A już myślałem, że nie będę miał dziś na co narzekać. Przynajmniej jeśli o tę kwestię chodzi, natchnienie jest niezawodne. Pomówmy zatem o kwestiach temporalnych i ich wpływie na moje wkurwienie.
Jestem osobą punktualną w granicach rozsądku. Oznacza to, że czas, który mi gdzieś wyznaczono, bądź zrobiłem to ja sam, nie powoduje u mnie żadnych manii, ni fobii. Nie pocę się i nie męczę, ani nie zamartwiam, czy gdzieś zdążę, czy też nie. Nigdy. Po prostu jeśli trzeba, jestem zawsze on time. Czasem każę na siebie czekać, owszem. Nigdy, jednak, nie jest to cała, pieprzona, wieczność. Wiecie, czasem kwadransik akademicki, czasem minut dwadzieścia, do dwudziestu pięciu max. Tak to u mnie wygląda. Są jednakowoż sytuacje, które, w moim mniemaniu, wymagają punktualności wręcz faszystowskiej, mianowicie: terminy biznesowe, rozmowy kwalifikacyjne, randki (tak, tak!) i te, kiedy mam świadomość, że dając ciała, rozpieprzę komuś cały harmonogram dnia. Kwestia szacunku dla bliźniego, moi kochani. I tutaj właśnie dotykamy mojego dzisiejszego problemu! Bo, widzicie, nie wszyscy rozumują podobnie. Pal licho obcych, którzy w żaden sposób nie uczestniczą w moim życiu codziennym. Awantura zaczyna się, kiedy bliska mi osoba z czasem ma na bakier. A, proszę sobie wyobrazić, że kimś takim jest moja kobieta. Moja wybranka i oblubienica nijak się z panem Tempusem porozumieć nie może, co na każdym kroku skutkuje sytuacjami problematycznymi. Wciąż trzeba gdzieś biec, wciąż coś ucieka, wciąż odchodzę od zmysłów, czy zdążymy na ten cholerny pociąg, czy nie wejdziemy do kina w środku seansu i czy jej kuzynka się nie obrazi, że przyszliśmy w odwiedziny o całą godzinę za późno. Kolejną kwestią są nasze spotkania. Tutaj, wydawało mi się, że poradziłem sobie z moją irytacją, ale dzisiejszy dzień zadał temu potworny kłam! Bo wygląda to tak: kiedy moja księżna wpada na pomysł, że wyjdzie po mnie (nie mieszkamy jeszcze razem) na przystanek, ja oponuję z zawziętością, gdyż wiem, że zdążyłbym wypić tam trzy piwa, nie spiesząc się zanadto, zanim przybyłaby, kołysząc biodrami i przepraszając z daleka. Mówię wtedy, by się nie kłopotała, przyjdę sam. Natomiast, gdy ona ma przyjechać do mnie, sprawa się nieco komplikuje. No, ale na to także wynalazłem doskonały sposób. Najpierw ustalamy, którym autobusem przyjedzie, a następnie, z pełną świadomością, że i tak na niego nie zdąży, nie spieszę się z niczym, spokojnie przygotowując na jej późniejsze przybycie. Niweluje to wszelakie problemy i kłótnie. Problemu nie ma, a ja mogę się napawać swą cwanością i wyrachowaniem. No, ale chyba jednak, kurwa, nie do końca! Wczoraj, moi państwo, umawiałem się z nią na dziś. Postanowiłem być jakoś koło piątej, bo mi tak po prostu lepiej pasuje. Protestowała mówiąc, że wtedy nie zdążymy zrobić niczego ciekawego, że zleci to jak Kukuczka i tyle będzie z naszego wspaniałego spotkania. Jako, żem człek pełen zrozumienia i miłości, przystałem na jej propozycje i ustaliliśmy, że będę około godziny czwartej. Do roboty miałem dziś wiele, ale uwinąłem się z wszystkim wcześniej i byłem gotowy na wyjazd. No i dzwoni ona! Czwarta, a nawet piąta [sic!] to stanowczo za wcześnie, gdyż, uwaga, nie zdążyła zrobić porządku w pokoju, a jeszcze musi się dla mnie wyszykować! Wiecie co się stało? No, jak to co? Oczywiście opierdoliłem ją z góry na dół, gdyż poczułem moralne przyzwolenie, by spuścić jej mentalne manto. Do ciężkiej cholery, poczułem, że ktoś tutaj zapomniał definicji szacunku dla osoby bliskiej i jej czasu! Niby żaden problem, bo w skali uniwersum to jakaś totalna pierdoła, jednak mnie krew nagła zalała! Zawsze, po prostu, przychodzi moment totalnego przegięcia, kiedy wały zostają przerwane i cała woda wylewa się na, spokojny dotąd, teren. Oczywiście ma luba się obraziła, czym udowodniła, że totalnie nie rozumie zaistniałej sytuacji i, co chyba najważniejsze, mnie! Uff, dobra, dość tego, oczyściłem się. Musiałem się poskarżyć tutaj na blogu, by niby, kurde, gdzie indziej? Mamie, w moim wieku, już nie wypada, a kumple mają takie rzeczy głęboko w dupie, czemu doprawdy nie sposób się dziwić.
No i dzwonił kumpel ze starej pracy. Tomasz. Kombinatorek i cwaniaczek, jednak zawsze szczery w tym co robi. Zarysował mi wizję nowej pracy. Niby nic nowego, bo branża reklamowo – handlowa nie jest mi obca, ale w mojej obecnej, pożałowania godnej, sytuacji nie wypada wybrzydzać.
Deszcz popaduje (bo pada to za duże słowo) dziś cały dzień. Jest rześko i pochmurno. Słucham starych płyt Deep Purple, jeszcze sprzed cudownego przyjścia Gilgana i Glovera. Przypomina mi to czasy liceum, kiedy wszystko było tak kurewsko proste, nowe, ekscytujące, nieznane. Wtedy chciałem być już na studiach. Na studiach chciałem już do pracy. Pracując chciałem się stamtąd wytrwać. W końcu zostałem bezrobotnym i czekam na nową pracę. Ale, tak naprawdę, chcę znów mieć szesnaście lat, żadnych dzisiejszych problemów i otwartą drogę. Ejmen.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz