wtorek, 31 sierpnia 2010

12. Monte - fuckin' - Christo

W życiu to już jest tak, że jak się człecze nastawisz na bezproblemową realizację prostego, lecz cwanego planu, zazwyczaj dzieje się coś, co sprawia, że na drogę, która miała być lekka i przyjemna, zwala się ni stąd, ni zowąd dość kłopotliwa przeszkoda. I znów musisz rozmyślać, kombinować, choć dopiero co odpocząłeś po obieraniu możliwie najdogodniejszego kierunku, w jakim żeś miał, swobodny jak dziecię szczęścia, podążać. Być może to truizm i straszliwy frazes, ale faktem jest, że większość dorosłego życia spędzamy na tkaniu, mniej lub bardziej, misternych intryg, by egzystencję sobie jakoś ułatwić i ulepszyć. Paradoksalnie ci, co tego nie robią, hożo kroczą najprostszą z dróg. No ale, mimo to, wciąż kminimy, co by tu jeszcze z czym połączyć, by wyszło nam tak jak chcemy. I koło się zamyka.

Taka mądrość naszła mnie dziś, gdy siedziałem sam w biurze, jak Hrabia Monte Christo w swej wieży. W przeciwieństwie do niego, nie myślałem jednak o zemście, bo i na kimże miałbym się mścić. Usiłowałem po prostu skupić wszystkie swe moce, by przyspieszyć upływ czasu. Pamiętacie, Superman w filmie zrobił to zapierdalając z worpową prędkością dookoła kuli ziemskiej. Ma się rozumieć, brałem pod uwagę tę opcję, jednak jakiś wewnętrzny głos podpowiedział mi, że ze sztuką latania u mnie krucho, a już na pewno z tak cudowną. Gniłem zatem przed komputerem, beznadziejnie przeglądając facebooka i Esensję (choć nowe artykuły znałem niemal na pamięć), a w międzyczasie udając, że jednak coś robię. Wiecie jak jest, trzeba jednak pokazać, że w gruncie rzeczy gra się w tę grę, której reguły i wynik wszyscy znają. Czekałem po prostu, aż szef mój, w swej niezmierzonej roztropności i stanowczości, wręczy mi papierek, będący polubownym usunięciem z firmy za tzw. porozumieniem stron. Dać mi to miało komfort swobodnego rozpoczęcia nowej pracy od dnia jutrzejszego (czyli od środy, bo kiedy to piszę jest jeszcze wtorek). I? No i czekałem!

Około południa zadzwoniła pani z nowego jobu, bym potwierdził ostatecznie mą gotowość do zajęcia stanowiska, które na mnie czeka już od dwóch tygodni. Świadom faktu rychłego (kwestia dwóch, trzech godzin) wywalenia mnie z obecnej roboty, dobitnie i z przekonaniem godnym Hannibala Smitha idącego ze swą drużyną w śmiertelną misję, która bankowo zakończy się sukcesem, odparłem, że jutro może się mnie spodziewać przed swym majestatem. No bo tak, kurwa, być miało!

No i czekałem. A krew zalewała mnie coraz bardziej. Stałem w niej po kolana, następnie sięgnęła mych jaj, brzucha, klatki piersiowej i niebezpiecznie szybko piąć się zaczęła w kierunku mych ust, a później nozdrzy… Kiedy dotarła do czubka głowy, nie wytrzymałem! Była 16.00, wszyscy ci Stachanowcy branży reklamowej, wylegać zaczęli zza swych biurek i kierować się w stronę wyjścia, jak Naród Wybrany w kierunku Ziemi Obiecanej!!! A ja tam sam, czerwony ze złości i spocony z niepokoju. Zwolnienie miało już przede mną leżeć!. Ba, miało już być w biurze dyrektora! Signed, sealed, Deli – fuckin’ – vered! Ale nie było. Szef, bo w końcu do niego zadzwoniłem, rzekł, że do pracy już nie wróci. Mało tego, zapytał mnie jak wyobrażam sobie dalszą moją pracę w firmie, skoro taki ze mnie wał. To chyba oczywiste, że sobie nie wyobrażam! No, kurwa mać! Całe to moje lewe L4 o tym mówiło! Przecież jasnym było, że to najzwyklejszy fejk, by przekiblować do końca miecha i otrzymać godziwe (choć to akurat określenie BARDZO dyskusyjne) wynagrodzenie! Dowiedziałem się, że nie wiedzieć czemu, odpowiedni papierek z Warszawy jeszcze nie dotarł i… mam wytrzymać w firmie jeszcze przez ten tydzień. No, chyba, że pani dyrektor oddziału da mi możliwość natychmiastowego, polubownego załatwienia sprawy. Niestety, pani dyrektor nie jest suckerem i z roboty ulotniła się grubo przez 16.00. Wyszedłem ze świadomością, że znów muszę kombinować. Nie tak to miało wyglądać!!!

Szczęśliwie, pani z nowej roboty okazała się bardzo wyrozumiała i stwierdziła, że spokojnie mogę zacząć od poniedziałku. Suma sumarum, jakiś tam happy end zaliczyłem, choć nie bez łyżki dziegciu. Wszak do piątku gnić muszę from eight to four w miejscu, z którego mam ochotę wiać susami. Szpagatami! Dobrze, panie Kowalski, że mi jeszcze za to zapłacą.

A tak poza zwykłą prozą życia, a bliżej prozy w klasycznym rozumieniu tego słowa, wciąż siedzę na bliskowschodnim froncie z Hauptsturmfuhrerem Maximilianem Aue. I wiecie co? Niechaj mnie Armia Czerwona potraktuje jak traktować zwykła obywatelki Berlina wiosną 1945 roku, jeśli Jonathan Littel nie okazał się geniuszem na miarę największych mistrzów literatury! Łaskawe dają mu miejsce w samym Panteonie, obok Hemingwaya, Remarque’a, Mailera, a nawet Stendhala, czy Flauberta!

Pisałem o gorno, ale… nie, nie, nie! Wielce krzywdzące jest pisanie o Łaskawych jak o apoteozie gwałtu i makabry. To nie tak! Tutaj do czynienia mamy z doświadczeniem poza zwykłą beletrystyką, a nawet poza literaturą wojenną! Im dalej zagłębiamy się w misterną strukturę tego arcydzieła, tym większe mamy uczucie obcowania z rzeczą wymykającą się klasyfikacji gatunkowej. Ta panagatunkowość miażdży całe nasze poprzednie wyobrażenie o literaturze. Można wszystko! Można doskonale! Można tworzyć opisy idealne, które nie nużą, a wywołują najprawdziwsze projekcje w kinie naszego umysłu. Można twardo, ale i mistycznie. Można dogłębnie, niemal naukowo, nie pomijając niczego, a jednocześnie można ciekawie i… uzależniająco. Bo, widzicie państwo, Łaskawe to narkotyk!

A co w słuchawkach? Może zacznę tak: Nie mylił się Perry Farrell mówiąc, że Jim Morrison czerpał garściami z wokalnego rzemiosła Franka Sinatry. Nie było w tym ani krztyny przesady, ni mentorskiej fanfaronady! Posłuchajcie choćby tytułowego utworu z płyty zatytułowanej Watertown (a nawet i całej płyty). Następnie włączcie spokojniejsze numery The Doors, z naciskiem na album Soft Parade (choć niekoniecznie akurat na ten). Cóż za odkrycie!

Czyli u mnie Sinatra. Jednak Sinatra daleki od swoich greatest hitsów, Sinatra konceptualny i, jakkolwiek to nie zabrzmi, bliższy muzyce młodych końca lat 60tych. Piękne.

Ale zaraz później solidnie czymś przyjebię!

Spróbujcie nowego albumu Spiritual Beggars. Return To Zero się zowie i jest fantastyczny. Zastanawiam się, czy czasem nie najlepszy w ich karierze.

Dobranoc.

wtorek, 24 sierpnia 2010

11. Thank You Hank Moody!

Zaczniemy od tego, co mi gra.

Pat Benatar stała zawsze w awangardzie najbardziej charakternych babek muzyki rockowej. Nawet jeśli dryfowała w stronę solidnego ejtisowego popu. Głos o sile rażenia ładunku termonuklearnego, a jednak używany z niezwykłą swobodą i uroda, która w żaden sposób nie zaburza rozkoszowania się warstwą muzyczną. Brzmi jak zawoalowany przytyk do wyglądu, prawda? No, trzeba rzec, że Pat w żadnym wypadku nie mieści się w kanonie śliczniusich śpiewających dup, ani w grupie wokalistek, które bez problemu mogłyby być gwiazdami porno. Kiedyś nie musiała, bo były to czasy, kiedy po pierwsze liczył się talent, a teraz nie musi, bo jest już legendą. To babka z klasą, zarówno w warstwie artystycznej, jak i wizualnej, motherfuckers! Jeśli power Heartbreakera nie wywoła ciar na twoich plecach, a Hell Is For Children nie spowoduje, że twoje serce zacznie bić mocniej, to nie mamy o czym rozmawiać. Idź sczeznąć przy Shakirze, bądź zgnić z nudów przy Nightwishu!

Tyle jeśli chodzi o wyładowanie muzycznych emocji. Kwestię edukatorską również mamy za sobą, zatem czas najwyższy opowiedzieć co tam u mnie.

Ano, siedzę sobie na L4, odpoczywam, kuruję się, czytam i usiłuję pisać. Co czytam? Widzicie, zabrałem się za Łaskawe Jonathana Littela. Wielu uważa, że jest to po prostu gorno* rozbudowane do rozmiarów epopei. Na szczęście większość czytelników, którzy mieli odwagę się za tę księgę zabrać, twierdzi, że być może jest to pierwsze prawdziwe arcydzieło XXI wieku. A ja powiadam, już teraz, choć jestem dopiero na półmetku: Łaskawe stanie się kanonem, punktem porównawczym i nowym wzorcem pisania o okropieństwach Drugiej Wojny Światowej. Chcąc poczuć smród konfliktu zbrojnego, trzeba sztachnąć się zapachem dymu, potu, krwi, gówna i gnijących zwłok. Czterej pancerni i pies w tym nie pomogą. Czytajcie Littela, bracia i siostry! Trzeba się wyzbyć tej delikatności społeczeństwa wychowanego w bańce mydlanej pozorów! Jakich? Bezpieczeństwa, piękna i miłości. Łaskawe nie jest łaskawe. To strzał z liścia w rumiany, wypasiony ryj obywatela XXI wieku. Oczywiście nie chodzi tu tylko o samą przemoc. Littel w doskonały sposób zarysował portret psychologiczny ciemnej strony mocy. Bo widzicie, tutaj bohaterem głównym jest oficer SS, a zbiorowym wszyscy ci żołnierze Wehrmachtu wysłani w misje zdobycia Moskwy. Biedne, żałosne istoty, pchane do przodu siłą ideologii, najdurniejszej z możliwych. Posrani ze strachu, skołowani, niegotowi, a jednocześnie (a może w rezultacie) bezwzględni w czynieniu rzezi.

No dobra, w tym miejscu mówię sobie HALT, bo widzę, że powstaje tutaj coś w rodzaju rozprawy krytyczno – literackiej w nieco luźniejszym, pop-kulturowym, ujęciu. Wybaczcie, studia przetrwały we mnie jako wewnętrzny głos, który wciąż mówi mi, że jak pisać o książkach, to tylko cholernie długo i cholernie wnikliwie. No, ale przecież, nie o to tutaj chodzi. Tu o moje życie biega, n’est-ce pas? Tak na koniec napomknę jeszcze, że nie ma co obawiać się gabarytu powieści Littela. Kobieta w księgarni zapytała mnie, czy nabywam tę księgę w celach samoobrony. Miało być śmieszne, ale mnie zażenowało. Babce, która stoi za ladą w, bądź co bądź, przybytku kultury, takie uwagi nie powinny nawet przyjść na myśl! Dobry koń i po błocie pociągnie, a dobra książka wciągnie nawet jeśli jest tysiącstronicowym klocem! Pamiętam z jakimi wypiekami, na drugim roku polonistyki, czytałem Bakunowy faktor Bartha. Dwa opasłe tomiska, a ja żałowałem, że poczciwy John nie napisał trzeciego. To jest, kurwa, siła literatury!

No dobra, tyle jeśli chodzi o uniesienia związane z dziełami cudzymi, teraz pomówmy o mnie.

Po ponownym przebrnięciu przez wszystkie odcinki trzech sezonów Californication, postanowiłem kontynuować pracę nad czymś coś, co tworzyć zacząłem w okolicach września 2009 roku. I nie chodzi o to, że Hank Moody to extremely cool guy i generalnie najzajebistsza postać telewizji od czasu Pierce’a Sokole Oko**. Nie w tym rzecz, że sukces literacki otworzył przed nim portfele szefów wielkich wydawnictw i producentów filmowych, a także rozchylił nogi najseksowniejszych lasek w LA. Nie, nie! Przecież wszyscy wiemy, że takie rzeczy na ogół się nie zdarzają, a sam Moody to zlepek Bukowskiego, Hemingwaya, Rotha, Millera i gwiazdy rocka. Chodzi o to, że ja pisałem od zawsze, a rewelacyjny serial o pisarzu wzbudził we mnie niesłychany głód. Jestem głodny, rozumiecie? Muszę się nasycić nowymi historiami spisanymi moją ręką, będącymi owocem mojej wyobraźni, a może przede wszystkim, moich doświadczeń życiowych! Sukces swoją drogą. Nigdy nie tworzyłem niczego tylko i wyłącznie dla siebie. Nie uznaję marnotrawstwa czasu i talentu, a za takowe uznaję grzebanie swojej twórczości w grobowcu szuflady. Czy Leonardo Da Vinci namalował Mone Lise, by powiesić ją sobie nad kominkiem i onanizować się w jej blasku?

To tyle, bo jest późno, a tekst zbyt długi.

Jutro czeka mnie wizyta u lekarza, a później wspaniały wieczór z panią, której uroda, prócz oczywistych walorów seksualnych, posiada również (a może przede wszystkim) prawdziwą klasę. Jej intelekt, czasem mnie zawstydza, choć najczęściej wprawia w osłupienie, bo wciąż, mimo kolejnych spotkań, odkrywam w niej (pod tym względem) coś nowego. Relacje damsko- męskie. Well, well, well… (Cmoknięcie, westchnienie, krótka chwila zadumy). Kiedyś wyłożę wam moją filozofię związkową. Dowiecie się jakie kobiety i dlaczego właśnie takie. Dowiecie się z jakich elementów idealna dziewczyna składać się powinna i czemu żaden z nich nie może być pominięty. Jeśli zapomnę, kopnijcie mnie w tyłek. Będę wiedział o co chodzi. Coming soon! Stay tunned!

_____________________________________________________________________________________
* Gorno - Zlepek słów „gore” i „porno”. Chodzi o dzieła filmowe, lub książkowe, których celem nadrzędnym jest najbardziej szczegółowe, wręcz anatomiczne, pokazanie brutalnej przemocy. Tortury, gwałty, rozkład, dzieciobójstwo i tego typu stuff.

** - Pierce Sokole Oko - Dokładnie: Benjamin Franklin "Hawkeye" Pierce (w filmie Altmana grał go Donald Sutherland, a w serialu wspaniały Alan Alda). Główny bohater filmu, a następnie serialu wszech czasów zatytułowanego M*A*S*H. Jeśli nie znasz toś ignorant, gamoń, bądź dziecię w kolejce po edukację! Go, go and watch!

środa, 18 sierpnia 2010

10. Moje CV...

...tak szczere, ze żaden potencjalny pracodawca nigdy go nie ujrzy.

Jest taka scena (bardzo ważna) w arcydziele X Muzy zwanym American Beauty, w której bohater grany przez Kevina Spacey’a, siada przed kierownikiem swojego biura, by jasno i dobitnie wyklarować mu swoje stanowisko wobec niego i jego poczynań. Mniej to widowiskowe niż legendarne samoobicie ryja Edwarda Nortona w Fight Clubie, ale jakże mądrzejsze i trafniejsze. Ileż razy sam miałem ochotę uczynić podobny gest, po czym tryumfalnie wyjść z gabinetu, nie spoglądając nawet na rozdziawione gęby tchórzy trzęsących dupskami w obawie o utratę swoich marnych posadek. Nigdy jednak tego nie uczyniłem. Dlaczego? No cóż, po prostu sam zawsze chciałem, na ile się dało, utrzymać się na jednym stanowisku i w jednej firmie jak najdłużej. Nie dlatego, że totalny ze mnie konformista i mało ambitny mięczak, ale z czystej świadomości, że o robotę w naszym śmiesznym kraju trudno, a mnie gotówkowy constans potrzebny jak junkiesowi działka. Bardzo.

Na job listonosza, jak już wcześniej pisałem, z perspektywy czasu, nie ma co narzekać. Pierwszą robotą, której zasady przestały mi się podobać był zwykły, plugawy telemarketing w jednej z katowickich firm. Dopóki siedziałem na czterech literach i wykonywałem telefon za telefonem, mając pełną świadomość faktu, że po robocie wrócę do domu, nie myśląc nawet przez ułamek sekundy o tym, co robiłem od 8 do 16, było ok. Swoje odcharowałem (mocno powiedziane), a później, przepełniony luzem i psychicznym komfortem, mogłem zająć się twórczością własną. Tudzież nieskrępowanym imprezowaniem. I to było OK. Odszedłem dopiero, gdy zmieniono zasady wypłacania wynagrodzeń w sposób tak drastyczny, że z dnia na dzień poczułem się jak jakowyś niewolnik, któremu zmniejszono racje żywnościowe ze względnie chujowych na chujowe totalnie. Odszedłem. Grzecznie zapukałem do pokoju kierownika i stwierdziłem, iż od dnia jutrzejszego w firmie mnie widział nie będzie (on ani nikt inny), gdyż za takie wynagrodzenie poświęcać swego czasu nie zamierzam. Było miło, uprzejmie i na luzie. Dwa tygodnie później pracowałem już w nowym miejscu, gdzie płacili o wiele lepiej, z klimatyzacji nie waliło zdechłym szczurem, ale za to zastępcą szefa okazał się podstarzały ex-belfer o mentalności ex-esbeka. Przez pierwsze cztery miesiące znosiłem jego upierdliwość jak mogłem, uciekając się do drobnych złośliwości wyszeptywanych w zaciszu firmowej kuchni, jednak piąty był już ponad moje siły. Powiedziałem kilka słów na temat mobbingu i faworyzowania niektórych pracowników w towarzystwie, w którym było kilka osób piastujących tradycyjne stanowisko zakładowych lizydupów i konfidentów. Wiecie jak to się dla mnie skończyło. Jako persona konfliktowa i obniżająca morale kadry, otrzymałem wymówienie. Za porozumieniem stron, ma się rozumieć.

Wtedy powiedziałem sobie noł mor! W wyniku różnych splotów wydarzeń, nagłych decyzji i nowych kontaktów, zostałem przedstawicielem szeroko rozumianej finansjery. Gajerek, teczuszka, spięte włoski, lakierki. Nie narzekałem, bo godziny pracy były nienormowane, a zarobić było można bez potu, krwi i łez. Problemem było tylko to, iż cała zabawa polegała na prowadzeniu własnej działalności gospodarczej. Z niewinnej istotki, za rękę prowadzonej przez pracodawcę, Wasz ukochany bohater stał się zwierzyną łowną, na którą swe zęby szczerzyć zaczęły krwiożercze instytucje ZUSem i USem zwane. Owszem, pieniążków było dużo, póki był na nie sezon, ale kiedy ten przeminął, zostały długi i brak perspektyw. ZUS grozi do dziś i, co wiedzą wszystkie dziatki, nie przestanie, póki swego nie wydrze. Dlaczego zostawiłem to, jakże intratne, zajęcie? Well, jak już wspomniałem, fajnie było, ale się skończyło. To powinno wyjaśniać kwestię.

Po kilku miesiącach żenującego bezrobocia, kiedy to z dziecinną beztroską przepierdalałem oszczędności swego życia, by w końcu znaleźć się w totalnej dupie i na granicy depresji, jak anioła głos, odezwał się Agent Tomek. Resztę historii znacie. Niestety nie okazała się ona lekka, miła i przyjemna. Zaczęło się licho i licho się to wszystko skończy. Obecnie jestem na L4, bo nie wytrzymałem atmosfery panującej w korporacji i, ekhm, zachorowałem. Z dobrze poinformowanego źródła wywiadowczego, wiem, że automatycznie po powrocie z chorobowego zostanę zwolniony. Już jutro, choć do odchorowania pozostał mi jeszcze ponad tydzień, firma wysyła do mnie Agenta Tomka, by odebrał z moich lepkich łap narzędzia pracy, takie jak laptop i służbowa komóra. Przykrywką jest tutaj rzekoma aktualizacja softu. Zabawne, zwłaszcza w obliczu faktu, że zarówno ja jak i oni, bardzo dobrze wiemy o co tak naprawdę biega. OK., niech im będzie, niech wypłacą minimum, które mi się należy i spierdalam. Od pierwszego września zaczynam nową pracę. Gdzie? A w telemarketingu, najplugawszym z plugawych. Obiecałem sobie i wszystkim, których to obchodzi, że już nigdy w życiu nie upodlę się podobną robotą. Dlaczego zatem ochoczo przystałem na warunki, które zaproponowano mi w zeszły czwartek? Bo, moi państwo, cenię sobie święty spokój i możliwość przyjścia z pracy, pierdolnięcia się na tapczan, włączenia swojej ulubionej płyty, odpoczęcia, a następnie wyjścia w miasto bez myślenia o tym, jak bardzo będę miał przesrane jutro w biurze! Flota, owszem, mniejsza, jednak wystarczająca, by na parę miesięcy uzyskać poczucie lekkiej stabilizacji, opłacić co trzeba i szukać czegoś nowego. Muszę odzyskać dawny luz.

A co z listonoszostwem? A to, że info z headquaters Poczty Polskiej było jasne: nie ma przyjęć, chyba, że na zastępstwo. A na takie warunki to ja nie reflektuję. Kropka.

Zrobiłem sobie mały maraton z zespołem The Cult. Sonic Temple i Ceremony. Te pierwsze postrubinowskie albumy, które szczególnie wryły się w moją młodzieńczą świadomość, by zostać w niej na zawsze i kierować dalszymi muzycznymi wyborami. Sonic Temple, wielka dźwiękowa epa, superprodukcja niemalże hollywoodzka i 11 perfekcyjnych tracków, będących szczytem tego, co panowie Astbury i Duffy wonczas mogli dokonać. No i Ceremony, the dark side of The Cult. Rozmach podobny do tego z poprzedniej płyty, jednak dużo więcej mroku i mniejsza dbałość o to, by koniecznie urodzić jakiegoś hita. Dla jednych to gorzej, dla drugich lepiej. A ja sam nie wiem. Wszystko zależy od nastroju. Dziś bawimy się na kalifornijskim wybrzeżu, albo rozbijamy się po nowojorskiej mainstreet, a jutro na spalonej słońcem pustyni oddajemy hołd wielkiemu Manitou. Houk!

poniedziałek, 9 sierpnia 2010

9. Malleus Maleficarum wielkiej korporacji

No i stało się! Dziś, jak tylko z mozołem wczołgałem się do biura, zasiadłem do biurka i odpaliłem służbowego laptopa, rzucono mi przed ryj złowieszczą kartkę A4 zawierającą tekst graficznie ułożony w formie podania / wniosku / pozwu. Nie powiem, by zmroził mnie strach, gdyż przybyłem już częściowo uświadomiony. Bladym świtem zadzwonił Agent Tomek, by konspiracyjnym tonem (jakby go kto podsłuchiwał), obwieścić mi, że firma przygotowała kolejny Młot na czarownice. Co prawda był przekonany, że mi to nie grozi, gdyż stażem jestem najmłodszy, jednak srogo się pomylił. Pogrom dopadł i mnie, zdawałoby się, przedstawiciela kasty uprzywilejowanych. Well, w korporacji takich nie ma. Myślicie o wymówieniu? Rozwiązaniu umowy? Zwolnieniu, so called, polubownym za porozumieniem stron? Nie! Jeszcze nie! Jest to na razie przygotowanie do wielkiego exodusu firmowych dup wołowych, dokument będący doskonałym podparciem szykujących się skreśleń z listy. Nikt już nie śmie podnosić głosu, gdyż podpisał mini umowę między nim, a szefostwem, na której wyraźnie napisano ile należy dla firmy zarobić w ciągu najbliższych pięciu dni. Jeśliś na tyle bezczelny i zdesperowany, by domagać się swych człowieczych praw, pomachają ci kartką z twoim własnym autografem, bez przymusu twą ręką naniesionym. Podpisałeś? Podpisałeś! No to prosimy, tutaj są drzwi. Schodami w dół, potem w prawo, przejdzie pan / pani przez bramkę i już. Po sprawie.
Nieładne to, wiadomo. Wiesz to ty, wiem ja i zapewne wiedzą oni. Ale co z tego. Ta firma to tonący okręt, na którym prawa moralne przestają obowiązywać. Jedno jest wiadome, kapitan musi się utrzymać. Reszta, jak zbędny balast, zostanie zrzucona na dno. Women and children first!

Świadomy niepewnej przyszłości, już zacząłem wysyłać cefałki do rozmaitych firm, które poszukują podobnych mi osobników, wykształconych i niezbyt ambitnych, na stanowisko pracownika biurowego. Byle siedzieć na dupie, przebierać w papierkach, klepać w klawiaturę, odbierać telefony i nie dbać o pierdolony plan dzienny. Bo najgorsze jest, gdy musisz oddać swe serce, duszę i energię instytucji, która w żaden sposób nie licuje z twoimi życiowymi pasjami i zamiłowaniami. W przypadku typów takich jak ja, jest to po prostu niemożliwe. Nieważne ile mieczy Euklidesa wisi nade mną, ile noży przystawionych mam do szyi, mój wewnętrzny opór jest jak niezwyciężona armia. Artysta, panie i panowie!

Chociaż zakłuje nieraz zraniona duma, gdy nawiedzi świadomość, że jest się niezmiernie chujowym pracownikiem.

Na Iggy’ego Popa przyszedł czas. Ten to dopiero dorobił się statusu Wielkiego Przewodnika Zbuntowanych. Odświeżyłem sobie jego albumy z lat 1986 do 2000. Mniej więcej od 80’sowo popowego Blah Blah Blah, do korzennego Avenue B, z moim ukochanym Brick By Brick włącznie. Nuty moich wspaniałych, przeszłych dni! Przepiękna symfonia nocnego miasta w Living On The Edge Of The Night, słodziutka, niczym miś haribo, Candy, uroczo dosadny Pussy Power, czy niezmordowanie prawdę niosący Corruption. Aż nie mogę się powstrzymać, by zedrzeć z siebie koszulę i stanąć w otwartym oknie wrzeszcząc:

When you live in Butt Town
You gotta get down
But in Butt Town I'm learnin'
In Butt Town I'm earnin'
In Butt Town I'm turnin'
Into my worst nightmare!

czwartek, 5 sierpnia 2010

8. Powrót Jedi

Opcje są dwie. Albo ze mnie totalna dupa wołowa, albo jestem tak wielkim indywidualistą, artystyczną duszą, freebirdem, że pewnych rzeczy po prostu dobrze nie zrobię. Szczególnie, gdy jest to praca dla wielkiej korporacji, gdzie baty na odsłonięte plery są codziennością. No, po prostu mi nie idzie. Nazwijcie mnie mięczakiem, mówicie do mnie per leserze, wyzywajcie od ciamajd, proszę bardzo! Przyjmę to wszystko na moją kudłatą klatę, bo świadom jestem, że moje dni w firmie są policzone. Omeny mówią, że będzie to miesiąc, najwyżej dwa. A później znów rozpaczliwe szukanie pracy, tłumaczenie wierzycielom, że pieniążki będą jak tylko znajdę robotę… again. Ktoś kiedyś przeklął moją matulę mówiąc, że życie jej syna będzie ciekawe. I jest. Aż zanadto.

Jeśli już odkrywamy wszystkie karty, to przyszedł czas, byście się dowiedzieli, że wasz ukochany bohater był kiedyś listonoszem. Tak, tak! Było to na długo zanim założył garnitur i jął podejmować się zajęć, które stały w sprzeczności z jego charakterem i pragnieniami. Dawno, dawno temu, gdy nie myślał jeszcze o tym, by stanąć w jednym szeregu z wszystkimi tymi picusiami glancusiami w biznesowych uniformach. No cóż, pomyślałem sobie, że się jakoś z nimi zgram, że uda mi się zacisnąć zadek i po prostu robić to co do mnie należy. Nic z tego! Moje ego jest rozbuchane, a wewnętrzny głos donośny jak wrzask, nie przymierzając, banshee, któremu ktoś przydepnął jądro. Nie zagłuszysz go, nawet używając weaponu zwanego zdrowym rozsądkiem.

No, ale do czego zmierzam? Widzicie, bo pomyślałem sobie dnia dzisiejszego, że być może, niezłym pomysłem byłby powrót na stare podwórko. Mógłbym zapukać do znanych mi drzwi urzędu pocztowego (na które, z zapalczywością godną wściekłego katola, plwałem lat temu trzy!), nieśmiało przekroczyć próg biura pani naczelnik i, z pomiętym CV dzierżonym w trzęsących się dłoniach, jak zbity kundel, na ugiętych nogach wsunąć się pod biurko. P-p-p-p-pamięta mnie pani? Wiem, wiem, byłem złym, złym, złym pracownikiem… Ale to było dawno. Teraz będę najlepszy, bo chcę być najlepszy. Miła pani, kierowniczko kochana, widziałem piekło! Ja byłem w piekle! Wszyscy nosiliśmy garnitury, przypięci byliśmy do potężnego kieratu, a nasi przełożeni, przypięci do jeszcze większego, batożyli nas mocniej niż ich szefowie! Utuliłaby mnie wtedy i głaszcząc po mej strapionej głowie rzekłaby: Tak, synku, ta kaźń była ci potrzebna, byś wiedział, co ci przeznaczone!

Serio! Chcę wrócić na pocztę! Niczym syn marnotrawny do swej patrii! Przywdzieję zwykły t-shirt, zwyczajne sportowe obuwie, starte jeansy, na oczy zsunę aviatory, na ramię założę ciężką, czarną torbę i wyjdę w miasto! Do ludzi zwykłych i niezwykłych, do wąsatych gburów, którzy nie odbierają pozwów, dzierlatek otwierających drzwi w samej bieliźnie, uśmiechniętych i zawsze hojnych babulinek, gotowych za każdym razem zostawić doręczycielowi końcóweczkę z renty. No i do tych małych, kwilących piesków! To ciężki job, odpowiedzialny, ale jakże wdzięczny! Mało tego, listonoszy się szanuje! A takiego, o, pieprzonego konsultanta, żebraka w drogich ciuchach, obłożonego gadżetami, tryskającego wątpliwą erudycją, nie! Sam nimi gardzę, co znaczy, że w chwili obecnej gardzę sobą samym! Tak być nie może!

Bryan Ferry śpiewa w tej chwili, że lepiej, bym nauczył się pływać, bo pójdę na dno jak kamień, gdyż czasy się zmieniają. Wiem, numer jest Dylana, ale ze starym dobrym Bobem jest tak, że jego kawałki najlepiej wypadają w cudzych wykonaniach. To Ferry’ego jest najlepsze. O Brianie i Roxy Music jeszcze kiedyś napiszę, dziś jednak pozostaje mi wdać się w polemikę z przekazem piosenki. Czasy się zmieniają, jednak ja nie zamierzam uczyć się pływać w tym śmierdzącym bajorze. Wchodzę do znanego mi jeziora. Wiem, że jest głęboko, a dno nierówne… Ale… No, kurwa, chcę po prostu wrócić do chaty i nie myśleć o robocie. Proste!

P.S. Ale to dopiero za miesiąc/dwa!