
Kiedy już przeżuła i wypluła mnie choroba tak potworna, że przez kilka dni nie potrafiłem ruszyć się z łóżka (pisze to facet, który choruje raz na kilka lat, zatem zrozumcie mój przesadyzm), wrócić musiałem do mojej nudnej, słabo płatnej i zupełnie pozbawionej perspektyw, pracy. Oczywiście tuż przed świętami udało mi się wejść w stan wojny z niezrównoważoną psychicznie ex-nauczycielką, która od początku mojej ‘kariery’ w nowej firmie, swoim chorobliwym gadulstwem, syndromem Alfy i Omegi oraz nieleczonym ADHD, doprowadzała mnie do skrajnej kurwicy. Kiedy ta nieszczęsna i paskudna zarazem istota, nastąpiła mi na odcisk, wymądrzając się na temat mojego wykształcenia i innych rzeczy, o których nie ma zielonego pojęcia (np. moja droga artystyczna), wybuchłem niczym Etna, pochłaniając strumieniami ognia i lawy całą dobrą relację, jaką wydawaliśmy się mieć. Dość udawania, czas stawić czoło prawdzie, która mówi, że to biuro za małe jest na nas dwóch. Jako, że żadne z nas nie zrezygnuje z pracy z powodu jakiegoś tam konfliktu, obiecaliśmy sobie nie odzywać się do siebie pod groźbą śmierci. No tak, wyszło szydło z worka i musi nastąpić poprawka: ja, z furią dziką, nakazałem tej ropusze odwrócić się, nie patrzeć na mnie, nie komentować mych słów i nie zwracać się do mnie pod żadnym pozorem. Nawet jeśli w moją stronę leciałyby wielkie kule ognia, a ja nie zdawałbym sobie z tego sprawy!
No cóż, w 60% pomogło, ale wciąż pozostaje 40%, na które składa się sama jej obecność wzmocniona przez kwestie, które wygłasza i zachowania, którymi doprowadza mnie do obłędu. Z tego właśnie tytułu, naszła mnie dziś ciekawa refleksja, że seryjni mordercy, czerpiący dziką radość w zadawaniu bólu i finalnie, śmierci, nie biorą się ze spieprzonego dzieciństwa, złego dotyku i innych dramatycznych wydarzeń przeszłości swej. Nie, moi kochani, ich rodzi bycie skazanym na towarzystwo osób, które wyzwalają w nich gniew tak ogromny, że jedynym jego ujściem okazuje się mord, zniszczenie i totalne gore!
Wyjdźmy jednak z tego cholernego biura i rozgośćmy się w moim skromnym pokoiku. Zasiadam na fotelu, zakładam nogę na nogę, uśmiecham się czarująco i z radością ogłaszam, że wszelakie frustracje związane z brakiem weny jakoś tak wyparowały. Wygląda na to, że wziąłem sobie urlop od twórczego myślenia. Nie komponuję muzyki i nie piszę powieści, które nie potrafią dobrnąć do swego upragnionego zakończenia. Teraz konsumuję. Oglądam dziesiątki filmów, słucham setek płyt, czytam książkę za książką. Wiem, że dołostany związane z brakiem twórczej produktywności wkrótce wrócą, ale na razie nie dbam o to. Teraz po prostu żrę, wpierdalam sztukę, bekając głośno i nie wydalając przy tym żadnych produktów przemiany materii literackiej, czy muzycznej. Zbieram to wszystko w sobie, kumuluję. I jak się to wszystko, proszę państwa, nagromadzi, jak pierdolnie to, być może, przeczytacie o mnie w którejś z gazet. Czego sobie życzę.
Pozdrawiam. A o muzyce będzie następnym razem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz