wtorek, 22 lutego 2011

27. Powiedz stary, gdzieś ty był?


Blogi rozmaite i pamiętniki wszelakie, mają to do siebie, że regularność ich uzupełniania jest bardzo umowna. No, chyba, że do czynienia mamy z przypadkiem wyjątkowo sumiennego jegomościa (bądź jegomościówy), który potrafi dzień w dzień, przez lat wiele, zapełniać kolejne kartki scenami z życia swego, bądź rozkminami na tematy bardziej, lub mniej istotne. Wtedy zapiski takie zwiemy diariuszem, co wywodzi się z łacińskiego słowa diarium, a po naszemu, czyli po polskiemu, dziennik. Pisywał je Gombrowicz, Żeromski, Baudelaire, a nawet ten stary rozpustnik Dali. Wiele z nich doczekało się późniejszych wydań drukiem, co automatycznie awansowało je do rangi dzieł literackich.

Blog mój diariuszem nie jest, dlatego oczywistym było, że zdarzy się w końcu dłuższa chwila zastoju. Spowodowało ją kilka czynników, z których nie omieszkam się wytłumaczyć. Może po kolei:

1) Ustawiczne pisanie o ciągłym poszukiwaniu, zdobywaniu i traceniu pracy nawet mnie już znudziło. Powiem krótko – pracowałem, już nie pracuję, pracy szukam. Dodam jeszcze, że tym razem, zgodnie z ideą zesraj się a nie daj się, postanowiłem uderzyć w branże, które najbardziej odpowiadają moim kompetencjom i wykształceniu. Redakcje, rozgłośnie radiowe, wydawnictwa, szykujcie się na nagły napływ nawiedzonych aplikacji od najlepszego gościa, z którym kiedykolwiek mogliście współpracować! I tyle odnośnie pracy.

2) Bywa i tak, że wpada człek w niemoc straszliwą, która niczym wielka, niewidzialna łapa, powstrzymuje go od wykonywania czynności zarówno zbędnych, jak i niezbędnych. Tkwi wtedy nieszczęśnik w straszliwej malignie, z coraz większą rozpaczą rejestrując upływ godzin, dni i tygodni. A sprawy mają to do siebie, że nie lubią czekać i odłożone na bok nawarstwiają się, nabierając często mocy większej niźli miały najsamprzód. Nie lubię rozpaczać. Brzydzę się internetowymi płaczkami, wywalającymi na wierzch swoje bebechy po to tylko, by ktoś pogłaskał ich po główkach i skłamał, że będzie dobrze. To do niczego nie prowadzi i skłania tylko do przedłużania bezczynności i oczekiwania na cud. Cudów nie ma. Wszystko człek obmyśla i realizuje sam – tak było wczoraj, tak jest dziś i tak będzie zawsze.

3) Sprawa fundamentalna – jeśli ci za coś nie płacą, twój imperatyw staje się coraz mniejszy, aż w końcu dochodzisz do wniosku, że skoro terminu nie ma, to możesz sobie pisanie odłożyć na zaś. Blogiem zarabiają tylko tacy mocarze jak Raymi The Minx, a ja nawet nie predestynuję do jej rangi. Z resztą…

4) …i tak czyta mnie kilka osób, z których co najmniej jedną znam osobiście. A tak się akurat składa, że imperatyw czytelniczy w randze ważności plasuje się zaraz za finansowym. Czasem nawet przed.

To tylko cztery powody mojej długiej absencji, te największej wagi. A, z resztą, dlaczego ja się w ogóle tłumaczę? Czyżby dopadła mnie nagła potrzeba samousprawiedliwienia? Nie trzeba długo myśleć, by odpowiedzieć twierdząco. Ten blog jest przede wszystkim ode mnie dla mnie. Jasne, nie oszukujmy się, chętnie sprawiłbym, by gawiedź internetowa tłumnie usiadła przed monitorami swemi i zgłębiać poczęła zawiłe losy moje, ale… Nie potrafię skonstruować bloga, który by się do tego nadawał! Czytając Diamentowego Kota duży procent nudziłby się śmiertelnie, wielu nie wiedziałoby o co kaman, a reszta wkurwiałaby się niezmiernie. Tak to już jest! No, chyba, że stałbym się celebrytą, gwiazdą niewielkiego nawet formatu. Taaak, wtedy zastępy internetowych voyeurów wparowałyby tutaj żądne ochłapów mej prywatności. A takiego! Chociaż… Tomorrow Never Knows, jak śpiewali Beatlesi!

Na dobranoc aplikuje sobie najnowsza płytę duetu The Knife, zatytułowaną Tomorrow, In A Year. Tak dziwny to album, że aż musiałem wygooglować sobie co nieco na jego temat. Dowiedziałem się, że jest to… opera! Cholera! Powiem wam, że obcuję w tej chwili fonicznie z rzeczą dla naprawdę wytrwałych, poszukujących i otwartych. Takiego muzycznego mutanta dawno nie było mi dane słuchać. I aż dziw, że mi się podoba.

Dobranoc!

1 komentarz:

  1. Ja tam Cię nie znam, a lubię Twojego bloga. Po części dlatego, że nader często trafiam na swoje własne myśli, tylko, że nienazwane. Ty je nazywasz. Ot, co.

    OdpowiedzUsuń