czwartek, 29 lipca 2010

7. Dilbert spotyka Winnetou

Nie zjedzą mnie! Nie dam się pożreć korporacyjnej machinie, nie pozwolę, by mnie przeżuła, a następnie wypluła me kości tam, gdzie leżą szczątki podobnych mi nieszczęśników! W firmie dali mi znać, że oto nadchodzi czas wielkiego ciśnienia i należy niemożliwe uczynić możliwym, wodę przemienić w wino, a żelazo w złoto, by zrealizować przenajświętszy Plan. A ja, biedny żółtodziób, nowy, młokos, kadet, utraciłem właśnie swoje przywileje i moja dupa zostaje wystawiona w stronę wszystkich tych, którzy w korporacyjnej hierarchii stoją wyżej. Przyjmuję tę wiadomość z pełną świadomością, że oni też są kopani, a ci co ich kopią, dostają regularne buciory od jeszcze górniejszej góry. Tak to właśnie jest. Dzieci, wystrzegajcie się pracy w podobnych instytucjach. Są to przybytki hipokryzji, spisków, chorej rywalizacji i bardzo brzydkich zachowań. Dog eat dog. Ja tutaj jestem tylko i wyłącznie z konieczności. Co z tego, że dobrze wyglądam, mam fajne gadżety, a w biurze cieplutko i kawa jest dobra. To wszystko przysłowiowy chuj. Dla wolnych dusz, takich jak Wasz bohater, korporacja jest po prostu kolejnym, przymusowym etapem żmudnej podróży przez życie. Pomaga opłacać zobowiązania, kompletować płytotekę, bibliotekę, ciuchotekę i mieć za co bawić się w weekendy. No to wbijam się co dzień o 6 w garniak i jadę na spotkanie z Molochem. A tam zgnilizna moralna i behawioralna. Mówi się, że szefowa szefów, ta sama, która mnie zatrudniała, nie darzy mnie wielką estymą. Wieść gminna niesie, że to z powodu mej niedopuszczalnej bezpośredniości. Ponoć rozmawiam z nią jak z koleżanką, a to się nie godzi! Cóż za faux pas! Oczywiście nie usłyszałem tego z jej ust, gdyż przekazała to mojemu kierownikowi, który z kolei dyskretnie przekazał informację Agentowi Tomkowi, a dopiero ten poinformował mnie. Ty, weź no mu powiedz, bo szefowa mówiła, że on… i wiesz no, tego…. Jakże to żałosne. Każdy, kto wspiął się szczebel wyżej umywa ręce, a cała brudna robota idzie w stronę Kowalskiego. Takie to małe i totalnie pozbawione cojones. Śmieję się i pracuję dalej. Zobaczymy jak długo. Moje CV każe wysnuwać jednoznaczne wnioski – na jakiś czas. Rzekłbym, Amen!

Odkopałem nową / starą jak świat kapelę sprzed lat. Winterhawk jej imię. Amerykański hard rock z elementami arena rocka i rocka progresywnego. Końcówka 70’s, początek 80’s. Bardzo ładne granie. Cwaniak na gitarze wywija ze swobodą godną największych wirtuozów tamtych czasów, a wokal wydziera się swobodnie używając, przyjemnych memu uchu, wysokich rejestrów. Melodie są ładne, a struktury utworów wykraczają czasem poza rockowy banał. A teraz czas na sjurprajz i ciekawostkę dnia. Otóż, dzieci moje kochane, Winterhawk to ansambl złożony w całości z amerykańskich nejtiwów! Czterech Winnetou z posępnym spojrzeniem wodza Siedzącego Byka, czaduje aż miło, serwując hard rocka na najwyższym poziomie. To ci dopiero! Hihgly recommended, zatem zdobywać i słuchać.

Pieruńsko jestem zmęczony, toteż pozwólcie, że odchylę się nieco do tyłu i pozwolę krzesłu zrzucić mnie wprost na pięknie pościelone wyro. Wizualizujecie to sobie? Jeśli tak, to znaczy, że z moimi zdolnościami opisowymi nie jest jeszcze tak źle. Do następnego! Aloha! I pamiętajcie, nie dajcie się zeżreć korporacjom! Bądźcie jak… No, nie mam pomysłu. Sami sobie wymyślcie odpowiedniego bohatera; literacki, bądź filmowy autorytet, niezłomnego wojownika, który zesrał się, a nie dał się. Może to być nawet Winnetou! Dobranoc!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz