piątek, 23 lipca 2010

6. 2012, rat race & Tom Jones

Wygląda mi to na zapowiedź jednego z tych hollywoodzkich kataklizmów, gdzie miliony ludzi, jak jeden mąż, giną marnie, gdyż natura postanowiła wziąć krwawy odwet za tysiąclecia brzydkiego jej traktowania. Nie mam czym oddychać, powietrze jest ciężkie ubranie lepi się do ciała, które wydaje się bardziej osłabione niż zazwyczaj. Słońce skończyło już napierdalać, a niebo zasłoniły chmury deszczowe. Pozaziemski obserwator mógłby rzec, że oto nadchodzi upragniona rześkość. Gówno prawda, panie E.T., temperatura nie spadła, a wiaterek jest ciepły, jakby wiał od strony potężnej farelki. Gazety piszą , żeśmy sami sobie ten los zgotowali, za nic mając przestrogi ekologów, ładując tony zanieczyszczeń i CO2 w atmosferę. Ekolodzy odgrażają się, że nasze wnuki będą miały przez to poważnie przejebane. Nie wiem. Nie sprawdzę. No, ale wierzyć trzeba.

Minął pierwszy tydzień pracy. Raczej spokojnie, choć czuć ciśnienie związane z przymusem wyrabiania „planów sprzedażowych”. Kurważeszmać, gdzie by człowiek się nie zatrudnił, zawsze dopadnie go to napięcie, zawsze wsadzony zostanie na tor wyścigowy. Goń! Zapierdalaj, szczurku. Nasyć swą korporację mamoną, niech wampiry spijają upragniony bablos (dzięki, Pielewin), owoc twych wysiłków! Nie narzekam. Tak tylko piszę. Prawdę uniwersalną głoszę. W tej firmie mam etat, socjal i jakiś tam zarobek. I chuj z tym, że w garniaku biegać muszę.

Piątek. Zbieram się. Moja pani pragnie mnie widzieć, a ja, jako rycerz w złotej zbroi, nie śmiem nawet protestować / Jako facet z krwi i kości, nie chcę nawet protestować. Moglibyście ją widzieć (moją panią, nie zbroję).

Słucham nowej płyty Toma Jonesa, złowieszczo zatytułowanej Praise & Blame. Jestem zachwycony. Wspaniały, odważny powrót do korzeni. Bluesior (całkiem ostry!) najwyższej próby. Już poprzedni album zwiastował odejście od dyskotekowego szamba a’la Sex Bomb. Tomek skończył 70tkę, przestał farbować włosy (umówmy się, w pewnym wieku ściema, że nie siwieją po prostu przestaje działać, panie Schroeder), parę w głosie ma taką jak za dawnych czasów, a muzykę robi lepszą niż kiedykolwiek. Jak stare, markowe wino. Jestem pod wrażeniem. Kupować, kraść, ściągać i słuchać. Odchamiać się.

Ubieram się i znikam na cały weekend. W końcu przyjdzie poniedziałek, dlatego nie chcę obudzić się z wyrzutami sumienia, że przespałem te dwa dni wolności.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz