Cokolwiek bym o sobie nie napisał, wyjdzie, że jestem totalnym wałem. Zalecam, zatem, śledzenie niniejszego bloga i ułożenie sobie mojego portretu z puzzli, które tutaj rozrzucam. Jedno jest pewne: jestem szczery, nie biorę zakładników, a sobie też nie pobłażam. Welcome to my playground!
czwartek, 29 lipca 2010
7. Dilbert spotyka Winnetou
Odkopałem nową / starą jak świat kapelę sprzed lat. Winterhawk jej imię. Amerykański hard rock z elementami arena rocka i rocka progresywnego. Końcówka 70’s, początek 80’s. Bardzo ładne granie. Cwaniak na gitarze wywija ze swobodą godną największych wirtuozów tamtych czasów, a wokal wydziera się swobodnie używając, przyjemnych memu uchu, wysokich rejestrów. Melodie są ładne, a struktury utworów wykraczają czasem poza rockowy banał. A teraz czas na sjurprajz i ciekawostkę dnia. Otóż, dzieci moje kochane, Winterhawk to ansambl złożony w całości z amerykańskich nejtiwów! Czterech Winnetou z posępnym spojrzeniem wodza Siedzącego Byka, czaduje aż miło, serwując hard rocka na najwyższym poziomie. To ci dopiero! Hihgly recommended, zatem zdobywać i słuchać.
Pieruńsko jestem zmęczony, toteż pozwólcie, że odchylę się nieco do tyłu i pozwolę krzesłu zrzucić mnie wprost na pięknie pościelone wyro. Wizualizujecie to sobie? Jeśli tak, to znaczy, że z moimi zdolnościami opisowymi nie jest jeszcze tak źle. Do następnego! Aloha! I pamiętajcie, nie dajcie się zeżreć korporacjom! Bądźcie jak… No, nie mam pomysłu. Sami sobie wymyślcie odpowiedniego bohatera; literacki, bądź filmowy autorytet, niezłomnego wojownika, który zesrał się, a nie dał się. Może to być nawet Winnetou! Dobranoc!
piątek, 23 lipca 2010
6. 2012, rat race & Tom Jones
Minął pierwszy tydzień pracy. Raczej spokojnie, choć czuć ciśnienie związane z przymusem wyrabiania „planów sprzedażowych”. Kurważeszmać, gdzie by człowiek się nie zatrudnił, zawsze dopadnie go to napięcie, zawsze wsadzony zostanie na tor wyścigowy. Goń! Zapierdalaj, szczurku. Nasyć swą korporację mamoną, niech wampiry spijają upragniony bablos (dzięki, Pielewin), owoc twych wysiłków! Nie narzekam. Tak tylko piszę. Prawdę uniwersalną głoszę. W tej firmie mam etat, socjal i jakiś tam zarobek. I chuj z tym, że w garniaku biegać muszę.
Piątek. Zbieram się. Moja pani pragnie mnie widzieć, a ja, jako rycerz w złotej zbroi, nie śmiem nawet protestować / Jako facet z krwi i kości, nie chcę nawet protestować. Moglibyście ją widzieć (moją panią, nie zbroję).
Słucham nowej płyty Toma Jonesa, złowieszczo zatytułowanej Praise & Blame. Jestem zachwycony. Wspaniały, odważny powrót do korzeni. Bluesior (całkiem ostry!) najwyższej próby. Już poprzedni album zwiastował odejście od dyskotekowego szamba a’la Sex Bomb. Tomek skończył 70tkę, przestał farbować włosy (umówmy się, w pewnym wieku ściema, że nie siwieją po prostu przestaje działać, panie Schroeder), parę w głosie ma taką jak za dawnych czasów, a muzykę robi lepszą niż kiedykolwiek. Jak stare, markowe wino. Jestem pod wrażeniem. Kupować, kraść, ściągać i słuchać. Odchamiać się.
Ubieram się i znikam na cały weekend. W końcu przyjdzie poniedziałek, dlatego nie chcę obudzić się z wyrzutami sumienia, że przespałem te dwa dni wolności.
poniedziałek, 19 lipca 2010
5. Się nie narobisz!
Czyli, że bardzo klimatycznie.
I dobrze, bo dzień pełen wrażeń winien być zakończony absolutnym ukojeniem skołatanego umysłu.
Pierwszy dzień nowej pracy minął mi właściwie na ganianiu od lekarza do lekarza. Od speca do speca, od drzwi do drzwi. Nie obyło się bez niespodzianek, bo oto okazało się, że Wasz bohater ma solidnie spieprzony wzrok. Defekt postępuje. Po tym jak dawno, dawno temu, w przypływie furii, stłukłem swoje okulary, odpuściłem sobie załatwienie nowych. Wtedy moja wada była malutkim, nic nieznaczącym -0,75. Niecały rok później ułomność ma optyczna podskoczyła do -1, a teraz, ku memu przerażeniu, sięgnęła -2. Syndrom Stępnia depcze mi po piętach! Głos rozsądku, który z taką lubością, od lat zagłuszam Pieśnią Olewczą, wreszcie musi zdobyć posłuch! Szkła albo śmierć! A myślałem, że nierozpoznawanie osób mówiących "cześć" na ulicy to jeszcze żaden problem!
A ja tam w pracy, kochanie? Cóż, nie do końca jeszcze wiem. Jedyne co dziś zdążyłem, to przywitać się z kierownikiem, porozmawiać z Agentem Tomkiem i usłyszeć od uroczej koleżanki, że się nie narobię. To ostatnie jest dla mnie szczególnie istotne. Rozjaśniło mój dalszy dzień i dało siłę by z podniesionym czołem kroczyć ku nowej, wspaniałej przyszłości! Jeśli faktycznie tak będzie, dołożę wszelakich starań, by nie opuścić tej firmy w ciągu tego i przyszłego roku. A później… czas pokaże. Tomorrow never knows, jak (całkiem a’propos) śpiewają mi właśnie Beatlesi.
Minęła 1.00. Zakładając, że nie położę się spać przed drugą, a wstać muszę o szóstej, zostaną mi cztery godziny snu. Wiele wysiłku będzie mnie kosztowało podniesienie się z wyra. Trudno. Kwestia przestawienia się na nowy tryb czasowy. Przez całe te moje miesiące bezrobotnego, korzystałem z wolności jak tylko mogłem. W bety ładowałem się o czwartej, wstawałem o dziewiątej, dziesiątej, a czasem nawet czternastej. Tak było, daję słowo! Mój organizm nabrał nowych zwyczajów i należy mu dać trochę czasu, by ponownie założył garnitur i wyruszył porannym pociągiem na spotkanie realnego życia. Cóż, taki świat, że trzeba… Rynsztok nie jest opcją godną rozpatrywania.
Dobranoc. Gregg Allman śpiewa o Midnight Riderze, którego nikt nie złapie. Lista się skończyła, Dokładam nowe utwory. Ta noc dla mnie jeszcze potrwa…
sobota, 17 lipca 2010
4. Kilka wiaderek lodu.
W każdym razie wróciłem wczorajszej nocy ze szkolenia, które miało miejsce w jednej z podwarszawskich miejscowości. Warunki komfortowe, jadło wyśmienite (rzekłbym nawet, że wpierdalałem aż mi się uszy trzęsły), atmosfera rewelacyjna. Niespecjalnie mam na co narzekać, zatem nie marnuję miejsca na pozytywy. Komu chce się czytać o tym, jak to bliźniemu jest fajnie? Kronikarski obowiązek każe mi dokonać krótkiej syntezy. Oto ona: lasy, woda, dziki, konie, grillowanie, morze wódy i tona wiedzy, która ma mi umożliwić zarabianie pieniędzy. A sama stolica? Cóż… Powiem tylko, że kufel piwa w warszawskim Hard Rock Cafe kosztuje 15 zł i to już jest zbrodnia, kradzież i potwarz dla mieszkańca Polski prowincjonalnej. Na Centralnym nie działa klimatyzacja, co jest skandalem na skalę międzynarodową! Ot, co.
A teraz siedzę tutaj, w swoim pustym mieszkaniu, z głośników grzmi Twisted Sister (Love Is For Suckers, najlepsza ich płyta), a ciało me obrzydliwie lepkie. Mózg pracuje na mocno zwolnionych obrotach, gdyż słońce napierdala z zapalczywością armii czerwonej zdobywającej Berlin w 1945, temperatura jest nieludzka i nawet zasunięte rolety nie pomagają. To nie jest lato miłości, to cholerny Armagedon! Mam marzenie! Malutkie, skromne, ale jakże piękne! Chciałbym kilka wiaderek lodu, wsypałbym je do wanny i powoli zanurzył się w tej mroźnej sałatce. Myślę, że, kiedy już opublikuję niniejszy post, udam się do lodówki i sprawdzę, cóż można uczynić w kwestii realizacji mego marzenia!
Upał nie motywuje do niczego. Wzmaga marazm, niepokój i wkurwienie. Idę pod prysznic. Nie wiem, czy lodowy, ale jestem, kurwa, pewien, że lodowaty!
czwartek, 8 lipca 2010
3. Recydywa
Wasz Bohater – Narrator osiągnął krytyczny poziom irytacji spowodowany notorycznym niewyrabianiem się w czasie swej połowicy. Powodowany gniewem, wygłosił mowę, która miała zmotywować ją do głębokich przemyśleń.
Wasz Bohater – Narrator, wciąż bezrobotny, szykował się (mentalnie) na dzisiejszą rozmowę kwalifikacyjną (która to już z kolei, w ciągu ostatnich trzech miesięcy?).
Wasz Bohater – Narrator słuchał starożytnych płyt zespołu Deep Purple, nagranych w czasach, których już nikt nie pamięta, tj. przed dokooptowaniem duetu Gillan / Glover.
A teraz proszę o chwile skupienia, gdyż jest coś ważnego do obwieszczenia. Ekhm, z pewną dozą nieśmiałości muszę… No, ok. mam pracę. W tym momencie, w geście wielkiej euforii, mój tyłek powinien podnieść się z fotela i wraz z całą resztą ciała podskoczyć kilka centymetrów w stronę niebios. Być może powinien, jednak jakoś tego nie robi. Są tego dwa powody, na tyle poważne, że skłaniają mnie raczej do siedzenia i dumania niźli ekspresywnego wyrażania swej radości. Po pierwsze, jeśli jest jakakolwiek praca, poza ciężkim znojem fizycznym, której obiecałem sobie nigdy więcej nie przyjmować, to jest to właśnie ta, której się właśnie podejmuję. Dlaczego to czynię, odpowiedzcie sobie sami. Ja tylko dodam, że nigdy wcześniej nie miałem tak długiej przerwy w zatrudnieniu. A przecież szukałem, wysyłałem setki cv, wysilałem się na cwane i elokwentne listy motywacyjne, jeździłem na rozmowy, gdzie stosowałem wszystkie możliwe chwyty kupujące potencjalnego pracodawcę! I nic! Wszystko, co kiedyś było dla mnie pewnikiem, tym razem nie działało! Doszło do tego, że udałem się do banku, wyjąłem z konta wszystkie swoje oszczędności (a iść miały one na cel konkretny!), schowałem do skarpety i postanowiłem rozporządzać nimi tak, by przetrwać do pierwszej wypłaty w nowej firmie. Nie miałem nawet pojęcia, że potrwa to tak długo! Wręcz przeciwnie, nastawiałem się maksymalnie na miesiąc bezrobocia! Przeto podjąłem kilka finansowych kroków, których, z dzisiejszą wiedzą, bym nie podejmował. A pracy jak nie było, tak nie było. Bogowie, niemal zrujnowałem się finansowo!!!
