czwartek, 8 lipca 2010

3. Recydywa

W poprzednim odcinku:

Wasz Bohater – Narrator osiągnął krytyczny poziom irytacji spowodowany notorycznym niewyrabianiem się w czasie swej połowicy. Powodowany gniewem, wygłosił mowę, która miała zmotywować ją do głębokich przemyśleń.
Wasz Bohater – Narrator, wciąż bezrobotny, szykował się (mentalnie) na dzisiejszą rozmowę kwalifikacyjną (która to już z kolei, w ciągu ostatnich trzech miesięcy?).
Wasz Bohater – Narrator słuchał starożytnych płyt zespołu Deep Purple, nagranych w czasach, których już nikt nie pamięta, tj. przed dokooptowaniem duetu Gillan / Glover.

A teraz proszę o chwile skupienia, gdyż jest coś ważnego do obwieszczenia. Ekhm, z pewną dozą nieśmiałości muszę… No, ok. mam pracę. W tym momencie, w geście wielkiej euforii, mój tyłek powinien podnieść się z fotela i wraz z całą resztą ciała podskoczyć kilka centymetrów w stronę niebios. Być może powinien, jednak jakoś tego nie robi. Są tego dwa powody, na tyle poważne, że skłaniają mnie raczej do siedzenia i dumania niźli ekspresywnego wyrażania swej radości. Po pierwsze, jeśli jest jakakolwiek praca, poza ciężkim znojem fizycznym, której obiecałem sobie nigdy więcej nie przyjmować, to jest to właśnie ta, której się właśnie podejmuję. Dlaczego to czynię, odpowiedzcie sobie sami. Ja tylko dodam, że nigdy wcześniej nie miałem tak długiej przerwy w zatrudnieniu. A przecież szukałem, wysyłałem setki cv, wysilałem się na cwane i elokwentne listy motywacyjne, jeździłem na rozmowy, gdzie stosowałem wszystkie możliwe chwyty kupujące potencjalnego pracodawcę! I nic! Wszystko, co kiedyś było dla mnie pewnikiem, tym razem nie działało! Doszło do tego, że udałem się do banku, wyjąłem z konta wszystkie swoje oszczędności (a iść miały one na cel konkretny!), schowałem do skarpety i postanowiłem rozporządzać nimi tak, by przetrwać do pierwszej wypłaty w nowej firmie. Nie miałem nawet pojęcia, że potrwa to tak długo! Wręcz przeciwnie, nastawiałem się maksymalnie na miesiąc bezrobocia! Przeto podjąłem kilka finansowych kroków, których, z dzisiejszą wiedzą, bym nie podejmował. A pracy jak nie było, tak nie było. Bogowie, niemal zrujnowałem się finansowo!!!
No i zadzwonił Agent Tomek z wybawieniem. Szkoda, że, kurwa, akurat z takim! Dziś, siedząc w biurze mojej przyszłej szefowej (swoją droga niesamowicie seksownej, niemal podręcznikowej, MILFetki), słuchając o profilu firmy i moich obowiązkach, czułem się trochę jak stary gangster, który odsiadując dziesięcioletni wyrok, obiecał sobie na wolności obrać prawą ścieżkę życia, znaleźć normalną robotę i zestarzeć się w spokoju. Wiemy jak zazwyczaj kończą tacy panowie sympatyczni (uczą tego zarówno filmy hollywoodzkie, jak i holyłódzkie)… Tuż po przejściu przez majestatyczną bramę pryzonu, spotykają oni kumpla, który jako jedyny pamiętał, by podjechać furą i odebrać świeżo zwolnionego. Kumpel ów, po zwyczajowych „jak było”, „jak się trzymasz” itd., przechodzi do meritum i wygłasza sakramentalne „jest robota!”. I się zaczyna. Ex - kiblownik broni się przez chwilę, walczy z myślami, szarpie się z sumieniem, aż w końcu pyta siebie samego „OK., ale gdzie ja teraz znajdę normalną pracę, kto mnie zatrudni, za co będę żył?”. Odpowiedź przychodzi prędko: "Będzie tragedia! A na tym się znam, tutaj nikt nie będzie o nic pytał". Z niesmakiem i lekkim zażenowaniem przyjmuje propozycje. W głowie dalej burza, noce nieprzespane, a sny koszmarne, ale słowo się rzekło! Zazwyczaj klient taki ląduje z powrotem w kiciu i robi się z tego takie błędne koło losu marnego. Tak się właśnie czułem dziś podczas rozmowy kwalifikacyjnej, tak się czuję w tej chwili i zapewne tak czuł się będę przez następne chuj-wie-ile. Jakby tego było mało, już w poniedziałek wysyłają mnie do stolicy na kolejne w moim życiu bzdurne szkolenie, które będzie tylko i wyłącznie stratą mojego czasu, sił i nerwów. Jakby nie można tego, kurwa, przekazać w pół godziny przed pierwszym zadaniem. Powiadam wam, można, da się, idzie! I do Warszawy, jak Polska długa (bo w górę jechał będę, patrząc na mapę kraju nadwiślańskiego), zmuszony jestem zapierdalać, czy tego chcę, czy nie!

Ok., to był pierwszy z dwóch powodów, dla których praca owa mi się nie uśmiecha. Jak nietrudno się domyślić, czas na drugi. Ujmę to tak: jeśli jesteś osobą pełną pasji, fantazji i kochasz przebywać w świecie przez siebie wykreowanym, stan niepracowania (chodzi tu o niepracowanie dla kogoś, w firmie, bo przecież sama praca ma wiele znaczeń, również tych przyjemnych) jest dla ciebie idealny, a każda myśl o podjęciu roboty, która wedrze się w twą słodką autonomię niczym nasi zachodni sąsiedzi w 39tym, jest powracającym koszmarem. No, ale w końcu takową pracę trzeba znaleźć! Jeśliś nie jest szczęściarzem, na którego spadło to niesłychane błogosławieństwo utrzymywania się ze swoich pasji, musisz się temu poddać. To znaczy, noża na szyi nie ma, ale alternatywą jest bida z nędzą, komornik i rynsztok. W niektórych przypadkach nawet i pierdel. Wszystko jasne, prawda? Zatem mogę na dziś kończyć.

P.S. Znacie zespół Dust? Pewnikiem nie, bo niby skąd. Nawet najbardziej branżowe pisma muzyczne o nich nie piszą. Bo niby czemu miałyby. Ansambl ów istniał ledwie trzy lata, wydał dwie płyty, po czym przepadł w pomrokach dziejów. A szkoda, bo dobra to muzyka, pachnąca ziołem, amfą, LSD i pożogą. Proto - metal, pre – doom, klasyka klasyki. Polecam album debiutancki (1971). Jeśli nie spodoba wam się utwór From A Dry Camel to nie mamy o czym rozmawiać, boście zeżarci przez dzisiejsze radio i internet. Ciekawostką dla wielu może być fakt, iż perkusista sześć lat po rozpadzie Dustu, dołączył do młodej, rock and rollowej kapelki zwanej The Ramones, przyjął pseudonim artystyczny Marky Ramone i zdobył wreszcie famę i fortunę. Jakby tego było mało, basista stał się cenionym sesyjniakiem i grał m.in. z Billym Idolem i moją upragnioną Joan Jett, a wokalista z tekściarzem (a zarazem managerem i producentem), poszli pracować przy produkcji płyt KISS. Teraz się troszkę rozjaśnia, co, nie? Teraz właśnie tego słucham. Dobrej nocy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz