Właśnie (przed dosłownie dwoma minutami, chwilę przed odpaleniem Worda) przyłapałem się na tym, że gdzieś tam wewnątrz mnie, przygnieciona dumą i uporem, kwili mała zazdrość. Komu zazdroszczę? Mam takiego znajomego z czasów mej, pożałowania godnej, kariery finansisty. Nazywa się Tomek (ale nie jest to Agent Tomek, choć jego poznałem w tych samych okolicznościach zawodowych) i piastuje obecnie stanowisko managera w jednej z firm zajmujących się finansami. Twardo stoi przy jednej opcji kariery i, jak widać, pnie się coraz wyżej po jej szczeblach. Kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy, był takim jak ja doradcą kredytowym. Dzieliliśmy te same żale i niepowodzenia. W godzinach pracy, gdy dzień nie obfitował w klientów, chodziliśmy na kawę, czasem na piwo. Dzieliło nas tylko to, że on widział w tym przyszłość, a ja wprost przeciwnie. Tomasz miał jasną wizję: robienie pieniędzy, poprzez robienie w pieniądzach, jak to kiedyś ująłem. Kiedy zwijałem swój interes, zadzwonił do mnie, by zwerbować mnie do firmy, którą otworzył wraz ze swoimi znajomymi z branży. Miało to być wielkie bum, ogólnokrajowa akcja otwierająca umysły Polaków na inwestowanie, oszczędzanie i pomnażanie kapitału. Oczywiście miała ona nam wszystkim przynieść ogromne zyski. Żeby nie przedłużać, powiem tylko, że nie sprawdziłem się. Nie dałem rady, bo żaden ze mnie finansista. Działalność otworzyłem, bo takie były wymogi agencji, w której mnie zatrudniono. W żadnym wypadku nie wynikało to z jakiegoś nagłego olśnienia, odkrycia nowego powołania. Po prostu ktoś mi powiedział, że można na tym zrobić kasę, odbić się od dna i szybko poszybować w górę. Sky is the limit, powiadali. Niestety, dla mnie granicą okazał się zapał do pracy w obliczu wyraźnego kryzysu ekonomicznego. Ale nie będziemy tutaj o tym rozprawiać. Najważniejsze, że w tejże branży poległem, a skutki tej porażki odczuwam na swoim tyłku po dziś dzień. Przypomina mi o nich chociażby ta kupka dokumentów zusowskich, które zalegają przede mną niczym mroczne memento. No, ale tę historie już znacie.
Co w takim razie z tym Tomkiem? Dlaczego tak mu zazdroszczę, skoro siedzi po uszy w biznesie, który sprowadził mnie na finansowe dno? Widzicie, chodzi o to, że on już znalazł to coś, wczepił się jak kleszcz w miękką skórkę i spija to co najlepsze. Pieniądze, ladies and gentleman, szmal! Jednocześnie nie odstawił swojej pasji, którą jest karate. Co jakiś czas widzę jego zdjęcia. Turnieje, wyjazdy i cały ten stuff. A przy tym stabilna robota i coraz większe sukcesy zawodowe.
A ja? Ja wróciłem tymczasem do najpierwszej z pierwszych mych prac. Ok., tym razem będzie to branża komputerowa, ale nie ukrywam, że znów chodzi o nachalne opychanie czegoś, po co klient do sklepu nie przyszedł. To znów sklep wdarł się w jego prywatność i mówi mu, że jeśli nie nabędzie tego wspaniałego oprogramowania, jego firma wciąż tkwić będzie w epoce kamienia łupanego. Smutne to jak dziwka przy nieuczęszczanej szosie.
Spotkałem ostatnio kumpla z dawnych, heavy metalowych, lat. Dużo starszy, ale wciąż w klimacie. Tak jak ja, długowłosy (choć z wyraźnie rysującą się łysinką a’la Kryszak), skórzany i dżinsowy. Rozdawał ulotki na głównym deptaku Miasta. Ja, wbity w uniform biznesowy, z teczką w prawej ręce, zmierzałem dziarskim krokiem na pierwszą z dwóch tego dnia rozmów kwalifikacyjnych. Przez ułamek sekundy przez mój umysł przemknęła myśl, by udać, że go nie spostrzegłem i przeć dalej przed siebie. Tak jak robi się to w przypadku osób, których za cholerę nie chce się witać, a akurat pech chce, że idą tym samym chodnikiem, wprost na nas. Przystanąłem jednak na chwilę. Nie poznał mnie, podał ulotkę. Przywitałem się i od razu pożałowałem mojej decyzji. W jego spojrzeniu, moi kochani, spostrzegłem nieumiejętnie skrywane zażenowanie. „Tak sobie tylko dorabiam”, powiedział niewyraźnie. Uśmiechnąłem się i poszedłem dalej. Ale, kurwa, zabolała świadomość, że przy całym tym moim życiu marzeniami i tkwieniu w dzikim uporze, mogę kiedyś skończyć tak samo. Przyszedł taki moment, że coś się wreszcie musi ruszyć. Cienka linia i tak jest już wystarczająco naprężona. Kiedyś w końcu pierdolnie i zdzieli mnie w twarz. Rachunki się piętrzą, długi rosną, zobowiązań nie ubywa. Nie mówię, że mam się pozbyć pasji, bo przecież są one głównym motorem życia. Bez nich pozostaje tylko sama, sucha egzystencja. Trzeba jednak…
A chuj z tym.
Od poniedziałku nowa praca. Byle była spokojna i choć troszkę mniej upodlająca.
Wciąż czytam Littella, gdyż miałem mały zastój związany z sytuacją zawodowo – życiową. Tak to nazwijmy. Łaskawe nie przestaje zachwycać. Ani przez jeden, pieprzony, moment.
Kładę się spać z Raised On Radio Journey w słuchawkach. Potrzebuję ukojenia. Weekend musi być dobry.
P.S. Jakoś tak, wbrew pierwotnym założeniom tego bloga, skupiłem się wyłącznie na pisaniu o moich rozterkach zawodowych. Jak bardzo musi to być nudne dla czytelnika! Ale, moi drodzy, bądźcie wyrozumiali. Rzygać gdzieś trzeba, a najlepszy, jak doskonale wiecie, jest do tego Internet.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz