Właśnie (przed dosłownie dwoma minutami, chwilę przed odpaleniem Worda) przyłapałem się na tym, że gdzieś tam wewnątrz mnie, przygnieciona dumą i uporem, kwili mała zazdrość. Komu zazdroszczę? Mam takiego znajomego z czasów mej, pożałowania godnej, kariery finansisty. Nazywa się Tomek (ale nie jest to Agent Tomek, choć jego poznałem w tych samych okolicznościach zawodowych) i piastuje obecnie stanowisko managera w jednej z firm zajmujących się finansami. Twardo stoi przy jednej opcji kariery i, jak widać, pnie się coraz wyżej po jej szczeblach. Kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy, był takim jak ja doradcą kredytowym. Dzieliliśmy te same żale i niepowodzenia. W godzinach pracy, gdy dzień nie obfitował w klientów, chodziliśmy na kawę, czasem na piwo. Dzieliło nas tylko to, że on widział w tym przyszłość, a ja wprost przeciwnie. Tomasz miał jasną wizję: robienie pieniędzy, poprzez robienie w pieniądzach, jak to kiedyś ująłem. Kiedy zwijałem swój interes, zadzwonił do mnie, by zwerbować mnie do firmy, którą otworzył wraz ze swoimi znajomymi z branży. Miało to być wielkie bum, ogólnokrajowa akcja otwierająca umysły Polaków na inwestowanie, oszczędzanie i pomnażanie kapitału. Oczywiście miała ona nam wszystkim przynieść ogromne zyski. Żeby nie przedłużać, powiem tylko, że nie sprawdziłem się. Nie dałem rady, bo żaden ze mnie finansista. Działalność otworzyłem, bo takie były wymogi agencji, w której mnie zatrudniono. W żadnym wypadku nie wynikało to z jakiegoś nagłego olśnienia, odkrycia nowego powołania. Po prostu ktoś mi powiedział, że można na tym zrobić kasę, odbić się od dna i szybko poszybować w górę. Sky is the limit, powiadali. Niestety, dla mnie granicą okazał się zapał do pracy w obliczu wyraźnego kryzysu ekonomicznego. Ale nie będziemy tutaj o tym rozprawiać. Najważniejsze, że w tejże branży poległem, a skutki tej porażki odczuwam na swoim tyłku po dziś dzień. Przypomina mi o nich chociażby ta kupka dokumentów zusowskich, które zalegają przede mną niczym mroczne memento. No, ale tę historie już znacie.
Co w takim razie z tym Tomkiem? Dlaczego tak mu zazdroszczę, skoro siedzi po uszy w biznesie, który sprowadził mnie na finansowe dno? Widzicie, chodzi o to, że on już znalazł to coś, wczepił się jak kleszcz w miękką skórkę i spija to co najlepsze. Pieniądze, ladies and gentleman, szmal! Jednocześnie nie odstawił swojej pasji, którą jest karate. Co jakiś czas widzę jego zdjęcia. Turnieje, wyjazdy i cały ten stuff. A przy tym stabilna robota i coraz większe sukcesy zawodowe.
A ja? Ja wróciłem tymczasem do najpierwszej z pierwszych mych prac. Ok., tym razem będzie to branża komputerowa, ale nie ukrywam, że znów chodzi o nachalne opychanie czegoś, po co klient do sklepu nie przyszedł. To znów sklep wdarł się w jego prywatność i mówi mu, że jeśli nie nabędzie tego wspaniałego oprogramowania, jego firma wciąż tkwić będzie w epoce kamienia łupanego. Smutne to jak dziwka przy nieuczęszczanej szosie.
Spotkałem ostatnio kumpla z dawnych, heavy metalowych, lat. Dużo starszy, ale wciąż w klimacie. Tak jak ja, długowłosy (choć z wyraźnie rysującą się łysinką a’la Kryszak), skórzany i dżinsowy. Rozdawał ulotki na głównym deptaku Miasta. Ja, wbity w uniform biznesowy, z teczką w prawej ręce, zmierzałem dziarskim krokiem na pierwszą z dwóch tego dnia rozmów kwalifikacyjnych. Przez ułamek sekundy przez mój umysł przemknęła myśl, by udać, że go nie spostrzegłem i przeć dalej przed siebie. Tak jak robi się to w przypadku osób, których za cholerę nie chce się witać, a akurat pech chce, że idą tym samym chodnikiem, wprost na nas. Przystanąłem jednak na chwilę. Nie poznał mnie, podał ulotkę. Przywitałem się i od razu pożałowałem mojej decyzji. W jego spojrzeniu, moi kochani, spostrzegłem nieumiejętnie skrywane zażenowanie. „Tak sobie tylko dorabiam”, powiedział niewyraźnie. Uśmiechnąłem się i poszedłem dalej. Ale, kurwa, zabolała świadomość, że przy całym tym moim życiu marzeniami i tkwieniu w dzikim uporze, mogę kiedyś skończyć tak samo. Przyszedł taki moment, że coś się wreszcie musi ruszyć. Cienka linia i tak jest już wystarczająco naprężona. Kiedyś w końcu pierdolnie i zdzieli mnie w twarz. Rachunki się piętrzą, długi rosną, zobowiązań nie ubywa. Nie mówię, że mam się pozbyć pasji, bo przecież są one głównym motorem życia. Bez nich pozostaje tylko sama, sucha egzystencja. Trzeba jednak…
A chuj z tym.
Od poniedziałku nowa praca. Byle była spokojna i choć troszkę mniej upodlająca.
Wciąż czytam Littella, gdyż miałem mały zastój związany z sytuacją zawodowo – życiową. Tak to nazwijmy. Łaskawe nie przestaje zachwycać. Ani przez jeden, pieprzony, moment.
Kładę się spać z Raised On Radio Journey w słuchawkach. Potrzebuję ukojenia. Weekend musi być dobry.
P.S. Jakoś tak, wbrew pierwotnym założeniom tego bloga, skupiłem się wyłącznie na pisaniu o moich rozterkach zawodowych. Jak bardzo musi to być nudne dla czytelnika! Ale, moi drodzy, bądźcie wyrozumiali. Rzygać gdzieś trzeba, a najlepszy, jak doskonale wiecie, jest do tego Internet.
Cokolwiek bym o sobie nie napisał, wyjdzie, że jestem totalnym wałem. Zalecam, zatem, śledzenie niniejszego bloga i ułożenie sobie mojego portretu z puzzli, które tutaj rozrzucam. Jedno jest pewne: jestem szczery, nie biorę zakładników, a sobie też nie pobłażam. Welcome to my playground!
czwartek, 30 września 2010
poniedziałek, 27 września 2010
16. Vive La Revolution!

Niniejszy wpis pierwotnie miał być sponsorowany przez utwór Not Responsible zespołu Deep Purple i faktycznie, od 8.45 rano, do 12.00 w południe miałoby to jeszcze jakieś zastosowanie. Na szczęście nastąpił nieoczekiwany zwrot sytuacji i śmiało możemy zamienić rzeczony song na coś mniej samokrytycznego. Niech to zatem będzie, a co tam, I’m Still Standing Eltona Johna, ok.? Bo, widzicie, nawet jeśli nazwanie mnie nieodpowiedzialnym nie mija się z prawdą, to jakoś udało mi się z całej tej porannej akcji wyjść z twarzą.
Ale po kolei.
O 6.25, jak co dzień (prócz sobót, niedziel i świąt), zwlokłem się niechętnie z łoża mego wygodnego i poczłapałem do toalety, by wykonać wszystkie te czynności, które człek o poranku zwykł wykonywać. Było siusiu, mycie ząbków, szybki prysznic i suszonko. Następnie udałem się do swego pokoju, by po przelotnym, acz tęsknym spojrzeniu na rozbebeszone legowisko, zwrócić się w stronę szafy, uchylić jej dźwierza i wybrać odzienie odpowiednie na kolejny pieprzony poniedziałek. Kiedy już dokonałem tego, jak zawsze trudnego, wyboru, zasiadłem przy kuchennym stole, by zjeść śniadanie i wypić nader pyszną herbatę. Po posiłku wskoczyłem w obuwie, na grzbiet zarzuciłem swą uwielbioną skórę i w strugach deszczu udałem się na przystanek. Tam przyszło mi czekać. Autobus, który planowo przybyć miał o 7.41, nie pojawił się wcale. Spóźnienie gwarantowane. Już, oczami wyobraźni swej bujnej, widziałem minę tej wrednej świnki Piggie puszącej się za biurkiem, so called, sekretariatu firmy. Tak, proszę państwa, opadało morale. Jako, że kolejny dyliżans nadjechał z siedmiominutowym opóźnieniem, w pracy byłem 20 po ósmej. Z pewnością siebie godną Johna Wayne’a przekraczającego próg saloonu, stanąłem przed obliczem przełożonej i dzielnie dałem się ugodzić karzącym spojrzeniem, które miało wbić się w me serce i żłobić w nim, niczym tępy śrubokręt. Tutaj jednak napotkało opór! Nie dałem się! Postawiłem przed sobą firewall godny Pentagonu. Wiecie dlaczego? Bo morale, moi milusi, upadło całkowicie. Umarło, zdechło, kopnęło w kalendarz, stało się niebytem!
- Po pierwsze wyniki, szanowny panie – rzekła z paskudną miną, godną wymierzenia jej solidnego policzka, wywrócenia biurka do góry nogami, rozbicia komputera, nasikania na papiery i zjedzenia drugiego śniadania przygotowanego przez mężusia – Dajemy sobie dwa dni, a później…
Nie odpowiedziałem. Pomyślałem za to: „Ożesz ty taka i owaka! Ty mi będziesz dawać dwa dni? A co to niby za instytucja, w której mnie zatrudniasz? Cóż to za wielce prestiżowe stanowisko, ty nędzna imitacjo Barbie z wyraźną nadwagą? Dość okradania klientów! Dość wpychania im towaru, który nawet darmochy nie jest wart! Vive la revolution!”.
Z takimi przemyśleniami zasiadłem grzecznie przy biurku swym służbowym i podniosłem słuchawkę telefonu. Sygnał był marny i uniemożliwiający produktywną pracę, toteż udałem się do Piggie z reklamacją.
- Proszę wymienić aparat na moim stanowisku, gdyż przez tę zabawkę nic nie słychać – rzekłem konkretnie i rzeczowo.
- To nie jest zabawka, tylko telefon – Odparła z typową dla siebie upierdliwością.
Otrzymawszy aparat zastępczy, wróciłem na swoje stanowisko. Spojrzałem w lewo, później w prawo. Ludzie uwijali się jak w ukropie. Wciąż ten sam tekst, te same wypróbowane chwyty, ten sam brak przekonania. O nie, kochani. To by było na tyle!
- Wiesz co? – zwróciłem się w stronę dziewczyny siedzącej po mej prawicy.
- Pierdolisz to? – zgadła z błyskotliwością godną Dr Watsona.
- Bingo! – odparłem jak zwykł to robić Sherlock Holmes – Pierdolę to, idę.
Spakowałem swój kubek, pozbierałem dokumenty i poszedłem przez oblicze Piggie, by zakomunikować o swym odejściu.
I tyle, moje motylki, poszedłem sobie. Założyłem słuchawki na uszy i ruszyłem w niepewną przyszłość.
Pomyślałem sobie wtedy, że muszę być bardzo głupim człowiekiem. Nie tyle nieodpowiedzialnym, choć to też, co po prostu durnym. Bo przecież mogłem spokojnie podziadować w tej gównianej firemce, a po godzinach szukać nowego zajęcia! Wysyłać CV, dzwonić, pytać znajomych. Przecież to by było takie rozsądne! Każdy by tak uczynił! Ale nie ja, moje misie ptysie, nie ja! Ja po raz kolejny uniosłem się dumą!
Po drodze nabyłem Wyborczą, bo w poniedziałki jest tam dodatek PRACA. W domu spokojnie odpaliłem przyjaciela – peceta, otworzyłem gazetę na ogłoszeniach i zakreślać począłem te, które choć w minimalnym stopniu by mi odpowiadały. Znalazłem takich siedem. Siedem adresów, siedem wysłanych aplikacji i… dwa zaproszenia na rozmowy kwalifikacyjne w przeciągu następnej godziny. Co wy na to? Zważywszy na dzisiejszy kryzys na rynku pracy, jest okej, prawda?
Oba terminy wyznaczone zostały na jutro. Pójdziemy, zrobimy dobre wrażenie, sprawdzimy, wybierzemy. A jak znów mi się nie spodoba… Cóż, life goes on, jak śpiewało jakieś tysiąc wykonawców w tysiącu utworów na przestrzeni tysiąca lat.
CDN
środa, 22 września 2010
15. Ta suka zwana Niemocą Twórczą!
Postaram się nie pisać dziś o pracy. Ani słowa! Nie wiecie nawet, moi kochani, jakie to trudne. Człowiek osiem pieprzonych godzin siedzi w obskurnym, smierdzącym biurze z ludźmi, z którymi w życiu nie poszedłby na browara, opychając towar nie wart nawet ćwierci swej ceny. Jakież to kurewsko przygnębiające! Jak bardzo poniżające! Kiedy tkwię tam, wciśnięty w krzesło biurowe, ze słuchawkami na uszach, a przede mną piętrzy się stos kartek z namiarami na kolejne ofiary zbrodniczego syndykatu, który mnie zatrudnia, gniew miesza mi się ze wstydem. Jestem wkurwiony na siebie, bo przecież skończyłem studia, mam tytuł magistra, a jedyna posada, jaką mogłem teraz znaleźć godna jest totalnego półgłówka. No i, jak już wspominałem, wstydzę się jej cholernie. Bo, widzicie, nie jest tak, że żadna praca nie hańbi. To powiedzenie to jakieś totalne nieporozumienie. Jest cała, cholernie długa, lista zawodów sprowadzających cię, człecze, do poziomu obrzydliwego robala. Sądzę, że telemarketing plasuje się w pierwszej dziesiątce. Okej, napisałem jednak o pracy. Sami widzicie, ta zgryzota wychodzi z człowieka, czy tego chce, czy nie. Jak gówno podczas ostrej biegunki. Wybaczcie to mało delikatne, acz wielce sugestywne porównanie, ale po prostu nie dało się znaleźć lepszego.
Poza tym, miałem dziś zacząć pisać. Postanowiłem zrobić kolejny krok ku olśniewającej karierze nowej gwiazdy polskiej prozy. Mam kilka folderów z rozpoczętymi powieściami. Jedne kiszą się tam od lat, jak pikle w babcinej piwnicy, a drugie są owocami płonnej dziewki zwanej weną. Wszystkie pozostawiłem w pół rozdziału, akapitu, zdania… Czekają na swój czas, gdy wszelkie warunki zewnętrzne i wewnętrzne pozwolą ich wyrodnemu ojcu dokonać swego dzieła. Bo sztuka, kochani, musi być skończona!
Pragnę sławy, fortuny i uwielbienia. Od dziecka chciałem być pisarzem, żyć z tego, a teraz, gdy dobijam trzydziestki przychodzi mi zasiadać przed dziesiątką nieskończonych projektów. Niczym obłąkany naukowiec przed zastępem niedokończonych stworów. Temu brakuje rączki, temu nóżki, ten nie otrzymał jeszcze korpusu a tamten, z kolei jest samą głową. Wszystkie wyją i jęczą, bo chcą wreszcie otrzymać upragnione ciało. Doktorek oczywiście pragnie dla nich tego samego, ale głosy w jego głowie sprawnie przeszkadzają mu w skupieniu się na swej pasji. „Kiedy znajdę czas i moc, by to wszystko ogarnąć?”, pyta. A czas leci.
Jakoś tak dziś melancholijnie. Chyba nie ma to nic wspólnego z muzyką Eltona Johna, która rozbrzmiewa w moich słuchawkach od ładnych kilku godzin. Nie, nie! Ten facet zawsze działał na mnie najlepiej. Panaceum na każdy ból. Mówcie co chcecie, nazywajcie go starą ciotą, parszywym pedrylem, jebanym sodomitą. Proszę, dajcie upust swej malutkiej homofobii. W ostatecznym rozrachunku jednak, cokolwiek powiecie i pomyślicie, ani na jotę nie pomniejszy jego geniuszu, wpływu na rozwój muzyki. Nie odbierzecie mu miejsca w panteonie największych artystów wszechczasów. No fuckin’ way, suckers! Wciąż wątpicie? No to posłuchajcie jego dokonań z lat ’69 – 76’, a później reszty. Zapewniam, że Funeral For A Friend/Love Lies Bleeding urwie wam dupy, a Tiny Dancer wespół z Have Mercy For A Criminal dokona reszty.
Dobranoc, Hank Moody na noc.
Poza tym, miałem dziś zacząć pisać. Postanowiłem zrobić kolejny krok ku olśniewającej karierze nowej gwiazdy polskiej prozy. Mam kilka folderów z rozpoczętymi powieściami. Jedne kiszą się tam od lat, jak pikle w babcinej piwnicy, a drugie są owocami płonnej dziewki zwanej weną. Wszystkie pozostawiłem w pół rozdziału, akapitu, zdania… Czekają na swój czas, gdy wszelkie warunki zewnętrzne i wewnętrzne pozwolą ich wyrodnemu ojcu dokonać swego dzieła. Bo sztuka, kochani, musi być skończona!
Pragnę sławy, fortuny i uwielbienia. Od dziecka chciałem być pisarzem, żyć z tego, a teraz, gdy dobijam trzydziestki przychodzi mi zasiadać przed dziesiątką nieskończonych projektów. Niczym obłąkany naukowiec przed zastępem niedokończonych stworów. Temu brakuje rączki, temu nóżki, ten nie otrzymał jeszcze korpusu a tamten, z kolei jest samą głową. Wszystkie wyją i jęczą, bo chcą wreszcie otrzymać upragnione ciało. Doktorek oczywiście pragnie dla nich tego samego, ale głosy w jego głowie sprawnie przeszkadzają mu w skupieniu się na swej pasji. „Kiedy znajdę czas i moc, by to wszystko ogarnąć?”, pyta. A czas leci.
Jakoś tak dziś melancholijnie. Chyba nie ma to nic wspólnego z muzyką Eltona Johna, która rozbrzmiewa w moich słuchawkach od ładnych kilku godzin. Nie, nie! Ten facet zawsze działał na mnie najlepiej. Panaceum na każdy ból. Mówcie co chcecie, nazywajcie go starą ciotą, parszywym pedrylem, jebanym sodomitą. Proszę, dajcie upust swej malutkiej homofobii. W ostatecznym rozrachunku jednak, cokolwiek powiecie i pomyślicie, ani na jotę nie pomniejszy jego geniuszu, wpływu na rozwój muzyki. Nie odbierzecie mu miejsca w panteonie największych artystów wszechczasów. No fuckin’ way, suckers! Wciąż wątpicie? No to posłuchajcie jego dokonań z lat ’69 – 76’, a później reszty. Zapewniam, że Funeral For A Friend/Love Lies Bleeding urwie wam dupy, a Tiny Dancer wespół z Have Mercy For A Criminal dokona reszty.
Dobranoc, Hank Moody na noc.
środa, 15 września 2010
14. Kurwa mać!

Przez moment bałem się, że moje nadużywanie wyrazów ogólnie uznawanych za nieprzystojne, zrazi do mnie większość potencjalnych czytelników (wciąż wierzę, że tacy są!), jednak po raz kolejny pojawił się jakiś „kolega”, który przykładem pokazał, że nie ma się co frasować. Tym razem był to Rudnicki, który w swoich comiesięcznych felietonach publikowanych przez pismo Machina, że tak powiem, nie pierdoli się i wali łaciną prosto w ryj. Od samego wstępu. Panowie i panie, baczność i salut, bo to persona z najwyższej półki literackiej, twórca szanowany i nagradzany. Bez szydery! Rzecz w tym, by umieć całe to mięcho ładnie połączyć ze zgrabnym stylem, wpierdolić gdzieniegdzie odrobinę elokwencji i obycia i już wszystko gra. Nie lękajmy się brzydko mówić! Kurwujmy, chujujmy, pizdujmy ile się da! Przeciez tu o emocje idzie, a te nie zawsze dają się wyrazić słownictwem literacko pięknym. Jak mawiają na Zakazanej planecie: jak ma być epa, to niech będzie epa!*
No i tyle w ramach prologu do dzisiejszych rozważań.
Miałem pisać o nowej, pożałowania godnej, pracy. Nie bójmy się tego powiedzieć, zszedłem na psy. Poddałem się, ukląkłem, założyłem ręce za głowę i wydukałem płaczliwe: „No dobrze, dobrze, już dobrze, wezmę się za byle co, tylko nie każcie mi spędzać kolejnego miesiąca na bezrobociu”. Podszedł do mnie wtedy rozsądek, skuł w kajdany i zaprowadził tam, gdzie kiedyś obiecałem sobie nigdy już nie wrócić. "Zapierdalaj", rzekł, "nie możesz siedzieć przez wieczność zabarykadowany w swojej twierdzy, czekając na robotę twoich marzeń, panie polonisto. Filologu (splunięcie) polski".
No to opycham znów przez telefon stuff jakości i wartości żadnej, za cenę horrendalną, wmawiając drobnym przedsiębiorstwom, że oto odkrywa się przed nimi Świętego Graala. Marketingowe wunderwaffe. O zarobkach nie napiszę tylko i wyłącznie przez wzgląd na moje nerwy. Ile zarobię doskonale wiem, jednak jeśli miałbym to jeszcze przeczytać na swoim blogu, zapisane własną ręką, zrobiłbym to samo, co Joker w Batmanie Burtona. Wziąłbym i zastrzelił monitor. Bogowie, kiedy to się wreszcie skończy? Kiedy wreszcie ktoś dostrzeże mój talent, zapał, nietuzinkowość, kreatywność, artystyczna butę, umiejętność zaangażowania w projekty licujące z moim intelektem i wykształceniem i da mi godną pracę?
Ale, wiecie, jedna rzecz w tej firmie mnie ujęła, gdyż jest po prostu ewenementem na skalę światową. Kochani moi, tam nikt, absolutnie nikt, począwszy od zwykłego opychacza, na szefostwie kończąc, nie buduje wewnątrzfirmowego mitu produktu idealnego. Wszyscy wiedzą, że to nic niewarte gówno, a sprzedaż za TAKĄ cenę to zwykła kradzież. Proceder jak się patrzy. No ale, cóż, wszystko wedle litery prawa, zatem sprawy po sądach nie krążą.
Posiedzę tam przez kolejny miesiąc, dwa, a później spróbuję czegoś nowego. Kto wie, może będę remontował mieszkanie któremuś z was? No bo taka opcja również się pojawiła. Z finansówki też się odezwali, ale olałem ich jak Kazik Fryderyki, bo to przez te wszystkie szumnie brzmiące doradztwa, radztwa, bractwa, sractwa jestem tutaj gdzie jestem. Dla tych, którym nie chce się czytać poprzednich wpisów, spieszę z wyjaśnieniem: jestem w dupie. Czarnej.
A ZUS litościwie odblokował mi parę groszy. Chyba, bo coś tam mam. No ale, ja już sam się w tym nie łapię. Wciąż bieduję.
Słucham Bossa. On tez kiedyś biedował, a teraz jest na szczycie. Spotkamy się tam, Bruce. Obiecuję! Further on up the road.
____________________________________________________________________________________
* Zakazana planeta - Serwis filmowy dla snobów. Tak jak ja, nie boją się mówić wprost, uciekają wszelkim konwencjom i są po prostu najlepsi. Czytać! http://www.zakazanaplaneta.pl/
środa, 8 września 2010
13. Kot Sylwester
Trzynasty wpis i, jak chujem w mordę strzelił, nieprzyjemny i wielce przygnębiający w swej treści. Nie jestem osobą przesądną, ale tak się akurat złożyło, że dla wszelakich numerologów, astrologów i bredniologów, będzie to woda na młyn. A niechże będzie. Nie w tym rzecz.
Żeby za bardzo nie zwodzić, nie krążyć wokół tematu, wprawiając was w stan skrajnego zaciekawienia i niepokoju, przyłoję prosto z mostu. Posłuchajcie bracia i siostry, bo historia jest tak żałosna, że zapewne niejeden / niejedna zacznie się głośno śmiać. A śmiejcie się. Ktoś zawsze musi grać rolę nieudacznika, życiowej dupy wołowej, która potyka się o skórkę banana, zostaje spalona żywcem, a w końcu spada na nią (dupę wołową, a nie skórkę bananową) fortepian. Gawiedź klaszcze, wszyscy się cieszą. Kurtyna opada i widownia rozchodzi się do domów, nie myśląc ani przez chwilę nad dalszym losem tych wszystkich biednych Kojotów, czy kotów Sylwestrów! No i dobrze, bo po co komu taka zaduma. Rozrywka jest rozrywką, jak rzekł Joker mierząc z rewolweru w Barbarę Gordon.
O, proszę, jednak udało mi się, chcąc nie chcąc, wprowadzić pewne napięcie. Jesteście ciekawi co się stało? Ha, jestem tego pewien. Posłuchajcie zatem historii Upadku Libertyna.
Libertyn, kiedy już zrobił wszystko, by zsynchronizować datę opuszczenia swej znienawidzonej ex-firmy i rozpoczęcia pracy w nowej, poczuł się naprawdę spełniony. Wiedział, że wypłata za dzień, dwa, będzie na jego koncie, rachunki zostaną uregulowane, a pusta sakwa wypełni się upragnionym geldem. Tak też stało się już nazajutrz. Wiedziony roztropną ideą first things first, Libertyn wypłacił był kwotę niezbędną do uregulowania pewnych rachunków, a następnie, wziąwszy swą połowice pod rękę, udał się na zakupy. Potrzebne mu były spodnie, gdyż jego ukochane, klasycznie obcisłe bright blue jeans, przeżyły za dużo i w strzęp się zamieniły. Ku swej radości niezmiernej, znalazł takie, a nawet lepsze za cenę niższą niż sobie wyobrażał.
No, ale zbaczamy z tematu. Przyjdzie jeszcze czas na opowieści o przyodziewku waszego bohatera. Do rzeczy!
Minął dzień, przyszedł weekend i nastał czas wielkiej fety, toteż należało udać się do bankomatu, by wyciągnąć środki na godne celebrowanie. Wtedy właśnie Libertyn rażony został piorunem, obdarty ze skóry, wytarzany w soli, a następnie rozerwany przez cztery konie, w cztery strony świata pognane. Wydruk wypluty przez bankomat mówił jasno – pieniążków nie ma. Wedle wszelkich praw zdrowego rozsądku i umów zawartych między waszym bohaterem, a ex-firmą, powinno ich tam być pod dostatkiem, jednak rzeczywistość okazała się horrorem fantasy, gdzie wszelkie irracjonalne lęki wychodzą spod łóżka, by złapać cię za nogę i wciągnąć do mrocznego królestwa lęku absolutnego. Prostymi słowy: flota wzięła i zniknęła! Cóż się później nie działo! Telefonom nie było końca! Cała dyrekcja i dział finansowy ex-firmy natychmiast postawiony został na nogi i zmuszony do dokładnego sprawdzenia, czy aby należycie wywiązał się ze swego obowiązku. Ponad wszelką wątpliwość stwierdzone zostało, że nikt się nie pomylił i szmal winien być na koncie Libertyna w ilości zadowalającej. No ale nie był! W końcu wasz strapiony bohater przekroczył był próg banku, w którym posiada konto. Miła pani, po sprawdzeniu sytuacji w systemie komputerowym, oznajmiła, że wszystko jest w porządku, a kwota jest bardziej niż krzepiąca. „Cóż się zatem stało”, zapytał zaniepokojony Libertyn. „Nie wiem, lecz sprawdzę”, odparła sympatyczna pani.
Wtedy właśnie wrócił koszmar sprzed miesięcy kilku, gdy do waszego zatroskanego autora przychodzić zaczęły, bynajmniej nie miłosne, korespondencje z miejsca, które niemal każdy mieszkaniec naszej wesołej krainy przeklina każdego miesiąca, myśląc o tym, gdzież to znika pokaźna część jego wypłaty i cóż się z nią później dzieje. Bo widzicie, moje dziatki, Libertyn bawił się kiedyś w biznesmena i firmę własną posiadał. Miała ona być strzałem w dziesiątkę, kurą znoszącą złote jajka, kociołkiem Leprechauna, paluchem Midasa, a all in all, okazała się czymś na kształt i podobieństwo małego Waterloo. Przypływy skończyły się niemal tak szybko, jak się pojawiły, a zobowiązania wciąż rosły. Szczególnie wobec instytucji, która miała się okazać głównym sprawcą obecnej, opłakanej, sytuacji waszego bohatera.
A imię bestii ZUS, moi kochani! To ZUS, żądny odzyskania swoich (??????????????) pieniędzy, uciekł się do czynu tak podłego jak zablokowanie wszelkich środków na koncie Libertyna! Nikt nie zapytał co dalej, nikt nie obejrzał się za siebie, gdy opadała kurtyna! A wasz biedny autorzyna stał tam ze świadomością, która bolała jak ananas wetknięty w tyłek. Mówiła mu ona jedno: „No, teraz to dopiero jesteś biedny!”.
Tak to właśnie wygląda. Zbrodnicza organizacja zwana Zakładem Ubezpieczeń Społecznych, syndykat, który wbrew mojej woli odbiera mi moje ciężko zarobione pieniądze, by, czy tego chcę, czy nie, ubezpieczać mnie i odkładać na moją emeryturę, teraz zabrał mi wszystko. Od lat, każdy Polak wie, że istnienie tego Imperium Zła nie ma już absolutnie żadnego zastosowania. Od dawna żyjemy ze świadomością, że taniej, skuteczniej i korzystniej byłoby ubezpieczać się i odkładać własnym sumptem. Jednak nikt jeszcze nie tupnął nogą, nie pierdolnął pięścią w stół, nie odpalił ładunku wybuchowego, nie wezwał demonów, by rozpędziły to siedlisko zbrodni na cztery wiatry. Nikt. Resistance, moi kochani. Nie możemy dać się okradać. Nie, kurwa, w biały dzień!
Wybaczcie dzisiejszy brak błyskotliwości, ale doprawdy, trudno błyszczeć, gdy wszystkie myśli skupiają się wokół jednego wydarzenia.
Złodzieje!
Bryan Ferry, nie powiem, trochę pomaga. No ale to stary, dobry Bry, zawsze niezawodny, zawsze w wielkim stylu, zawsze na miejscu. Jeden z wielkich. Ilu ich jeszcze zostało? On, Bowie, Cooper, sir Elton… Grajcie mi tej nocy, wielcy soliści.
P.S. O nowej pracy napiszę nieco później. Przypomnijcie mi, proszę, bym koniecznie opowiedział o tej żałosnej firemce, która mnie obecnie zatrudnia i przymusza do okradania biednych suckerów, a także o zupełnie nowej propozycji od starego kumpla! Koniecznie!
Żeby za bardzo nie zwodzić, nie krążyć wokół tematu, wprawiając was w stan skrajnego zaciekawienia i niepokoju, przyłoję prosto z mostu. Posłuchajcie bracia i siostry, bo historia jest tak żałosna, że zapewne niejeden / niejedna zacznie się głośno śmiać. A śmiejcie się. Ktoś zawsze musi grać rolę nieudacznika, życiowej dupy wołowej, która potyka się o skórkę banana, zostaje spalona żywcem, a w końcu spada na nią (dupę wołową, a nie skórkę bananową) fortepian. Gawiedź klaszcze, wszyscy się cieszą. Kurtyna opada i widownia rozchodzi się do domów, nie myśląc ani przez chwilę nad dalszym losem tych wszystkich biednych Kojotów, czy kotów Sylwestrów! No i dobrze, bo po co komu taka zaduma. Rozrywka jest rozrywką, jak rzekł Joker mierząc z rewolweru w Barbarę Gordon.
O, proszę, jednak udało mi się, chcąc nie chcąc, wprowadzić pewne napięcie. Jesteście ciekawi co się stało? Ha, jestem tego pewien. Posłuchajcie zatem historii Upadku Libertyna.
Libertyn, kiedy już zrobił wszystko, by zsynchronizować datę opuszczenia swej znienawidzonej ex-firmy i rozpoczęcia pracy w nowej, poczuł się naprawdę spełniony. Wiedział, że wypłata za dzień, dwa, będzie na jego koncie, rachunki zostaną uregulowane, a pusta sakwa wypełni się upragnionym geldem. Tak też stało się już nazajutrz. Wiedziony roztropną ideą first things first, Libertyn wypłacił był kwotę niezbędną do uregulowania pewnych rachunków, a następnie, wziąwszy swą połowice pod rękę, udał się na zakupy. Potrzebne mu były spodnie, gdyż jego ukochane, klasycznie obcisłe bright blue jeans, przeżyły za dużo i w strzęp się zamieniły. Ku swej radości niezmiernej, znalazł takie, a nawet lepsze za cenę niższą niż sobie wyobrażał.
No, ale zbaczamy z tematu. Przyjdzie jeszcze czas na opowieści o przyodziewku waszego bohatera. Do rzeczy!
Minął dzień, przyszedł weekend i nastał czas wielkiej fety, toteż należało udać się do bankomatu, by wyciągnąć środki na godne celebrowanie. Wtedy właśnie Libertyn rażony został piorunem, obdarty ze skóry, wytarzany w soli, a następnie rozerwany przez cztery konie, w cztery strony świata pognane. Wydruk wypluty przez bankomat mówił jasno – pieniążków nie ma. Wedle wszelkich praw zdrowego rozsądku i umów zawartych między waszym bohaterem, a ex-firmą, powinno ich tam być pod dostatkiem, jednak rzeczywistość okazała się horrorem fantasy, gdzie wszelkie irracjonalne lęki wychodzą spod łóżka, by złapać cię za nogę i wciągnąć do mrocznego królestwa lęku absolutnego. Prostymi słowy: flota wzięła i zniknęła! Cóż się później nie działo! Telefonom nie było końca! Cała dyrekcja i dział finansowy ex-firmy natychmiast postawiony został na nogi i zmuszony do dokładnego sprawdzenia, czy aby należycie wywiązał się ze swego obowiązku. Ponad wszelką wątpliwość stwierdzone zostało, że nikt się nie pomylił i szmal winien być na koncie Libertyna w ilości zadowalającej. No ale nie był! W końcu wasz strapiony bohater przekroczył był próg banku, w którym posiada konto. Miła pani, po sprawdzeniu sytuacji w systemie komputerowym, oznajmiła, że wszystko jest w porządku, a kwota jest bardziej niż krzepiąca. „Cóż się zatem stało”, zapytał zaniepokojony Libertyn. „Nie wiem, lecz sprawdzę”, odparła sympatyczna pani.
Wtedy właśnie wrócił koszmar sprzed miesięcy kilku, gdy do waszego zatroskanego autora przychodzić zaczęły, bynajmniej nie miłosne, korespondencje z miejsca, które niemal każdy mieszkaniec naszej wesołej krainy przeklina każdego miesiąca, myśląc o tym, gdzież to znika pokaźna część jego wypłaty i cóż się z nią później dzieje. Bo widzicie, moje dziatki, Libertyn bawił się kiedyś w biznesmena i firmę własną posiadał. Miała ona być strzałem w dziesiątkę, kurą znoszącą złote jajka, kociołkiem Leprechauna, paluchem Midasa, a all in all, okazała się czymś na kształt i podobieństwo małego Waterloo. Przypływy skończyły się niemal tak szybko, jak się pojawiły, a zobowiązania wciąż rosły. Szczególnie wobec instytucji, która miała się okazać głównym sprawcą obecnej, opłakanej, sytuacji waszego bohatera.
A imię bestii ZUS, moi kochani! To ZUS, żądny odzyskania swoich (??????????????) pieniędzy, uciekł się do czynu tak podłego jak zablokowanie wszelkich środków na koncie Libertyna! Nikt nie zapytał co dalej, nikt nie obejrzał się za siebie, gdy opadała kurtyna! A wasz biedny autorzyna stał tam ze świadomością, która bolała jak ananas wetknięty w tyłek. Mówiła mu ona jedno: „No, teraz to dopiero jesteś biedny!”.
Tak to właśnie wygląda. Zbrodnicza organizacja zwana Zakładem Ubezpieczeń Społecznych, syndykat, który wbrew mojej woli odbiera mi moje ciężko zarobione pieniądze, by, czy tego chcę, czy nie, ubezpieczać mnie i odkładać na moją emeryturę, teraz zabrał mi wszystko. Od lat, każdy Polak wie, że istnienie tego Imperium Zła nie ma już absolutnie żadnego zastosowania. Od dawna żyjemy ze świadomością, że taniej, skuteczniej i korzystniej byłoby ubezpieczać się i odkładać własnym sumptem. Jednak nikt jeszcze nie tupnął nogą, nie pierdolnął pięścią w stół, nie odpalił ładunku wybuchowego, nie wezwał demonów, by rozpędziły to siedlisko zbrodni na cztery wiatry. Nikt. Resistance, moi kochani. Nie możemy dać się okradać. Nie, kurwa, w biały dzień!
Wybaczcie dzisiejszy brak błyskotliwości, ale doprawdy, trudno błyszczeć, gdy wszystkie myśli skupiają się wokół jednego wydarzenia.
Złodzieje!
Bryan Ferry, nie powiem, trochę pomaga. No ale to stary, dobry Bry, zawsze niezawodny, zawsze w wielkim stylu, zawsze na miejscu. Jeden z wielkich. Ilu ich jeszcze zostało? On, Bowie, Cooper, sir Elton… Grajcie mi tej nocy, wielcy soliści.
P.S. O nowej pracy napiszę nieco później. Przypomnijcie mi, proszę, bym koniecznie opowiedział o tej żałosnej firemce, która mnie obecnie zatrudnia i przymusza do okradania biednych suckerów, a także o zupełnie nowej propozycji od starego kumpla! Koniecznie!
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)