No i zadzwonił Agent Tomek z wybawieniem. Szkoda, że, kurwa, akurat z takim! Dziś, siedząc w biurze mojej przyszłej szefowej (swoją droga niesamowicie seksownej, niemal podręcznikowej, MILFetki), słuchając o profilu firmy i moich obowiązkach, czułem się trochę jak stary gangster, który odsiadując dziesięcioletni wyrok, obiecał sobie na wolności obrać prawą ścieżkę życia, znaleźć normalną robotę i zestarzeć się w spokoju. Wiemy jak zazwyczaj kończą tacy panowie sympatyczni (uczą tego zarówno filmy hollywoodzkie, jak i holyłódzkie)… Tuż po przejściu przez majestatyczną bramę pryzonu, spotykają oni kumpla, który jako jedyny pamiętał, by podjechać furą i odebrać świeżo zwolnionego. Kumpel ów, po zwyczajowych „jak było”, „jak się trzymasz” itd., przechodzi do meritum i wygłasza sakramentalne „jest robota!”. I się zaczyna. Ex - kiblownik broni się przez chwilę, walczy z myślami, szarpie się z sumieniem, aż w końcu pyta siebie samego „OK., ale gdzie ja teraz znajdę normalną pracę, kto mnie zatrudni, za co będę żył?”. Odpowiedź przychodzi prędko: "Będzie tragedia! A na tym się znam, tutaj nikt nie będzie o nic pytał". Z niesmakiem i lekkim zażenowaniem przyjmuje propozycje. W głowie dalej burza, noce nieprzespane, a sny koszmarne, ale słowo się rzekło! Zazwyczaj klient taki ląduje z powrotem w kiciu i robi się z tego takie błędne koło losu marnego. Tak się właśnie czułem dziś podczas rozmowy kwalifikacyjnej, tak się czuję w tej chwili i zapewne tak czuł się będę przez następne chuj-wie-ile. Jakby tego było mało, już w poniedziałek wysyłają mnie do stolicy na kolejne w moim życiu bzdurne szkolenie, które będzie tylko i wyłącznie stratą mojego czasu, sił i nerwów. Jakby nie można tego, kurwa, przekazać w pół godziny przed pierwszym zadaniem. Powiadam wam, można, da się, idzie! I do Warszawy, jak Polska długa (bo w górę jechał będę, patrząc na mapę kraju nadwiślańskiego), zmuszony jestem zapierdalać, czy tego chcę, czy nie!
Ok., to był pierwszy z dwóch powodów, dla których praca owa mi się nie uśmiecha. Jak nietrudno się domyślić, czas na drugi. Ujmę to tak: jeśli jesteś osobą pełną pasji, fantazji i kochasz przebywać w świecie przez siebie wykreowanym, stan niepracowania (chodzi tu o niepracowanie dla kogoś, w firmie, bo przecież sama praca ma wiele znaczeń, również tych przyjemnych) jest dla ciebie idealny, a każda myśl o podjęciu roboty, która wedrze się w twą słodką autonomię niczym nasi zachodni sąsiedzi w 39tym, jest powracającym koszmarem. No, ale w końcu takową pracę trzeba znaleźć! Jeśliś nie jest szczęściarzem, na którego spadło to niesłychane błogosławieństwo utrzymywania się ze swoich pasji, musisz się temu poddać. To znaczy, noża na szyi nie ma, ale alternatywą jest bida z nędzą, komornik i rynsztok. W niektórych przypadkach nawet i pierdel. Wszystko jasne, prawda? Zatem mogę na dziś kończyć.
P.S. Znacie zespół Dust? Pewnikiem nie, bo niby skąd. Nawet najbardziej branżowe pisma muzyczne o nich nie piszą. Bo niby czemu miałyby. Ansambl ów istniał ledwie trzy lata, wydał dwie płyty, po czym przepadł w pomrokach dziejów. A szkoda, bo dobra to muzyka, pachnąca ziołem, amfą, LSD i pożogą. Proto - metal, pre – doom, klasyka klasyki. Polecam album debiutancki (1971). Jeśli nie spodoba wam się utwór From A Dry Camel to nie mamy o czym rozmawiać, boście zeżarci przez dzisiejsze radio i internet. Ciekawostką dla wielu może być fakt, iż perkusista sześć lat po rozpadzie Dustu, dołączył do młodej, rock and rollowej kapelki zwanej The Ramones, przyjął pseudonim artystyczny Marky Ramone i zdobył wreszcie famę i fortunę. Jakby tego było mało, basista stał się cenionym sesyjniakiem i grał m.in. z Billym Idolem i moją upragnioną Joan Jett, a wokalista z tekściarzem (a zarazem managerem i producentem), poszli pracować przy produkcji płyt KISS. Teraz się troszkę rozjaśnia, co, nie? Teraz właśnie tego słucham. Dobrej nocy.
wtorek, 6 lipca 2010
2. Kobiet ciężkie relacje z Tempusem.
Jestem osobą punktualną w granicach rozsądku. Oznacza to, że czas, który mi gdzieś wyznaczono, bądź zrobiłem to ja sam, nie powoduje u mnie żadnych manii, ni fobii. Nie pocę się i nie męczę, ani nie zamartwiam, czy gdzieś zdążę, czy też nie. Nigdy. Po prostu jeśli trzeba, jestem zawsze on time. Czasem każę na siebie czekać, owszem. Nigdy, jednak, nie jest to cała, pieprzona, wieczność. Wiecie, czasem kwadransik akademicki, czasem minut dwadzieścia, do dwudziestu pięciu max. Tak to u mnie wygląda. Są jednakowoż sytuacje, które, w moim mniemaniu, wymagają punktualności wręcz faszystowskiej, mianowicie: terminy biznesowe, rozmowy kwalifikacyjne, randki (tak, tak!) i te, kiedy mam świadomość, że dając ciała, rozpieprzę komuś cały harmonogram dnia. Kwestia szacunku dla bliźniego, moi kochani. I tutaj właśnie dotykamy mojego dzisiejszego problemu! Bo, widzicie, nie wszyscy rozumują podobnie. Pal licho obcych, którzy w żaden sposób nie uczestniczą w moim życiu codziennym. Awantura zaczyna się, kiedy bliska mi osoba z czasem ma na bakier. A, proszę sobie wyobrazić, że kimś takim jest moja kobieta. Moja wybranka i oblubienica nijak się z panem Tempusem porozumieć nie może, co na każdym kroku skutkuje sytuacjami problematycznymi. Wciąż trzeba gdzieś biec, wciąż coś ucieka, wciąż odchodzę od zmysłów, czy zdążymy na ten cholerny pociąg, czy nie wejdziemy do kina w środku seansu i czy jej kuzynka się nie obrazi, że przyszliśmy w odwiedziny o całą godzinę za późno. Kolejną kwestią są nasze spotkania. Tutaj, wydawało mi się, że poradziłem sobie z moją irytacją, ale dzisiejszy dzień zadał temu potworny kłam! Bo wygląda to tak: kiedy moja księżna wpada na pomysł, że wyjdzie po mnie (nie mieszkamy jeszcze razem) na przystanek, ja oponuję z zawziętością, gdyż wiem, że zdążyłbym wypić tam trzy piwa, nie spiesząc się zanadto, zanim przybyłaby, kołysząc biodrami i przepraszając z daleka. Mówię wtedy, by się nie kłopotała, przyjdę sam. Natomiast, gdy ona ma przyjechać do mnie, sprawa się nieco komplikuje. No, ale na to także wynalazłem doskonały sposób. Najpierw ustalamy, którym autobusem przyjedzie, a następnie, z pełną świadomością, że i tak na niego nie zdąży, nie spieszę się z niczym, spokojnie przygotowując na jej późniejsze przybycie. Niweluje to wszelakie problemy i kłótnie. Problemu nie ma, a ja mogę się napawać swą cwanością i wyrachowaniem. No, ale chyba jednak, kurwa, nie do końca! Wczoraj, moi państwo, umawiałem się z nią na dziś. Postanowiłem być jakoś koło piątej, bo mi tak po prostu lepiej pasuje. Protestowała mówiąc, że wtedy nie zdążymy zrobić niczego ciekawego, że zleci to jak Kukuczka i tyle będzie z naszego wspaniałego spotkania. Jako, żem człek pełen zrozumienia i miłości, przystałem na jej propozycje i ustaliliśmy, że będę około godziny czwartej. Do roboty miałem dziś wiele, ale uwinąłem się z wszystkim wcześniej i byłem gotowy na wyjazd. No i dzwoni ona! Czwarta, a nawet piąta [sic!] to stanowczo za wcześnie, gdyż, uwaga, nie zdążyła zrobić porządku w pokoju, a jeszcze musi się dla mnie wyszykować! Wiecie co się stało? No, jak to co? Oczywiście opierdoliłem ją z góry na dół, gdyż poczułem moralne przyzwolenie, by spuścić jej mentalne manto. Do ciężkiej cholery, poczułem, że ktoś tutaj zapomniał definicji szacunku dla osoby bliskiej i jej czasu! Niby żaden problem, bo w skali uniwersum to jakaś totalna pierdoła, jednak mnie krew nagła zalała! Zawsze, po prostu, przychodzi moment totalnego przegięcia, kiedy wały zostają przerwane i cała woda wylewa się na, spokojny dotąd, teren. Oczywiście ma luba się obraziła, czym udowodniła, że totalnie nie rozumie zaistniałej sytuacji i, co chyba najważniejsze, mnie! Uff, dobra, dość tego, oczyściłem się. Musiałem się poskarżyć tutaj na blogu, by niby, kurde, gdzie indziej? Mamie, w moim wieku, już nie wypada, a kumple mają takie rzeczy głęboko w dupie, czemu doprawdy nie sposób się dziwić.
No i dzwonił kumpel ze starej pracy. Tomasz. Kombinatorek i cwaniaczek, jednak zawsze szczery w tym co robi. Zarysował mi wizję nowej pracy. Niby nic nowego, bo branża reklamowo – handlowa nie jest mi obca, ale w mojej obecnej, pożałowania godnej, sytuacji nie wypada wybrzydzać.
Deszcz popaduje (bo pada to za duże słowo) dziś cały dzień. Jest rześko i pochmurno. Słucham starych płyt Deep Purple, jeszcze sprzed cudownego przyjścia Gilgana i Glovera. Przypomina mi to czasy liceum, kiedy wszystko było tak kurewsko proste, nowe, ekscytujące, nieznane. Wtedy chciałem być już na studiach. Na studiach chciałem już do pracy. Pracując chciałem się stamtąd wytrwać. W końcu zostałem bezrobotnym i czekam na nową pracę. Ale, tak naprawdę, chcę znów mieć szesnaście lat, żadnych dzisiejszych problemów i otwartą drogę. Ejmen.
poniedziałek, 5 lipca 2010
1.
Blogów moich w sieci krąży kilka. W pierwszym, z zapalczywością godną wyjątkowo zdesperowanego ekshibicjonisty, zwierzałem się ze swojego życia imprezowo – uczuciowo – seksualnego, pokazując przede wszystkim swą najbardziej bachiczną stronę. Lock up your daughters i te sprawy, wiecie… Niestety, a może stety, życie, jak to życie, postanowiło sowicie wynagrodzić mnie za wszelakie uczynki występne i kopnęło z półobrotu w dupsko, nie zważając na moc owego ciosu (a ta była potworna!). Rezultatem tej wypłaty, oprócz obolałych czterech liter, jest nadłamany kręgosłup, pęknięta czaszka (łeb napierdala od zmartwień!) i znaczny spadek poziomu ego. Wielu mówi, że to dobrze, bom ponoć spokorniał i lekko spoważniał. A ja sam nie wiem, bo jakichś wymiernych korzyści tej rzekomej zmiany nie odczuwam. Po prostu mi trudniej. I tyle. Po tej nagłej i jakże krwawej, rewolucji uznałem stosowne zaprzestać prowadzenia ww. bloga. Zacząłem zatem pisać kolejny. Tym razem chciałem się troszkę zdystansować do swojej osoby, zostać bardziej anonimowym gościem, który zamiast karmić gawiedź barwnymi opowieściami o swoim rozwydrzeniu, dotyka rzeczy bardziej abstrakcyjnych. Przyszedł czas na sztukę i luźne dywagacje na tematy wszelakie. Tego, z kolei, nikt czytać nie chciał, a i mój zapał po kilkunastu wpisach opadł całkowicie. Blog umarł, jak wszystko co nie ma wyraźnego kierunku i jest nadmiernie eklektyczne. Kiedy skończyłem studia, poszedłem do pierwszej pracy i zająłem się na poważnie muzykowaniem, chęć do udzielania się na scenie internetowej umarła całkowicie. Bo co to za pisanie dla każdego (czyt. byle kogo) i nie otrzymywanie zapłaty za wysiłek intelektualny? No ale znów wróciłem. Tym razem z dwoma blogami pisanymi niemal symultanicznie. Pierwszy dotykał mych przemyśleń i spostrzeżeń spisywanych na szybko podczas codziennej jazdy autobusem do pracy (ok. 50 minut, tam i nazad, każdego dnia) , a drugi był ambitnym skokiem w rejony znane z uczelni, czyli recenzje książek. Bo, widzicie, uczęszczałem na zajęcia z krytyki literackiej. Refleksje komunikacyjne szybko stały się kolejnym śmieciem na blogowym wysypisku, natomiast do literatury może jeszcze kiedyś wrócę. Zobaczymy. Książki są jak króliki, mnożą się w tempie ekspresowym, zawsze będzie co chwalić, lub ganić. Najnowszy mój dziennik internetowy miał być tym najpoważniejszym. Tam pisać zacząłem o kwestiach fundamentalnych, czyli religii, społeczeństwie i polityce w sposób daleki od polityczno-katolickiej poprawności. No, ale, kurwa, też jakoś wpisy nie wylewają się z siła i obfitością wodospadu. Między ostatnim i przedostatnim widnieje, niczym potężna dziura w gaciach, rok przerwy!!! Każe mi to zadać sobie pytanie, czy bloga pisać warto? A może, lepiej, czy ja bloga pisać potrafię? Pażiwiom, uwidim! Najwyżej znów zasram kolejny skrawek przestrzeni internetowej swoimi bezwartościowymi wynurzeniami, których i tak nikt czytać nie będzie, po czym przestanie mi się to podobać i blogasek dokona swego króciutkiego (zasraniutkiego) żywota. Jeśli o to chodzi, nie mam skrupułów. Sieć i tak jest zasyfiona jak slumsy w Bogocie.
Czas na przedstawienie się. Zacznijmy od Tu i Teraz.
Siedzę przy biurku, bezrobotny, nieogolony. Duszno cholernie, choć przed chwilą cieszyłem się krótkim deszczem i lekkim ochłodzeniem. W tle leniwie snują się dźwięki zawarte na płycie Devision Bell zespołu Pink Floyd, choć jakiś czas temu przysięgłem, że jeśli jeszcze kiedykolwiek przyjdzie mi ochota na ponownym romans z tą muzyka, to się zastrzelę. Jak widać, było to kolejne z przyrzeczeń, które poszło gdzieś w sieć i tam zawisło jak kosmonauta w próżni (wiecie, taki akcydentalnie odcięty od promu, czy stacji). Ba, nawet nie mam czym się kropnąć. No i ci Floydzi jakoś jednak znów mi się podobają. Pewnie dlatego, że to już czasy po Watersie, czyli więcej muzy, mniej ględzenia o spieprzonym dzieciństwie i niedoli życia gwiazdy rocka (WTF?). Może się starzeję?