
W porządku, piszę. Nie idzie mi to lekko, bo czasy mamy, jakie mamy i nic mi tego całego twórczego procesu nie ułatwia. Absorbujący internet absorbuje ile wlezie, problemy doczesne zaprzątają umysł, starając się wyprzeć z niego pierwiastek twórczy. Ponadto perfekcjonizm mój, który cholera jedna wie skąd się we mnie pojawił, nie pozwala mi wartko przeć z akcją do przodu, lecz wciąż każe mi wracać do tego, com nakryklał minut temu kilka i poprawiać, zmieniać, kombinować. Nie ma letko, panie majster. Ano, nie ma.
No ale uwziąłem się jak Japończyki w 1945 i tylko jakowaś bomba atomowa będzie w stanie powstrzymać mnie od wykonania planu. A jaki jest ów plan? Cóż, chcę napisać dwie (!) powieści, zainteresować nimi jakiekolwiek wydawnictwo i w razie sukcesu być z siebie dumnym, tudzież czekać na zaszczyty i profity z tego płynące. Takem to sobie wszystko wykoncypował szczenięciem jeszcze będąc i tak to zamierzam wykonać. Nie wolno grzebać żywcem marzeń swego dzieciństwa! Lepiej zobaczyć jak konają ugodzone ostrzem rzeczywistości, by ostatecznie móc się przekonać, że jednak było to trochę za wiele… Mimo wstrętnego cynizmu wylewającego się z poprzedniego zdania, w sukces swój wierze. A, jak mawiają debiutujące dziadki, na początek kariery pisarza nigdy nie jest za późno!
Jako, że tkwię wciąż w stanie bezrobocia (shame on me? No! Shame on this country!), dużo filmów ostatnio oglądam. Przygotowałem specjalnie dla Was małą listę nowości, które powinniście czemprędzej zobaczyć. Zacznijmy może od kina lekkiego, łatwego i przyjemnego, jakim bez wątpienia jest komedia zatytułowana Due Date, a wg naszych błyskotliwych translatorów Zanim odejdą wody. Nie jestem człowiekiem, który komedie pożera tonami, zatem, jeśli coś ma wzbudzić mój poklask, musi być naprawdę dobre. Ten film dobry jest. Brodaty Grubasek o imieniu Zack i nazwisku, którego nie przytoczę, bo jest zbyt trudne, a ja jestem zbyt śpiący, pojawił się już wcześniej w Kac Vegas i grał w sumie podobną rolę. Ale ten film jest dużo lepszy od przereklamowanego Kac Vegas. Przede wszystkim jest tutaj Robert Downey Jr, który gra dokładnie tak samo jak w wielu innych filmach, a jednak dokładnie tak samo jak w wielu innych filmach przyciąga, zachwyca i skutecznie rozśmiesza. Lubię go. Mój człowiek w Hollywood! O fabule pisał nie będę, bo od tego są filmweby i inne portale filmowe. Wspomnę tylko o genialnej scenie ze znokautowaniem upierdliwego bachora (yes, yes, yes!), jaraniem zioła przy wtórze Hey You Kamandy Pinka Fłojda, osobliwym sprawdzianie umiejętności aktorskich w sraczu na stacji benzynowej i psim onanizmie. Może brzmi to mało wyrafinowanie, ale zobaczcie jak zostało wykonane. Rekomenduję!
Sprawdźcie też Fightera, bo to co zrobił tam, słusznie nagrodzony Oscarem, Christian Bale to jest już aktorstwo najwyższego rzędu! Kiedyś działali w ten sposób De Niro i Pacino, dziś są już tylko karykaturami genialnych aktorów, a ich miejsce zajęli chłopcy tacy jak Bale. Choć nie wiem, czy mówienie w liczbie mnogiej ma tutaj jakikolwiek sens. Bale rolą Dickiego podniósł poprzeczkę tak wysoko, że wiele pontonów z uchodźcami przepłynie jeszcze z Kuby do Miami, zanim ktoś mu aktorsko dorówna. Na korzyść Fightera przemawia jeszcze fakt, że ja filmów sportowych nie lubię, a ten zwalił mnie z nóg. Jak piącha w nery, którą Marky Mark Wahlberg zafundował przeciwnikowi. Poza tym historia jest dobra, postaci solidnie zarysowane i perfekcyjnie zagrane, sceny pamiętne (np. wpierdol na ganku domku zajebistej Amy Adams), a muzyka dobrana idealnie (to Here I Go Again Whitesnake’a wyśpiewane przez Dickiego – Bale’a, gdy Micky – Wahlberg wkracza na ring, by spuścić ostateczny wpierdol swemu rywalowi). Klasa!
A co z True Grit z jak zwykle absolutnie doskonałym Jeffem Bridgesem, który aktorsko jest dla mnie czymś w rodzaju gwiazdy rocka? No, mistrzostwo i potwierdzenie porzekadła, że od dobrego Sc-fi lepszy jest tylko dobry western. Tak sprawnego kina kowbojskiego nie widziałem od lat! Od długich lat! Wspomnę jeszcze o Macie Damonie, którego zawsze uważałem za szczyla bez charyzmy, a teraz, kiedy podtatusiał, nabrał ciała, okazuje się godnym kandydatem na nowego boga ekranu. W mojej srebrnej kuli jasno widzę jego przyszłość! Hm, w gruncie rzeczy jest to film braci Cohen, zatem… to było chyba od początku jasne, ze do mnie trafi. Oni są jak dobra, sprawdzona kapela rockowa.
Obejrzyjcie też Winter’s Bone, bo pokazuje Amerykę, której prawdopodobnie nie znacie i się nie spodziewacie. Tam historia również jest świetna, a rola Johna Hawkesa, jako wuja Teardropa, oscarowa. W podobnym klimacie utrzymany jest australijski Animal Kingom. Zero emocji podawanych przed ryj na talerzu, sugestywna historia, wiarygodnie zagrane role i skutecznie wprowadzona w życie idea: damy widzowi wpierdol, długo będzie nas pamiętał, bo my nie bierzemy zakładników!
Oglądajcie, jakem i ja oglądał!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz