czwartek, 4 listopada 2010

20. Jezu Chryste!


Miało być o mojej babci i kuzynce (nie, nie „a zarazem”), gdyż wyrodny wnuk i kuzyn (przypominam, że nie „a zarazem”), znalazł trochę czasu i odwiedził domostwo last survivorów ze swej najbliższej rodziny. Po raz pierwszy od ponad pół roku! Miało być o tym, jakie w familii zaszły zmiany, jak się sprawy od lat w gniazdku układały i jaki jest nowy babciny bzik. Ale nie będzie.
Olałem ten temat zorientowawszy się, że mnie poniosło i zapisuję drugą kartkę A4, tworząc rzecz w swej szczerości wręcz pornograficzną, a do konkluzji dalej niż do laicyzacji kraju nadwiślańskiego. Kto wie, pomyślałem sobie, może pewnego dnia powstanie z tego wstrząsająca powieść o jednej ze śląskich rodzin, jej wzlotach, upadkach, etc. Takie rzeczy zawsze dobrze się sprzedawały, bo ludzie lubią zaglądać przez dziurkę do klucza, by podejrzeć życie prywatne sąsiadów, a w razie dostrzeżenia problemu, bądź patologii jakowejś, mieć perwersyjną świadomość, że są tacy, którym czasem jest gorzej. A zatem może coś z tego powstać w przyszłości dalszej. A może i nie.

W każdym razie sprawę rodzinną olałem i przyjdzie wam znów czytać o tym, jak trudna jest moja sytuacja zawodowa, że wysyłam setki CV, a odzywają się wyłącznie nędzne doradztwa finansowe i plugawy telemarketing. No okej, uznajmy zatem, że mamy to już za sobą.

Jadę dziś pociągiem z kolejnej rozmowy kwalifikacyjnej [sic!], czytam dzisiejszą gazetę i doznaję gwałtownego szoku, po którym przychodzi nieprzyjemny miks niedowierzania, zniesmaczenia, gniewu i wstydu. Sami przyznajcie, że niefajne to uczucia. W prasie najświeższej, na szczęście nie bez przekąsu, piszą, że w mieścinie Świebodzinem zwanej (w życiu nie byłem), postawili Jezukrysta większego niż ten, co pyszni się na szczycie Corcovado w Rio!!! I taki szlag mnie trafia, co to od głowy, przez przełyk do trzewi spada, niczym głaz rzucony w otchłań. Ciągnie mnie w dół i flaki wypruwa. Bo jakże nasz kraj ma się rozwinąć i zyskać miano poważnego, cywilizowanego członka nowoczesnej Europy, kiedy na drodze stają mu takie oto pomniki zacofania, umysłowego wsteczniactwa, zabobonu i… złego smaku? Nie wystarczył olbrzymi, metalowy krojc szpecący Giewont? Kiedy jeszcze zobaczyłem zdjęcie naszego nowego dowodu na to, jakimi żarliwymi katolikami jesteśmy (żeby ktoś czasem nie pomyślał, że w Polsce panuje ekumenizm! Nie mówiąc już nawet o obecności ateistów), to już całkiem czarno mi się przed oczami zrobiło i jąłem sobie zadawać pytanie, gdzie ja kurwa jestem? I kiedy? Moi kochanieńcy, XXI wiek, Matrix, rakiety w przestrzeni kosmicznej, Internet hula w najlepsze, kino 3D, naukowcy odpowiadają na zagadki, które jeszcze kilka lat temu wydawały się nie do ogarnięcia, a u nas, w samym sercu Europy postawiono potężną, jarmarczną postać Dżizasa w obrzydliwej złotej koronie. Wiecie, z gatunku tych, które na odpustach zakupić można. Że niby król Polski. Ileż w tym pychy, złego gustu i (tak, tak, szanowni katole) pogaństwa! Chwilowo zbyt roztrzęsiony jestem, by dochodzić do jakichś celnych wniosków, podzielę się zatem obawami. Bo, moi szanowni czytelnicy, co będzie następne? Wielki trójkąt z okiem pośrodku na szczycie Babiej Góry? A może Maryja always dziewica z dzieciątkiem, wyłaniająca się z Morskiego Oka? Co ja w ogóle piszę? Być może właśnie podsuwam wuchtę kolejnych genialnych pomysłów naszym wspaniałym katolickim performerom!

Aż mnie naszło na szczyptę Satanizmu. Włączę sobie… ekhm… Deep Purple. Ponoć byli kiedyś na jakiejś tam czarnej liście, jakiegoś tam człowieczka skrzywdzonego przez wieki zakodowanego kościelnego debilizmu.

So, let’s go space truckin! Bo tu się wytrzymać nie da!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz