poniedziałek, 7 marca 2011

29. Wujek Libertyn poleca.


W porządku, piszę. Nie idzie mi to lekko, bo czasy mamy, jakie mamy i nic mi tego całego twórczego procesu nie ułatwia. Absorbujący internet absorbuje ile wlezie, problemy doczesne zaprzątają umysł, starając się wyprzeć z niego pierwiastek twórczy. Ponadto perfekcjonizm mój, który cholera jedna wie skąd się we mnie pojawił, nie pozwala mi wartko przeć z akcją do przodu, lecz wciąż każe mi wracać do tego, com nakryklał minut temu kilka i poprawiać, zmieniać, kombinować. Nie ma letko, panie majster. Ano, nie ma.

No ale uwziąłem się jak Japończyki w 1945 i tylko jakowaś bomba atomowa będzie w stanie powstrzymać mnie od wykonania planu. A jaki jest ów plan? Cóż, chcę napisać dwie (!) powieści, zainteresować nimi jakiekolwiek wydawnictwo i w razie sukcesu być z siebie dumnym, tudzież czekać na zaszczyty i profity z tego płynące. Takem to sobie wszystko wykoncypował szczenięciem jeszcze będąc i tak to zamierzam wykonać. Nie wolno grzebać żywcem marzeń swego dzieciństwa! Lepiej zobaczyć jak konają ugodzone ostrzem rzeczywistości, by ostatecznie móc się przekonać, że jednak było to trochę za wiele… Mimo wstrętnego cynizmu wylewającego się z poprzedniego zdania, w sukces swój wierze. A, jak mawiają debiutujące dziadki, na początek kariery pisarza nigdy nie jest za późno!

Jako, że tkwię wciąż w stanie bezrobocia (shame on me? No! Shame on this country!), dużo filmów ostatnio oglądam. Przygotowałem specjalnie dla Was małą listę nowości, które powinniście czemprędzej zobaczyć. Zacznijmy może od kina lekkiego, łatwego i przyjemnego, jakim bez wątpienia jest komedia zatytułowana Due Date, a wg naszych błyskotliwych translatorów Zanim odejdą wody. Nie jestem człowiekiem, który komedie pożera tonami, zatem, jeśli coś ma wzbudzić mój poklask, musi być naprawdę dobre. Ten film dobry jest. Brodaty Grubasek o imieniu Zack i nazwisku, którego nie przytoczę, bo jest zbyt trudne, a ja jestem zbyt śpiący, pojawił się już wcześniej w Kac Vegas i grał w sumie podobną rolę. Ale ten film jest dużo lepszy od przereklamowanego Kac Vegas. Przede wszystkim jest tutaj Robert Downey Jr, który gra dokładnie tak samo jak w wielu innych filmach, a jednak dokładnie tak samo jak w wielu innych filmach przyciąga, zachwyca i skutecznie rozśmiesza. Lubię go. Mój człowiek w Hollywood! O fabule pisał nie będę, bo od tego są filmweby i inne portale filmowe. Wspomnę tylko o genialnej scenie ze znokautowaniem upierdliwego bachora (yes, yes, yes!), jaraniem zioła przy wtórze Hey You Kamandy Pinka Fłojda, osobliwym sprawdzianie umiejętności aktorskich w sraczu na stacji benzynowej i psim onanizmie. Może brzmi to mało wyrafinowanie, ale zobaczcie jak zostało wykonane. Rekomenduję!

Sprawdźcie też Fightera, bo to co zrobił tam, słusznie nagrodzony Oscarem, Christian Bale to jest już aktorstwo najwyższego rzędu! Kiedyś działali w ten sposób De Niro i Pacino, dziś są już tylko karykaturami genialnych aktorów, a ich miejsce zajęli chłopcy tacy jak Bale. Choć nie wiem, czy mówienie w liczbie mnogiej ma tutaj jakikolwiek sens. Bale rolą Dickiego podniósł poprzeczkę tak wysoko, że wiele pontonów z uchodźcami przepłynie jeszcze z Kuby do Miami, zanim ktoś mu aktorsko dorówna. Na korzyść Fightera przemawia jeszcze fakt, że ja filmów sportowych nie lubię, a ten zwalił mnie z nóg. Jak piącha w nery, którą Marky Mark Wahlberg zafundował przeciwnikowi. Poza tym historia jest dobra, postaci solidnie zarysowane i perfekcyjnie zagrane, sceny pamiętne (np. wpierdol na ganku domku zajebistej Amy Adams), a muzyka dobrana idealnie (to Here I Go Again Whitesnake’a wyśpiewane przez Dickiego – Bale’a, gdy Micky – Wahlberg wkracza na ring, by spuścić ostateczny wpierdol swemu rywalowi). Klasa!

A co z True Grit z jak zwykle absolutnie doskonałym Jeffem Bridgesem, który aktorsko jest dla mnie czymś w rodzaju gwiazdy rocka? No, mistrzostwo i potwierdzenie porzekadła, że od dobrego Sc-fi lepszy jest tylko dobry western. Tak sprawnego kina kowbojskiego nie widziałem od lat! Od długich lat! Wspomnę jeszcze o Macie Damonie, którego zawsze uważałem za szczyla bez charyzmy, a teraz, kiedy podtatusiał, nabrał ciała, okazuje się godnym kandydatem na nowego boga ekranu. W mojej srebrnej kuli jasno widzę jego przyszłość! Hm, w gruncie rzeczy jest to film braci Cohen, zatem… to było chyba od początku jasne, ze do mnie trafi. Oni są jak dobra, sprawdzona kapela rockowa.

Obejrzyjcie też Winter’s Bone, bo pokazuje Amerykę, której prawdopodobnie nie znacie i się nie spodziewacie. Tam historia również jest świetna, a rola Johna Hawkesa, jako wuja Teardropa, oscarowa. W podobnym klimacie utrzymany jest australijski Animal Kingom. Zero emocji podawanych przed ryj na talerzu, sugestywna historia, wiarygodnie zagrane role i skutecznie wprowadzona w życie idea: damy widzowi wpierdol, długo będzie nas pamiętał, bo my nie bierzemy zakładników!

Oglądajcie, jakem i ja oglądał!

wtorek, 22 lutego 2011

27. Powiedz stary, gdzieś ty był?


Blogi rozmaite i pamiętniki wszelakie, mają to do siebie, że regularność ich uzupełniania jest bardzo umowna. No, chyba, że do czynienia mamy z przypadkiem wyjątkowo sumiennego jegomościa (bądź jegomościówy), który potrafi dzień w dzień, przez lat wiele, zapełniać kolejne kartki scenami z życia swego, bądź rozkminami na tematy bardziej, lub mniej istotne. Wtedy zapiski takie zwiemy diariuszem, co wywodzi się z łacińskiego słowa diarium, a po naszemu, czyli po polskiemu, dziennik. Pisywał je Gombrowicz, Żeromski, Baudelaire, a nawet ten stary rozpustnik Dali. Wiele z nich doczekało się późniejszych wydań drukiem, co automatycznie awansowało je do rangi dzieł literackich.

Blog mój diariuszem nie jest, dlatego oczywistym było, że zdarzy się w końcu dłuższa chwila zastoju. Spowodowało ją kilka czynników, z których nie omieszkam się wytłumaczyć. Może po kolei:

1) Ustawiczne pisanie o ciągłym poszukiwaniu, zdobywaniu i traceniu pracy nawet mnie już znudziło. Powiem krótko – pracowałem, już nie pracuję, pracy szukam. Dodam jeszcze, że tym razem, zgodnie z ideą zesraj się a nie daj się, postanowiłem uderzyć w branże, które najbardziej odpowiadają moim kompetencjom i wykształceniu. Redakcje, rozgłośnie radiowe, wydawnictwa, szykujcie się na nagły napływ nawiedzonych aplikacji od najlepszego gościa, z którym kiedykolwiek mogliście współpracować! I tyle odnośnie pracy.

2) Bywa i tak, że wpada człek w niemoc straszliwą, która niczym wielka, niewidzialna łapa, powstrzymuje go od wykonywania czynności zarówno zbędnych, jak i niezbędnych. Tkwi wtedy nieszczęśnik w straszliwej malignie, z coraz większą rozpaczą rejestrując upływ godzin, dni i tygodni. A sprawy mają to do siebie, że nie lubią czekać i odłożone na bok nawarstwiają się, nabierając często mocy większej niźli miały najsamprzód. Nie lubię rozpaczać. Brzydzę się internetowymi płaczkami, wywalającymi na wierzch swoje bebechy po to tylko, by ktoś pogłaskał ich po główkach i skłamał, że będzie dobrze. To do niczego nie prowadzi i skłania tylko do przedłużania bezczynności i oczekiwania na cud. Cudów nie ma. Wszystko człek obmyśla i realizuje sam – tak było wczoraj, tak jest dziś i tak będzie zawsze.

3) Sprawa fundamentalna – jeśli ci za coś nie płacą, twój imperatyw staje się coraz mniejszy, aż w końcu dochodzisz do wniosku, że skoro terminu nie ma, to możesz sobie pisanie odłożyć na zaś. Blogiem zarabiają tylko tacy mocarze jak Raymi The Minx, a ja nawet nie predestynuję do jej rangi. Z resztą…

4) …i tak czyta mnie kilka osób, z których co najmniej jedną znam osobiście. A tak się akurat składa, że imperatyw czytelniczy w randze ważności plasuje się zaraz za finansowym. Czasem nawet przed.

To tylko cztery powody mojej długiej absencji, te największej wagi. A, z resztą, dlaczego ja się w ogóle tłumaczę? Czyżby dopadła mnie nagła potrzeba samousprawiedliwienia? Nie trzeba długo myśleć, by odpowiedzieć twierdząco. Ten blog jest przede wszystkim ode mnie dla mnie. Jasne, nie oszukujmy się, chętnie sprawiłbym, by gawiedź internetowa tłumnie usiadła przed monitorami swemi i zgłębiać poczęła zawiłe losy moje, ale… Nie potrafię skonstruować bloga, który by się do tego nadawał! Czytając Diamentowego Kota duży procent nudziłby się śmiertelnie, wielu nie wiedziałoby o co kaman, a reszta wkurwiałaby się niezmiernie. Tak to już jest! No, chyba, że stałbym się celebrytą, gwiazdą niewielkiego nawet formatu. Taaak, wtedy zastępy internetowych voyeurów wparowałyby tutaj żądne ochłapów mej prywatności. A takiego! Chociaż… Tomorrow Never Knows, jak śpiewali Beatlesi!

Na dobranoc aplikuje sobie najnowsza płytę duetu The Knife, zatytułowaną Tomorrow, In A Year. Tak dziwny to album, że aż musiałem wygooglować sobie co nieco na jego temat. Dowiedziałem się, że jest to… opera! Cholera! Powiem wam, że obcuję w tej chwili fonicznie z rzeczą dla naprawdę wytrwałych, poszukujących i otwartych. Takiego muzycznego mutanta dawno nie było mi dane słuchać. I aż dziw, że mi się podoba.

Dobranoc!

wtorek, 18 stycznia 2011

26. Wielkie kule ognia


Kiedy już przeżuła i wypluła mnie choroba tak potworna, że przez kilka dni nie potrafiłem ruszyć się z łóżka (pisze to facet, który choruje raz na kilka lat, zatem zrozumcie mój przesadyzm), wrócić musiałem do mojej nudnej, słabo płatnej i zupełnie pozbawionej perspektyw, pracy. Oczywiście tuż przed świętami udało mi się wejść w stan wojny z niezrównoważoną psychicznie ex-nauczycielką, która od początku mojej ‘kariery’ w nowej firmie, swoim chorobliwym gadulstwem, syndromem Alfy i Omegi oraz nieleczonym ADHD, doprowadzała mnie do skrajnej kurwicy. Kiedy ta nieszczęsna i paskudna zarazem istota, nastąpiła mi na odcisk, wymądrzając się na temat mojego wykształcenia i innych rzeczy, o których nie ma zielonego pojęcia (np. moja droga artystyczna), wybuchłem niczym Etna, pochłaniając strumieniami ognia i lawy całą dobrą relację, jaką wydawaliśmy się mieć. Dość udawania, czas stawić czoło prawdzie, która mówi, że to biuro za małe jest na nas dwóch. Jako, że żadne z nas nie zrezygnuje z pracy z powodu jakiegoś tam konfliktu, obiecaliśmy sobie nie odzywać się do siebie pod groźbą śmierci. No tak, wyszło szydło z worka i musi nastąpić poprawka: ja, z furią dziką, nakazałem tej ropusze odwrócić się, nie patrzeć na mnie, nie komentować mych słów i nie zwracać się do mnie pod żadnym pozorem. Nawet jeśli w moją stronę leciałyby wielkie kule ognia, a ja nie zdawałbym sobie z tego sprawy!

No cóż, w 60% pomogło, ale wciąż pozostaje 40%, na które składa się sama jej obecność wzmocniona przez kwestie, które wygłasza i zachowania, którymi doprowadza mnie do obłędu. Z tego właśnie tytułu, naszła mnie dziś ciekawa refleksja, że seryjni mordercy, czerpiący dziką radość w zadawaniu bólu i finalnie, śmierci, nie biorą się ze spieprzonego dzieciństwa, złego dotyku i innych dramatycznych wydarzeń przeszłości swej. Nie, moi kochani, ich rodzi bycie skazanym na towarzystwo osób, które wyzwalają w nich gniew tak ogromny, że jedynym jego ujściem okazuje się mord, zniszczenie i totalne gore!

Wyjdźmy jednak z tego cholernego biura i rozgośćmy się w moim skromnym pokoiku. Zasiadam na fotelu, zakładam nogę na nogę, uśmiecham się czarująco i z radością ogłaszam, że wszelakie frustracje związane z brakiem weny jakoś tak wyparowały. Wygląda na to, że wziąłem sobie urlop od twórczego myślenia. Nie komponuję muzyki i nie piszę powieści, które nie potrafią dobrnąć do swego upragnionego zakończenia. Teraz konsumuję. Oglądam dziesiątki filmów, słucham setek płyt, czytam książkę za książką. Wiem, że dołostany związane z brakiem twórczej produktywności wkrótce wrócą, ale na razie nie dbam o to. Teraz po prostu żrę, wpierdalam sztukę, bekając głośno i nie wydalając przy tym żadnych produktów przemiany materii literackiej, czy muzycznej. Zbieram to wszystko w sobie, kumuluję. I jak się to wszystko, proszę państwa, nagromadzi, jak pierdolnie to, być może, przeczytacie o mnie w którejś z gazet. Czego sobie życzę.

Pozdrawiam. A o muzyce będzie następnym razem.