poniedziałek, 7 marca 2011

29. Wujek Libertyn poleca.


W porządku, piszę. Nie idzie mi to lekko, bo czasy mamy, jakie mamy i nic mi tego całego twórczego procesu nie ułatwia. Absorbujący internet absorbuje ile wlezie, problemy doczesne zaprzątają umysł, starając się wyprzeć z niego pierwiastek twórczy. Ponadto perfekcjonizm mój, który cholera jedna wie skąd się we mnie pojawił, nie pozwala mi wartko przeć z akcją do przodu, lecz wciąż każe mi wracać do tego, com nakryklał minut temu kilka i poprawiać, zmieniać, kombinować. Nie ma letko, panie majster. Ano, nie ma.

No ale uwziąłem się jak Japończyki w 1945 i tylko jakowaś bomba atomowa będzie w stanie powstrzymać mnie od wykonania planu. A jaki jest ów plan? Cóż, chcę napisać dwie (!) powieści, zainteresować nimi jakiekolwiek wydawnictwo i w razie sukcesu być z siebie dumnym, tudzież czekać na zaszczyty i profity z tego płynące. Takem to sobie wszystko wykoncypował szczenięciem jeszcze będąc i tak to zamierzam wykonać. Nie wolno grzebać żywcem marzeń swego dzieciństwa! Lepiej zobaczyć jak konają ugodzone ostrzem rzeczywistości, by ostatecznie móc się przekonać, że jednak było to trochę za wiele… Mimo wstrętnego cynizmu wylewającego się z poprzedniego zdania, w sukces swój wierze. A, jak mawiają debiutujące dziadki, na początek kariery pisarza nigdy nie jest za późno!

Jako, że tkwię wciąż w stanie bezrobocia (shame on me? No! Shame on this country!), dużo filmów ostatnio oglądam. Przygotowałem specjalnie dla Was małą listę nowości, które powinniście czemprędzej zobaczyć. Zacznijmy może od kina lekkiego, łatwego i przyjemnego, jakim bez wątpienia jest komedia zatytułowana Due Date, a wg naszych błyskotliwych translatorów Zanim odejdą wody. Nie jestem człowiekiem, który komedie pożera tonami, zatem, jeśli coś ma wzbudzić mój poklask, musi być naprawdę dobre. Ten film dobry jest. Brodaty Grubasek o imieniu Zack i nazwisku, którego nie przytoczę, bo jest zbyt trudne, a ja jestem zbyt śpiący, pojawił się już wcześniej w Kac Vegas i grał w sumie podobną rolę. Ale ten film jest dużo lepszy od przereklamowanego Kac Vegas. Przede wszystkim jest tutaj Robert Downey Jr, który gra dokładnie tak samo jak w wielu innych filmach, a jednak dokładnie tak samo jak w wielu innych filmach przyciąga, zachwyca i skutecznie rozśmiesza. Lubię go. Mój człowiek w Hollywood! O fabule pisał nie będę, bo od tego są filmweby i inne portale filmowe. Wspomnę tylko o genialnej scenie ze znokautowaniem upierdliwego bachora (yes, yes, yes!), jaraniem zioła przy wtórze Hey You Kamandy Pinka Fłojda, osobliwym sprawdzianie umiejętności aktorskich w sraczu na stacji benzynowej i psim onanizmie. Może brzmi to mało wyrafinowanie, ale zobaczcie jak zostało wykonane. Rekomenduję!

Sprawdźcie też Fightera, bo to co zrobił tam, słusznie nagrodzony Oscarem, Christian Bale to jest już aktorstwo najwyższego rzędu! Kiedyś działali w ten sposób De Niro i Pacino, dziś są już tylko karykaturami genialnych aktorów, a ich miejsce zajęli chłopcy tacy jak Bale. Choć nie wiem, czy mówienie w liczbie mnogiej ma tutaj jakikolwiek sens. Bale rolą Dickiego podniósł poprzeczkę tak wysoko, że wiele pontonów z uchodźcami przepłynie jeszcze z Kuby do Miami, zanim ktoś mu aktorsko dorówna. Na korzyść Fightera przemawia jeszcze fakt, że ja filmów sportowych nie lubię, a ten zwalił mnie z nóg. Jak piącha w nery, którą Marky Mark Wahlberg zafundował przeciwnikowi. Poza tym historia jest dobra, postaci solidnie zarysowane i perfekcyjnie zagrane, sceny pamiętne (np. wpierdol na ganku domku zajebistej Amy Adams), a muzyka dobrana idealnie (to Here I Go Again Whitesnake’a wyśpiewane przez Dickiego – Bale’a, gdy Micky – Wahlberg wkracza na ring, by spuścić ostateczny wpierdol swemu rywalowi). Klasa!

A co z True Grit z jak zwykle absolutnie doskonałym Jeffem Bridgesem, który aktorsko jest dla mnie czymś w rodzaju gwiazdy rocka? No, mistrzostwo i potwierdzenie porzekadła, że od dobrego Sc-fi lepszy jest tylko dobry western. Tak sprawnego kina kowbojskiego nie widziałem od lat! Od długich lat! Wspomnę jeszcze o Macie Damonie, którego zawsze uważałem za szczyla bez charyzmy, a teraz, kiedy podtatusiał, nabrał ciała, okazuje się godnym kandydatem na nowego boga ekranu. W mojej srebrnej kuli jasno widzę jego przyszłość! Hm, w gruncie rzeczy jest to film braci Cohen, zatem… to było chyba od początku jasne, ze do mnie trafi. Oni są jak dobra, sprawdzona kapela rockowa.

Obejrzyjcie też Winter’s Bone, bo pokazuje Amerykę, której prawdopodobnie nie znacie i się nie spodziewacie. Tam historia również jest świetna, a rola Johna Hawkesa, jako wuja Teardropa, oscarowa. W podobnym klimacie utrzymany jest australijski Animal Kingom. Zero emocji podawanych przed ryj na talerzu, sugestywna historia, wiarygodnie zagrane role i skutecznie wprowadzona w życie idea: damy widzowi wpierdol, długo będzie nas pamiętał, bo my nie bierzemy zakładników!

Oglądajcie, jakem i ja oglądał!

wtorek, 22 lutego 2011

27. Powiedz stary, gdzieś ty był?


Blogi rozmaite i pamiętniki wszelakie, mają to do siebie, że regularność ich uzupełniania jest bardzo umowna. No, chyba, że do czynienia mamy z przypadkiem wyjątkowo sumiennego jegomościa (bądź jegomościówy), który potrafi dzień w dzień, przez lat wiele, zapełniać kolejne kartki scenami z życia swego, bądź rozkminami na tematy bardziej, lub mniej istotne. Wtedy zapiski takie zwiemy diariuszem, co wywodzi się z łacińskiego słowa diarium, a po naszemu, czyli po polskiemu, dziennik. Pisywał je Gombrowicz, Żeromski, Baudelaire, a nawet ten stary rozpustnik Dali. Wiele z nich doczekało się późniejszych wydań drukiem, co automatycznie awansowało je do rangi dzieł literackich.

Blog mój diariuszem nie jest, dlatego oczywistym było, że zdarzy się w końcu dłuższa chwila zastoju. Spowodowało ją kilka czynników, z których nie omieszkam się wytłumaczyć. Może po kolei:

1) Ustawiczne pisanie o ciągłym poszukiwaniu, zdobywaniu i traceniu pracy nawet mnie już znudziło. Powiem krótko – pracowałem, już nie pracuję, pracy szukam. Dodam jeszcze, że tym razem, zgodnie z ideą zesraj się a nie daj się, postanowiłem uderzyć w branże, które najbardziej odpowiadają moim kompetencjom i wykształceniu. Redakcje, rozgłośnie radiowe, wydawnictwa, szykujcie się na nagły napływ nawiedzonych aplikacji od najlepszego gościa, z którym kiedykolwiek mogliście współpracować! I tyle odnośnie pracy.

2) Bywa i tak, że wpada człek w niemoc straszliwą, która niczym wielka, niewidzialna łapa, powstrzymuje go od wykonywania czynności zarówno zbędnych, jak i niezbędnych. Tkwi wtedy nieszczęśnik w straszliwej malignie, z coraz większą rozpaczą rejestrując upływ godzin, dni i tygodni. A sprawy mają to do siebie, że nie lubią czekać i odłożone na bok nawarstwiają się, nabierając często mocy większej niźli miały najsamprzód. Nie lubię rozpaczać. Brzydzę się internetowymi płaczkami, wywalającymi na wierzch swoje bebechy po to tylko, by ktoś pogłaskał ich po główkach i skłamał, że będzie dobrze. To do niczego nie prowadzi i skłania tylko do przedłużania bezczynności i oczekiwania na cud. Cudów nie ma. Wszystko człek obmyśla i realizuje sam – tak było wczoraj, tak jest dziś i tak będzie zawsze.

3) Sprawa fundamentalna – jeśli ci za coś nie płacą, twój imperatyw staje się coraz mniejszy, aż w końcu dochodzisz do wniosku, że skoro terminu nie ma, to możesz sobie pisanie odłożyć na zaś. Blogiem zarabiają tylko tacy mocarze jak Raymi The Minx, a ja nawet nie predestynuję do jej rangi. Z resztą…

4) …i tak czyta mnie kilka osób, z których co najmniej jedną znam osobiście. A tak się akurat składa, że imperatyw czytelniczy w randze ważności plasuje się zaraz za finansowym. Czasem nawet przed.

To tylko cztery powody mojej długiej absencji, te największej wagi. A, z resztą, dlaczego ja się w ogóle tłumaczę? Czyżby dopadła mnie nagła potrzeba samousprawiedliwienia? Nie trzeba długo myśleć, by odpowiedzieć twierdząco. Ten blog jest przede wszystkim ode mnie dla mnie. Jasne, nie oszukujmy się, chętnie sprawiłbym, by gawiedź internetowa tłumnie usiadła przed monitorami swemi i zgłębiać poczęła zawiłe losy moje, ale… Nie potrafię skonstruować bloga, który by się do tego nadawał! Czytając Diamentowego Kota duży procent nudziłby się śmiertelnie, wielu nie wiedziałoby o co kaman, a reszta wkurwiałaby się niezmiernie. Tak to już jest! No, chyba, że stałbym się celebrytą, gwiazdą niewielkiego nawet formatu. Taaak, wtedy zastępy internetowych voyeurów wparowałyby tutaj żądne ochłapów mej prywatności. A takiego! Chociaż… Tomorrow Never Knows, jak śpiewali Beatlesi!

Na dobranoc aplikuje sobie najnowsza płytę duetu The Knife, zatytułowaną Tomorrow, In A Year. Tak dziwny to album, że aż musiałem wygooglować sobie co nieco na jego temat. Dowiedziałem się, że jest to… opera! Cholera! Powiem wam, że obcuję w tej chwili fonicznie z rzeczą dla naprawdę wytrwałych, poszukujących i otwartych. Takiego muzycznego mutanta dawno nie było mi dane słuchać. I aż dziw, że mi się podoba.

Dobranoc!

wtorek, 18 stycznia 2011

26. Wielkie kule ognia


Kiedy już przeżuła i wypluła mnie choroba tak potworna, że przez kilka dni nie potrafiłem ruszyć się z łóżka (pisze to facet, który choruje raz na kilka lat, zatem zrozumcie mój przesadyzm), wrócić musiałem do mojej nudnej, słabo płatnej i zupełnie pozbawionej perspektyw, pracy. Oczywiście tuż przed świętami udało mi się wejść w stan wojny z niezrównoważoną psychicznie ex-nauczycielką, która od początku mojej ‘kariery’ w nowej firmie, swoim chorobliwym gadulstwem, syndromem Alfy i Omegi oraz nieleczonym ADHD, doprowadzała mnie do skrajnej kurwicy. Kiedy ta nieszczęsna i paskudna zarazem istota, nastąpiła mi na odcisk, wymądrzając się na temat mojego wykształcenia i innych rzeczy, o których nie ma zielonego pojęcia (np. moja droga artystyczna), wybuchłem niczym Etna, pochłaniając strumieniami ognia i lawy całą dobrą relację, jaką wydawaliśmy się mieć. Dość udawania, czas stawić czoło prawdzie, która mówi, że to biuro za małe jest na nas dwóch. Jako, że żadne z nas nie zrezygnuje z pracy z powodu jakiegoś tam konfliktu, obiecaliśmy sobie nie odzywać się do siebie pod groźbą śmierci. No tak, wyszło szydło z worka i musi nastąpić poprawka: ja, z furią dziką, nakazałem tej ropusze odwrócić się, nie patrzeć na mnie, nie komentować mych słów i nie zwracać się do mnie pod żadnym pozorem. Nawet jeśli w moją stronę leciałyby wielkie kule ognia, a ja nie zdawałbym sobie z tego sprawy!

No cóż, w 60% pomogło, ale wciąż pozostaje 40%, na które składa się sama jej obecność wzmocniona przez kwestie, które wygłasza i zachowania, którymi doprowadza mnie do obłędu. Z tego właśnie tytułu, naszła mnie dziś ciekawa refleksja, że seryjni mordercy, czerpiący dziką radość w zadawaniu bólu i finalnie, śmierci, nie biorą się ze spieprzonego dzieciństwa, złego dotyku i innych dramatycznych wydarzeń przeszłości swej. Nie, moi kochani, ich rodzi bycie skazanym na towarzystwo osób, które wyzwalają w nich gniew tak ogromny, że jedynym jego ujściem okazuje się mord, zniszczenie i totalne gore!

Wyjdźmy jednak z tego cholernego biura i rozgośćmy się w moim skromnym pokoiku. Zasiadam na fotelu, zakładam nogę na nogę, uśmiecham się czarująco i z radością ogłaszam, że wszelakie frustracje związane z brakiem weny jakoś tak wyparowały. Wygląda na to, że wziąłem sobie urlop od twórczego myślenia. Nie komponuję muzyki i nie piszę powieści, które nie potrafią dobrnąć do swego upragnionego zakończenia. Teraz konsumuję. Oglądam dziesiątki filmów, słucham setek płyt, czytam książkę za książką. Wiem, że dołostany związane z brakiem twórczej produktywności wkrótce wrócą, ale na razie nie dbam o to. Teraz po prostu żrę, wpierdalam sztukę, bekając głośno i nie wydalając przy tym żadnych produktów przemiany materii literackiej, czy muzycznej. Zbieram to wszystko w sobie, kumuluję. I jak się to wszystko, proszę państwa, nagromadzi, jak pierdolnie to, być może, przeczytacie o mnie w którejś z gazet. Czego sobie życzę.

Pozdrawiam. A o muzyce będzie następnym razem.

wtorek, 28 grudnia 2010

25. Chatka Asha Williamsa* i jęzor Gene'a Simmonsa


Postanowiłem nie pisać jednak o pracy. Są tego dwa powody – pierwszy taki, że na razie jest mi dobrze i nie ma na co narzekać (czyli zanudziłbym Was na śmierć), a drugi taki, że jakiekolwiek roztrząsanie sprawy nieuchronnie doprowadziłoby do głębszych rozmyślań, które z kolei mogłyby skłonić mnie ku smutnej konkluzji, że suma sumarum, jest do dupy. O robocie, zatem znów nie będzie. Dla mojego i waszego, kochani moi, dobra. No bo ileż można czytać o zawodowych perypetiach życiowego niedorajdy?

W święta przeciągnięto mnie przez góry. Zamiast leżeć z wywalonym brzuchem i ładować w siebie tony żarcia, ja obarczony ciężkim plecakiem, klatką z kalekim kotem i tobołami z żywnością, parłem pod górę, by dotrzeć do górskiego domku mojej lejdi. Klimat rodem z Evil Dead, brakowało tylko Necronomiconu w piwnicy, kilku obrzydliwych demonów pod schodami i piły łańcuchowej w miejscu graby. Mogłaby być niezła impreza. Mimo absencji gości z piekła, to były dobre święta, choć poświęcić musiałem moje ulubione dżinsy. Zrozumcie mnie, miasto nie daje zbyt wielu okazji, by praktykować wspinaczkę w warunkach ekstremalnych. Tym bardziej nie z 30stoma kilogramami na plerach, tłustym kocurem w klatce i toną wiktuałów w łapie. Dlatego własnie poległem jak ostatnia dupa wołowa, pośliznąwszy się na niesympatycznym koktajlu śniegu i błota. Piękna Pani rzekła, iż dziura powstała na lewym kolanie dodała gaciom charakteru i generalnie jest sexy, ale... Nie tak to sobie zaplanowałem. Nie myślcie jednak, ze taki szczegół zepsuł mi wypad. Nic podobnego! Klimat rąbania drewna i ciągłego dorzucania do ognia, by w kominku nie przestało się palić, jest nie do przecenienia. Mówię poważnie. Jeśli dodać do tego nocne seanse z prawdziwym projektorem i rozkładanym ekranem, wychodzi zestaw wręcz wymarzony. Mimo wszystko Jason nie przyszedł w gościnę. Necronomiconu, jak już wspomniałem także nie udało się znaleźć.

Obiecałem opowiedzieć trochę więcej o muzyce mojego życia, a konkretniej o płytach, które w jakiś sposób spowodowały, żem człek taki a nie inny. No to może zróbmy inaczej i przesuńmy wajchę w naszym wehikule czasu nieco bardziej wstecz. Bo przecież jakoś się to wszystko zacząć musiało, prawda? Każda choroba ma swe źródło, tak jak każda noc ma swój świt, tak jak każdy kowboj śpiewa swa smutną, smutną piosenkę...**

Najsampierw byli starzy i ich winyle. Najważniejszy jednak był ten jeden, jedyny: Electric Light OrchestraOle Elo (Special Programming Aid. For D.J. Use Only. Not For Sale. Limited Edition, 1976 United Artists Music And Records Group, Inc. / Jet Records). Składanka największych przebojów Elo z lat 1972 – 1976. Płyta złota, półprzezroczysta. Piękna. Była dumą mego ojca w czasach jego młodości i zapewne byłaby do dziś, gdyby jeszcze przykładał do tego jakąkolwiek wagę (ostatnio nawet bredził cos o jej sprzedaży, ale szybko wybiłem mu to z głowy). Na obrazku zdobiącym przednią stronę koperty, pięć zgrabnych pań (ubranych ściśle wedle obowiązujących wówczas standardów seksowności) zasłania swe, zapewne piękne, twarze okładkami pięciu płyt, z których dokonano wyboru utworów. Tyle jeśli chodzi o warstwę wizualną. A jak się to wszystko miało do mego jestestwa? No cóż, wcześnie przyszło mi poznać uroki art rocka i glamu wczesnych lat 70tych. Hiciory wryły się w mózg i zapewne to one wyrobiły we mnie tę szczególną wrażliwość, która później uczyniła mnie die hard fanem Queen i wielkim entuzjastą The Beatles, Roxy Music etc. Zamiast utonąć w nijakości, bądź pogrążyć się w ekstremie, pozostałem przy melodiach, przepychu iu krystalicznych produkcjach,. Nieważne, czy mówimy tu o glam rocku, prog rocku, pop rocku, czy metalu. Zasada to zasada.

Niedługo później ojczulek przyniósł do domu straszliwy album zwany KISS Lick It Up, (1983, Casablanca Records). Czwórka cwaniaków na okładce, w tym robiący nieprzyjemne wrażenie Gene Simmons z obowiązkowo wywalonym na wierzch jęzorem. To zabawne, że poznawałem Kiss jako zespół występujący bez makijaży rodem z teatru kabuki. Z drugiej jednak strony, nie ma się czemu dziwić, zważywszy na to, że album ten pojawił się w moim domu około roku 1987, czyli w czasach kiedy ten uroczy band definitywnie pozbył się swego słynnego imidżu. Nie pamiętam, by ta płyta była puszczana w moim domu przed tym, kiedy sam odkryłem ją, będąc już uczniem szkoły podstawowej. Być może dla moich rodziców była ona zbyt ostra. W gruncie rzeczy, cały ten amerykański hard rock, który tak bardzo pokochałem będąc licealistą, nie cieszył się nigdy nad Wisłą zbyt wielką popularnością. Moi rodzice nie stanowili tutaj wyjątku. Zapewne była to dla nich ciekawostka z Ameryki. Wiecie czym wówczas były dla nas te trzy litery U.S.A.. Wolność, swoboda, Mekdonald, Kokakola i Lakistrajki. Kiedy pierwszy raz, ze szczeniackiej ciekawości, włożyłem Lick It Up do ojcowskiej Unitry, muzyka na nim zawarta nie spodobała mi się. Zbyt intensywna, zbyt ostra. Nie to co ELO. Pamiętam jak w pokoju starych, kiedy zostawałem sam (od małego byłem pieprzonym samotnikiem) czytałem groszowe horrory Guya N. Smitha (crapowe czytadła pokroju Szatańskiego pierwiosnka), a w tle rozbrzmiewały Exciter, Not For The Innocent, A Milion To One itd… I starałem się te dźwięki zrozumieć. Naprawdę wiedziałem, jakiś czort szeptał mi do ucha, że lada dzień przyjdzie czas, kiedy do tego dorosnę. Odkrywałem nowe lądy, nawet jeśli wtedy jeszcze nie wydawały mi się przyjazne. Nie byłem gotowy. Ale jeszcze jedna rzecz, oprócz jęzora Simmonsa, wryła się mocno w moja pamięć – potężne brzmienie. Ta płyta naprawdę dawała pieruńskiego kopa. Recenzenckie zboczenie nie pozwala mi darować sobie uwagi, że kompaktowa wersja tego albumu to tylko namiastka tej prawdziwej, wypływającej z samych czeluści Tartaru, mocy. Cyfrowe spłaszczenie nie podziałało in plus. Dlatego do dziś kocham słuchać Lick It Up ze zdartej czarnej płyty. Tak, bo zdążyłem ją zajechać jak starą ladacznicę. Warto dodać, że teraz uważam ją za opus magnum twórczości Kiss. I tutaj mały melodramat, zatem wyciągnijcie chusteczki: Wiele lat później, bo w 2001 roku, zerwała ze mną dziewczyna. Była to taka pierwsza, tak zwana poważna miłość, która nie polegała tylko i wyłącznie na trzymaniu się za rączkę, robieniu słodkich oczek i dukaniu słów, które ponoć powinno się wydukać. To były pierwsze doświadczenia seksualne na dywanie przy gramofonie, pierwsze przedstawiania rodzicom, pierwsze wielkie plany. Ile to trwało! Byłem z nią prawie dwa lata, od końca pierwszej klasy liceum, do końca trzeciej. Kawał czasu. Zwłaszcza wtedy, gdy wszystko dzieje się tak szybko. No i nastąpił breakup. Normalna sprawa. Dzieciakom się wydaje, że się kochają, później się nienawidzą, a następnie dorastają i wszystko co było staje się zabawną anegdotą ze szczeniackich lat. W każdym razie płyta Lick It Up okazała się najlepszym lekarstwem na gówniarskie łzy. Szczególnie puszczana głośno.

Ok, dość, spać. Gawędziarze mogą tak w nieskończoność...

_________________________________________________________________________________

* główny bohater horroru Evil Dead, popełnionego w 1981 roku przez niejakiego Sama Raimiego (ten od Spider Mana i Drag Me To Hell).
** cytat z utworu Every Rose Has Its Thorn zespołu Poison z płyty Open Up And Say Ahhh (1988 r.)

wtorek, 21 grudnia 2010

23. Nostalgia Metala.


Jak przystało na starego metala celebrującego swą wieczorną samotność, siedzę przy kawie gruntowej i słucham starych płyt Judas Priest. Na scenę wkraczają sentymenty i wspomnienia z lat, kiedy o nic nie trzeba było się martwić, gdyż chronił nas immunitet szczeniacko - uczniowski, cały ciężar i znój żywota spoczywał na głowach naszych rodziców, a my spędzaliśmy popołudnia włócząc się ze słuchawkami na uszach i do czerwoności podniecając każdym nowym muzycznym odkryciem. Nie było empetrójek, pecety nie były jeszcze tak powszechne jak dziś, a na Internet chodziliśmy do zatłoczonych kafejek, gdzie buliliśmy trzy zeta za godzinę rozkoszy czatowania (pierwsze netowe podrywy, ladies and gentlemen!) i odwiedzania sajtów naszych muzycznych idoli. Następnego dnia biegliśmy do sklepów muzycznych (tych prawdziwych, po których dziś, w czasach Media Marktów i innych Saturnów, jedynie mgliste wspomnienie pozostało) i wydawaliśmy całe nasze kieszonkowe na nowiutką płytę CD. Nic się nie mogło równać temu świętu. Nic prócz bzyknięcia pięknej koleżanki z liceum w jej mieszkaniu, pod nieobecność starych. A nawet ulotna przyjemność nastoletniego seksu była dla nas niczym wobec rozdziewiczenia świeżo zakupionego srebrnego krążka, nabożnego przeglądania książeczki (tak, by nie popalcować karteczek) i pierwszego odsłuchiwania. Pamiętam, że premiera Metal Works Judas Priest, najlepszego greatesthitsa jaki można sobie wyobrazić, była jak odpalenie rakiety międzygalaktycznej w moim pokoju! 160 minut, 2 płyty CD i mój świat nigdy już nie miał być taki sam! I za miesiąc po następną płytę, której pierwsze odsłuchanie miało być kolejnym odkryciem. Bo, moi kochani, nie było opcji uprzedniego zapoznania się z materiałem online!

Nie wiem czy te wspominki to efekt mojego powolnego dziadzienia, ale tęsknię za tamtym czasem. Tęsknię za dniami, kiedy o muzyce dowiadywałem się z prasy, od Kaczkowskiego, albo od starszych braci kumpli z klasy. Wiem, że wdepnę w banał jak w parujący krowi placek, ale powiem Wam, że była w tym najprawdziwsza magia. Dziś już nie mam tego mojego pierwszego wydania Metal Works, bo ktoś się nie bał i zajebał. Mam za to Number Of The Beast Iron Maiden, No More Tears Ozzy’ego, Psycho Circus Kiss, 1987 Whitesnake, Perfect Strangers Deep Purple, All The World’s A Stage Rush, Sabbath Bloody Sabbath Black Sabbath, Rise And Fall Of Ziggy Stardust And The Spiders From Mars Davida Bowiego, 1916 Motorhead, Queen II Queen, Holy Diver Dio, Boy U2, czy arcyważną Stained Class Judas Priest. To są płyty, na które odkładałem grosik do grosika kiedym szczenięciem był. To są płyty, które do końca ukształtowały moje muzyczne gusta i uczyniły człowiekiem jakim jestem do dziś! Nawet jeśli teraz moje półki uginają się od srebrnych krążków, to wymienione tytuły mają dla mnie wartość największą. Każdy z nich niesie z sobą konkretną historię z czasów, w które, gdybym mógł, chciałbym wrócić. O każdym mógłbym napisać osobny rozdział. Chcecie? Mogę, bom człek zdolny i do wynurzeń skłonny. Później moglibyście zapytać o prehistorię, czyli czas kaset. Owszem, tych również się nie pozbyłem… Ale to już naprawdę temat na zupełnie inne opowieści. Dajcie znać, a sypnę nimi jak rasowy storyteller.
Cholera, jakiś pusty teraz ten świat i emocji pozbawiony, kiedy wszystko jest na wyciągnięcie ręki, a informacje i pliki zalewają nas z każdej strony. Brak tego dreszczyku, tego orgazmu odkrywania, brak tej jakości…

Ok., let’s get back to reality.

Powieki ciężkie, a brzuch pełny, bo nażarłem się czekolady, która jakimś cudem znalazła się dziś na moim biurku. Pewnie powodem były upcoming święta. Obiecałem sobie, że rzucę wszelakie cholerstwo, które o lustrzycę może mnie przyprawić, ale jakoś nie mogłem się oprzeć. Jak widać, słabyś człecze wobec pokus świata tego.

Na jutro obowiązkowo koszulka Iron Maiden, wąskie streczujące jeansy, sportowe obuwie i nieodzowna ramoneska!

P.S. A o robocie opowiem next time, bo jest co opowiadać!

wtorek, 7 grudnia 2010

22. Upór Fawcetta.


- No to którędy idziemy? – zapytałem pewnego pochmurnego listopadowego popołudnia dawno niewidzianą znajomą, którą zupełnie przypadkowo spotkałem w jednym z najbardziej przygnębiających miejsc we wszechświecie.
- Obojętnie – odparła z szelmowskim uśmiechem – Bezrobotni mogą iść gdziekolwiek.
I tak narzekając na cały ten świat i sposób, w jaki został ułożony, ruszyliśmy w stronę przystanku autobusowego. Za nami powoli malała ponura sylwetka szarego gmaszyska zwanego Powiatowym Urzędem Pracy.
Nie wiem co teraz słychać u mojej zabawnej koleżanki, bośmy się tymi środkami komunikacji miejskiej porozjeżdżali na amen, każdy w swoją stronę i tak już zostało, jednak ja pracę znalazłem. Jednak i znów. Na jak długo? Tego nie wie nikt, jednakowoż wobec faktu, iż jest to znów robota polegająca na ciągłej sprzedaży, może się to ponownie okazać żałosnym epizodem mej kariery handlowca, która jest jak najprawdziwsze przekleństwo.
Żeby jednak zakończyć na jakiś czas te mroczne rozważania, które wykrzywiają mój obraz w waszych oczach, czyniąc ze mnie marudnego grzyba o samobójczych zapędach, nadmienię, iż tym razem opychał będę coś dużego. DUŻEGO. Coś o czym na razie pisać się nie odważę, aczkolwiek od razu rozwiewam wszelakie wątpliwości – nie będzie to broń atomowa, ani jakakolwiek inna. Żywy towar toże, bo proceder to podły i takoż ryzykowny. Nie będą to także figurki Jezusa Chrystusa Świebodzińskiego w skali 1 : 1. Przyjdzie czas, że MOŻE powiem. W każdym razie rzecz jest na czasie. Bardziej nawet niż Swiebodian Christ.
No cóż, albo mi się uda, albo nie, jak to błyskotliwie, na dwoje babka wywróżyła. Pażiwiom uwidim, jak dodał kacap. W każdym razie, nie omieszkam się pochwalić, żebyście doświadczyli prawdziwej radości ze strony Libertyna, którego uśmiech, wierzcie mi na słowo, nie zawsze jest tylko i wyłącznie cynicznym grymasem.

A jak atmosfera w nowym biurze? Ano, mocno okej. Przede wszystkim jest ładnie, schludnie i pachnąco, co jak zdążyłem zauważyć, nie jest u nas zwyczajem. Być może to dlatego, że firma zainstalowała się w tym uroczym miasteczku (sąsiadującym z moim) dopiero kilka miesięcy temu i nie zdążyła jeszcze zajść grzybem, duchotą i potem spod pach. Bodaj by nie zaszła.
Towarzystwo całkiem przyjemne. Generalnie same baby, toteż czasem gwar, że chciałoby się linijką w stół zajebać, czasem powiew infantylizmu najczystszej próby, który wyzwala we mnie przyjemne napływy szowinizmu. Choć zgrozę budzi fakt, że aż trzy osoby z, nie aż tak licznego, teamu mają wyższe wykształcenie, a jedna nawet przez osiem lat uczyła w szkole. No cóż, powinienem był się przyzwyczaić. Nie tylko ze mnie taka dupa wołowa, która nawet nie minęła się z powołaniem, ale po prostu nie miała cienia szansy go zrealizować.

Wszystkie te początkowe dni sponsorowane są przez słowo „Zobaczymy”, dlatego spinam pośladki i prę do przodu jak Percy Harrison Fawcett przez dżunglę amazońską.

A Fawcett parł uparcie, nie bacząc na to, że w rodzimej Anglii czekały go wygody dżentelmeńskiego życia u boku tak pięknej jak młodej żony i uroczych dziatek. Chciał pełnego wyzwań życia eksploratora terenów nietkniętych do tej pory (czyli do początku i pierwszej połowy XX wieku) ludzką stopą. Był prawdziwą gwiazdą ówczesnych mediów, odkrywcą źródeł rzek, twórcą południowoamerykańskich granic, cyborgiem, którego choroby się nie imały, egoistą, despotą i najprawdziwszym, szlachetnym, oldschoolowym badassem. Przysiągł sobie i całemu światu, że prędzej go piekło pochłonie, niż wróci bez mapy prowadzącej wprost do legendarnego złotego miasta. No i go pochłonęło. Przepadł nasz bohater bez wieści, a zaraz po nim całe rzesze copycatów, którzy wiedzeni wizją sławy i chwały ruszyli mu na ratunek.
A wszystko to porywająco opisał pan David Grann w książce Zaginione miasto Z. Czytajcie zanim nakręcą film! Prace już ruszyły i sam Brad Pitt się na ekranie pojawi (ot i cały sekret uśmiechniętej, brodatej mordy hollywoodzkiego amanta, która jaśnieje na początku wpisu).

W słuchawkach: Billy Joel – cała dyskografia. Mam słabość do tych ekscentrycznych artystów – fortepianistów.

P.S. Wiecie co to Candiru? Nie? Google -> search -> włala! Wysokie miejsce na liście najbardziej nikczemnych skurwysyństw Ziemi, tej Ziemi, zajęte!

środa, 17 listopada 2010

21. Same Ol' Shit...


Przeczytałem w poniedziałkowej Wyborczej ile to Kominek zarabia za prowadzenie swojego bloga i jakie rozmaite profity z tego czerpie. Te wyjazdy, rauty, spotkania z władcami wszechświata itd. No, istny celebryta blogowy! Wyjaśnijmy sobie od razu pewną istotną sprawę: nie ma we mnie ani grama złych intencji. Owszem, zazdroszczę kolesiowi sławy i korzyści wynikających z tak błahej i prostej sprawy jak bloggerstwo. Ale to taka lekka, nie destrukcyjna zazdrość. Też bym chciał, żeby czytały mnie dziesiątki tysięcy, tysiące komentowały, a firmy proponowały odpłatne umieszczanie swoich reklam. Nigdy nie bałem się komercji. No, bo kochani moi, jeśli piszesz co tam sobie chcesz i jeszcze pieniążki za to kasujesz, płakać nie możesz. Nawet jeśli weny zabraknie. Tymczasem mnie odwiedza garstka przypadkowych internetowych przechodniów, a i oni nie kwapią się, by wstawić jakikolwiek komentarz. No offence, moi kochani, wiem jak jest. Zero promocji, brak mojej aktywności na innych blogach, czego się zatem spodziewam? Tak bardzo zapaliłem się do utrzymania tego miejsca w tajemnicy przed tymi, którzy mogliby odkryć moją tożsamość, że aż ukryłem je głęboko, poza polem widzenia osób, których obawiać się nie powinienem. Choć tak, po prawdzie, kogóż ja mam się lękać? Czy ta moja fobia przed totalną utratą prywatności w dzisiejszym świecie informacji, nie powoduje, że powoli staję się freakiem z gatunku thetruthisoutthere? Możliwe. Jednak wciąż piszę, wciąż publikuje, wciąż można mnie spotkać na jednym, czy dwóch portalach społecznościowych. Zobaczymy jak długo. Bo, jak mawiał Thoreau: Jak się wkurwię to spakuję manatki i opuszczę wasz świat postępu technologicznego, kredytów, banków, długów i sztucznych relacji międzyludzkich. Zaszyję się w leśnym domku i pocałujcie mnie wszyscy w dupę. Tak też stary Henry uczynił, co dało mu swobodę twórczego wyrażenia swoich idei w dziele zatytułowanym Walden. No, ale to temat na osobny wykład… A może ten właśnie…. Oj, dajcie spokój, nie chce mi się mędrkować na temat literatury. Zbyt wiele jej w moim życiu, a zbyt mało z tego wynika.

I, żeby tradycji stało się zadość, poinformować muszę, że znów nie mam pracy. Owszem, zdarzyło mi się zahaczyć o takie, czy śmakie biuro, ale w żadnym nie zagrzałem dłużej niż trzy dni. Dlaczego? No cóż, prawda jest taka, ze coraz więcej we mnie buntu wobec tego, co na rynku pracy się odbywa. Wiem, że w mojej obecnej sytuacji finansowej, a także bacząc na moje długi, nie powinienem kręcić nosem, jednak… No, do chuja miłego, ileż można tyrać w telemarketingu mając świadomość, że jest się predysponowanym do celów wyższych? I nie chodzi tutaj o samą godność osobistą, choć może przede wszystkim, ale także o reguły jakie obecnie panują. Ja po prostu nie będę zapierdalał jak studencik, bez umowy, z coraz bardziej przedłużającym się tzw. okresem próbnym. Co to ma, kurwa znaczyć? Dlaczego mam siedzieć i przez tydzień tyrać za free? Dlaczego w ogóle mam cokolwiek sprzedawać? Dlaczego przez telefon? Dlaczego moje wykształcenie nie gwarantuje mi żadnej konkretnej roboty?

Drugą stroną medalu są agencje finansowe, które się o mnie zabijają, bo kiedyś tam miałem znaczący epizod w, so called, bankowości. A finansista ze mnie jak z koziej dupy saksofon altowy.

No to, zwyczajowo, poprzynudzałem o robocie. Wybaczcie mi. Jako odtrutkę proponuję arcyciekawy esej dotyczący jednego songu Bruce’a Springsteena. Śmiało, zaglądajcie i czytajcie, bo mój amerykański kolega NAPRAWDĘ miał cos do powiedzenia:

http://joeposnanski.blogspot.com/2010/11/promise.html?spref=tw