Blogów moich w sieci krąży kilka. W pierwszym, z zapalczywością godną wyjątkowo zdesperowanego ekshibicjonisty, zwierzałem się ze swojego życia imprezowo – uczuciowo – seksualnego, pokazując przede wszystkim swą najbardziej bachiczną stronę. Lock up your daughters i te sprawy, wiecie… Niestety, a może stety, życie, jak to życie, postanowiło sowicie wynagrodzić mnie za wszelakie uczynki występne i kopnęło z półobrotu w dupsko, nie zważając na moc owego ciosu (a ta była potworna!). Rezultatem tej wypłaty, oprócz obolałych czterech liter, jest nadłamany kręgosłup, pęknięta czaszka (łeb napierdala od zmartwień!) i znaczny spadek poziomu ego. Wielu mówi, że to dobrze, bom ponoć spokorniał i lekko spoważniał. A ja sam nie wiem, bo jakichś wymiernych korzyści tej rzekomej zmiany nie odczuwam. Po prostu mi trudniej. I tyle. Po tej nagłej i jakże krwawej, rewolucji uznałem stosowne zaprzestać prowadzenia ww. bloga. Zacząłem zatem pisać kolejny. Tym razem chciałem się troszkę zdystansować do swojej osoby, zostać bardziej anonimowym gościem, który zamiast karmić gawiedź barwnymi opowieściami o swoim rozwydrzeniu, dotyka rzeczy bardziej abstrakcyjnych. Przyszedł czas na sztukę i luźne dywagacje na tematy wszelakie. Tego, z kolei, nikt czytać nie chciał, a i mój zapał po kilkunastu wpisach opadł całkowicie. Blog umarł, jak wszystko co nie ma wyraźnego kierunku i jest nadmiernie eklektyczne. Kiedy skończyłem studia, poszedłem do pierwszej pracy i zająłem się na poważnie muzykowaniem, chęć do udzielania się na scenie internetowej umarła całkowicie. Bo co to za pisanie dla każdego (czyt. byle kogo) i nie otrzymywanie zapłaty za wysiłek intelektualny? No ale znów wróciłem. Tym razem z dwoma blogami pisanymi niemal symultanicznie. Pierwszy dotykał mych przemyśleń i spostrzeżeń spisywanych na szybko podczas codziennej jazdy autobusem do pracy (ok. 50 minut, tam i nazad, każdego dnia) , a drugi był ambitnym skokiem w rejony znane z uczelni, czyli recenzje książek. Bo, widzicie, uczęszczałem na zajęcia z krytyki literackiej. Refleksje komunikacyjne szybko stały się kolejnym śmieciem na blogowym wysypisku, natomiast do literatury może jeszcze kiedyś wrócę. Zobaczymy. Książki są jak króliki, mnożą się w tempie ekspresowym, zawsze będzie co chwalić, lub ganić. Najnowszy mój dziennik internetowy miał być tym najpoważniejszym. Tam pisać zacząłem o kwestiach fundamentalnych, czyli religii, społeczeństwie i polityce w sposób daleki od polityczno-katolickiej poprawności. No, ale, kurwa, też jakoś wpisy nie wylewają się z siła i obfitością wodospadu. Między ostatnim i przedostatnim widnieje, niczym potężna dziura w gaciach, rok przerwy!!! Każe mi to zadać sobie pytanie, czy bloga pisać warto? A może, lepiej, czy ja bloga pisać potrafię? Pażiwiom, uwidim! Najwyżej znów zasram kolejny skrawek przestrzeni internetowej swoimi bezwartościowymi wynurzeniami, których i tak nikt czytać nie będzie, po czym przestanie mi się to podobać i blogasek dokona swego króciutkiego (zasraniutkiego) żywota. Jeśli o to chodzi, nie mam skrupułów. Sieć i tak jest zasyfiona jak slumsy w Bogocie.
Czas na przedstawienie się. Zacznijmy od Tu i Teraz.
Siedzę przy biurku, bezrobotny, nieogolony. Duszno cholernie, choć przed chwilą cieszyłem się krótkim deszczem i lekkim ochłodzeniem. W tle leniwie snują się dźwięki zawarte na płycie Devision Bell zespołu Pink Floyd, choć jakiś czas temu przysięgłem, że jeśli jeszcze kiedykolwiek przyjdzie mi ochota na ponownym romans z tą muzyka, to się zastrzelę. Jak widać, było to kolejne z przyrzeczeń, które poszło gdzieś w sieć i tam zawisło jak kosmonauta w próżni (wiecie, taki akcydentalnie odcięty od promu, czy stacji). Ba, nawet nie mam czym się kropnąć. No i ci Floydzi jakoś jednak znów mi się podobają. Pewnie dlatego, że to już czasy po Watersie, czyli więcej muzy, mniej ględzenia o spieprzonym dzieciństwie i niedoli życia gwiazdy rocka (WTF?). Może się starzeję?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz