyty zatytułowanej Watertown (a nawet i całej płyty). Następnie włączcie spokojniejsze numery The Doors, z naciskiem na album Soft Parade (choć niekoniecznie akurat na ten). Cóż za odkrycie!
Czyli u mnie Sinatra. Jednak Sinatra daleki od swoich greatest hitsów, Sinatra konceptualny i, jakkolwiek to nie zabrzmi, bliższy muzyce młodych końca lat 60tych. Piękne.
Ale zaraz później solidnie czymś przyjebię!
Spróbujcie nowego albumu Spiritual Beggars. Return To Zero się zowie i jest fantastyczny. Zastanawiam się, czy czasem nie najlepszy w ich karierze.
Dobranoc.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz