wtorek, 28 grudnia 2010

25. Chatka Asha Williamsa* i jęzor Gene'a Simmonsa


Postanowiłem nie pisać jednak o pracy. Są tego dwa powody – pierwszy taki, że na razie jest mi dobrze i nie ma na co narzekać (czyli zanudziłbym Was na śmierć), a drugi taki, że jakiekolwiek roztrząsanie sprawy nieuchronnie doprowadziłoby do głębszych rozmyślań, które z kolei mogłyby skłonić mnie ku smutnej konkluzji, że suma sumarum, jest do dupy. O robocie, zatem znów nie będzie. Dla mojego i waszego, kochani moi, dobra. No bo ileż można czytać o zawodowych perypetiach życiowego niedorajdy?

W święta przeciągnięto mnie przez góry. Zamiast leżeć z wywalonym brzuchem i ładować w siebie tony żarcia, ja obarczony ciężkim plecakiem, klatką z kalekim kotem i tobołami z żywnością, parłem pod górę, by dotrzeć do górskiego domku mojej lejdi. Klimat rodem z Evil Dead, brakowało tylko Necronomiconu w piwnicy, kilku obrzydliwych demonów pod schodami i piły łańcuchowej w miejscu graby. Mogłaby być niezła impreza. Mimo absencji gości z piekła, to były dobre święta, choć poświęcić musiałem moje ulubione dżinsy. Zrozumcie mnie, miasto nie daje zbyt wielu okazji, by praktykować wspinaczkę w warunkach ekstremalnych. Tym bardziej nie z 30stoma kilogramami na plerach, tłustym kocurem w klatce i toną wiktuałów w łapie. Dlatego własnie poległem jak ostatnia dupa wołowa, pośliznąwszy się na niesympatycznym koktajlu śniegu i błota. Piękna Pani rzekła, iż dziura powstała na lewym kolanie dodała gaciom charakteru i generalnie jest sexy, ale... Nie tak to sobie zaplanowałem. Nie myślcie jednak, ze taki szczegół zepsuł mi wypad. Nic podobnego! Klimat rąbania drewna i ciągłego dorzucania do ognia, by w kominku nie przestało się palić, jest nie do przecenienia. Mówię poważnie. Jeśli dodać do tego nocne seanse z prawdziwym projektorem i rozkładanym ekranem, wychodzi zestaw wręcz wymarzony. Mimo wszystko Jason nie przyszedł w gościnę. Necronomiconu, jak już wspomniałem także nie udało się znaleźć.

Obiecałem opowiedzieć trochę więcej o muzyce mojego życia, a konkretniej o płytach, które w jakiś sposób spowodowały, żem człek taki a nie inny. No to może zróbmy inaczej i przesuńmy wajchę w naszym wehikule czasu nieco bardziej wstecz. Bo przecież jakoś się to wszystko zacząć musiało, prawda? Każda choroba ma swe źródło, tak jak każda noc ma swój świt, tak jak każdy kowboj śpiewa swa smutną, smutną piosenkę...**

Najsampierw byli starzy i ich winyle. Najważniejszy jednak był ten jeden, jedyny: Electric Light OrchestraOle Elo (Special Programming Aid. For D.J. Use Only. Not For Sale. Limited Edition, 1976 United Artists Music And Records Group, Inc. / Jet Records). Składanka największych przebojów Elo z lat 1972 – 1976. Płyta złota, półprzezroczysta. Piękna. Była dumą mego ojca w czasach jego młodości i zapewne byłaby do dziś, gdyby jeszcze przykładał do tego jakąkolwiek wagę (ostatnio nawet bredził cos o jej sprzedaży, ale szybko wybiłem mu to z głowy). Na obrazku zdobiącym przednią stronę koperty, pięć zgrabnych pań (ubranych ściśle wedle obowiązujących wówczas standardów seksowności) zasłania swe, zapewne piękne, twarze okładkami pięciu płyt, z których dokonano wyboru utworów. Tyle jeśli chodzi o warstwę wizualną. A jak się to wszystko miało do mego jestestwa? No cóż, wcześnie przyszło mi poznać uroki art rocka i glamu wczesnych lat 70tych. Hiciory wryły się w mózg i zapewne to one wyrobiły we mnie tę szczególną wrażliwość, która później uczyniła mnie die hard fanem Queen i wielkim entuzjastą The Beatles, Roxy Music etc. Zamiast utonąć w nijakości, bądź pogrążyć się w ekstremie, pozostałem przy melodiach, przepychu iu krystalicznych produkcjach,. Nieważne, czy mówimy tu o glam rocku, prog rocku, pop rocku, czy metalu. Zasada to zasada.

Niedługo później ojczulek przyniósł do domu straszliwy album zwany KISS Lick It Up, (1983, Casablanca Records). Czwórka cwaniaków na okładce, w tym robiący nieprzyjemne wrażenie Gene Simmons z obowiązkowo wywalonym na wierzch jęzorem. To zabawne, że poznawałem Kiss jako zespół występujący bez makijaży rodem z teatru kabuki. Z drugiej jednak strony, nie ma się czemu dziwić, zważywszy na to, że album ten pojawił się w moim domu około roku 1987, czyli w czasach kiedy ten uroczy band definitywnie pozbył się swego słynnego imidżu. