
Postanowiłem nie pisać jednak o pracy. Są tego dwa powody – pierwszy taki, że na razie jest mi dobrze i nie ma na co narzekać (czyli zanudziłbym Was na śmierć), a drugi taki, że jakiekolwiek roztrząsanie sprawy nieuchronnie doprowadziłoby do głębszych rozmyślań, które z kolei mogłyby skłonić mnie ku smutnej konkluzji, że suma sumarum, jest do dupy. O robocie, zatem znów nie będzie. Dla mojego i waszego, kochani moi, dobra. No bo ileż można czytać o zawodowych perypetiach życiowego niedorajdy?
W święta przeciągnięto mnie przez góry. Zamiast leżeć z wywalonym brzuchem i ładować w siebie tony żarcia, ja obarczony ciężkim plecakiem, klatką z kalekim kotem i tobołami z żywnością, parłem pod górę, by dotrzeć do górskiego domku mojej lejdi. Klimat rodem z Evil Dead, brakowało tylko Necronomiconu w piwnicy, kilku obrzydliwych demonów pod schodami i piły łańcuchowej w miejscu graby. Mogłaby być niezła impreza. Mimo absencji gości z piekła, to były dobre święta, choć poświęcić musiałem moje ulubione dżinsy. Zrozumcie mnie, miasto nie daje zbyt wielu okazji, by praktykować wspinaczkę w warunkach ekstremalnych. Tym bardziej nie z 30stoma kilogramami na plerach, tłustym kocurem w klatce i toną wiktuałów w łapie. Dlatego własnie poległem jak ostatnia dupa wołowa, pośliznąwszy się na niesympatycznym koktajlu śniegu i błota. Piękna Pani rzekła, iż dziura powstała na lewym kolanie dodała gaciom charakteru i generalnie jest sexy, ale... Nie tak to sobie zaplanowałem. Nie myślcie jednak, ze taki szczegół zepsuł mi wypad. Nic podobnego! Klimat rąbania drewna i ciągłego dorzucania do ognia, by w kominku nie przestało się palić, jest nie do przecenienia. Mówię poważnie. Jeśli dodać do tego nocne seanse z prawdziwym projektorem i rozkładanym ekranem, wychodzi zestaw wręcz wymarzony. Mimo wszystko Jason nie przyszedł w gościnę. Necronomiconu, jak już wspomniałem także nie udało się znaleźć.
Obiecałem opowiedzieć trochę więcej o muzyce mojego życia, a konkretniej o płytach, które w jakiś sposób spowodowały, żem człek taki a nie inny. No to może zróbmy inaczej i przesuńmy wajchę w naszym wehikule czasu nieco bardziej wstecz. Bo przecież jakoś się to wszystko zacząć musiało, prawda? Każda choroba ma swe źródło, tak jak każda noc ma swój świt, tak jak każdy kowboj śpiewa swa smutną, smutną piosenkę...**
Najsampierw byli starzy i ich winyle. Najważniejszy jednak był ten jeden, jedyny: Electric Light Orchestra – Ole Elo (Special Programming Aid. For D.J. Use Only. Not For Sale. Limited Edition, 1976 United Artists Music And Records Group, Inc. / Jet Records). Składanka największych przebojów Elo z lat 1972 – 1976. Płyta złota, półprzezroczysta. Piękna. Była dumą mego ojca w czasach jego młodości i zapewne byłaby do dziś, gdyby jeszcze przykładał do tego jakąkolwiek wagę (ostatnio nawet bredził cos o jej sprzedaży, ale szybko wybiłem mu to z głowy). Na obrazku zdobiącym przednią stronę koperty, pięć zgrabnych pań (ubranych ściśle wedle obowiązujących wówczas standardów seksowności) zasłania swe, zapewne piękne, twarze okładkami pięciu płyt, z których dokonano wyboru utworów. Tyle jeśli chodzi o warstwę wizualną. A jak się to wszystko miało do mego jestestwa? No cóż, wcześnie przyszło mi poznać uroki art rocka i glamu wczesnych lat 70tych. Hiciory wryły się w mózg i zapewne to one wyrobiły we mnie tę szczególną wrażliwość, która później uczyniła mnie die hard fanem Queen i wielkim entuzjastą The Beatles, Roxy Music etc. Zamiast utonąć w nijakości, bądź pogrążyć się w ekstremie, pozostałem przy melodiach, przepychu iu krystalicznych produkcjach,. Nieważne, czy mówimy tu o glam rocku, prog rocku, pop rocku, czy metalu. Zasada to zasada.
Niedługo później ojczulek przyniósł do domu straszliwy album zwany KISS Lick It Up, (1983, Casablanca Records). Czwórka cwaniaków na okładce, w tym robiący nieprzyjemne wrażenie Gene Simmons z obowiązkowo wywalonym na wierzch jęzorem. To zabawne, że poznawałem Kiss jako zespół występujący bez makijaży rodem z teatru kabuki. Z drugiej jednak strony, nie ma się czemu dziwić, zważywszy na to, że album ten pojawił się w moim domu około roku 1987, czyli w czasach kiedy ten uroczy band definitywnie pozbył się swego słynnego imidżu. Nie pamiętam, by ta płyta była puszczana w moim domu przed tym, kiedy sam odkryłem ją, będąc już uczniem szkoły podstawowej. Być może dla moich rodziców była ona zbyt ostra. W gruncie rzeczy, cały ten amerykański hard rock, który tak bardzo pokochałem będąc licealistą, nie cieszył się nigdy nad Wisłą zbyt wielką popularnością. Moi rodzice nie stanowili tutaj wyjątku. Zapewne była to dla nich ciekawostka z Ameryki. Wiecie czym wówczas były dla nas te trzy litery U.S.A.. Wolność, swoboda, Mekdonald, Kokakola i Lakistrajki. Kiedy pierwszy raz, ze szczeniackiej ciekawości, włożyłem Lick It Up do ojcowskiej Unitry, muzyka na nim zawarta nie spodobała mi się. Zbyt intensywna, zbyt ostra. Nie to co ELO. Pamiętam jak w pokoju starych, kiedy zostawałem sam (od małego byłem pieprzonym samotnikiem) czytałem groszowe horrory Guya N. Smitha (crapowe czytadła pokroju Szatańskiego pierwiosnka), a w tle rozbrzmiewały Exciter, Not For The Innocent, A Milion To One itd… I starałem się te dźwięki zrozumieć. Naprawdę wiedziałem, jakiś czort szeptał mi do ucha, że lada dzień przyjdzie czas, kiedy do tego dorosnę. Odkrywałem nowe lądy, nawet jeśli wtedy jeszcze nie wydawały mi się przyjazne. Nie byłem gotowy. Ale jeszcze jedna rzecz, oprócz jęzora Simmonsa, wryła się mocno w moja pamięć – potężne brzmienie. Ta płyta naprawdę dawała pieruńskiego kopa. Recenzenckie zboczenie nie pozwala mi darować sobie uwagi, że kompaktowa wersja tego albumu to tylko namiastka tej prawdziwej, wypływającej z samych czeluści Tartaru, mocy. Cyfrowe spłaszczenie nie podziałało in plus. Dlatego do dziś kocham słuchać Lick It Up ze zdartej czarnej płyty. Tak, bo zdążyłem ją zajechać jak starą ladacznicę. Warto dodać, że teraz uważam ją za opus magnum twórczości Kiss. I tutaj mały melodramat, zatem wyciągnijcie chusteczki: Wiele lat później, bo w 2001 roku, zerwała ze mną dziewczyna. Była to taka pierwsza, tak zwana poważna miłość, która nie polegała tylko i wyłącznie na trzymaniu się za rączkę, robieniu słodkich oczek i dukaniu słów, które ponoć powinno się wydukać. To były pierwsze doświadczenia seksualne na dywanie przy gramofonie, pierwsze przedstawiania rodzicom, pierwsze wielkie plany. Ile to trwało! Byłem z nią prawie dwa lata, od końca pierwszej klasy liceum, do końca trzeciej. Kawał czasu. Zwłaszcza wtedy, gdy wszystko dzieje się tak szybko. No i nastąpił breakup. Normalna sprawa. Dzieciakom się wydaje, że się kochają, później się nienawidzą, a następnie dorastają i wszystko co było staje się zabawną anegdotą ze szczeniackich lat. W każdym razie płyta Lick It Up okazała się najlepszym lekarstwem na gówniarskie łzy. Szczególnie puszczana głośno.
Ok, dość, spać. Gawędziarze mogą tak w nieskończoność...
_________________________________________________________________________________
* główny bohater horroru Evil Dead, popełnionego w 1981 roku przez niejakiego Sama Raimiego (ten od Spider Mana i Drag Me To Hell).
** cytat z utworu Every Rose Has Its Thorn zespołu Poison z płyty Open Up And Say Ahhh (1988 r.)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz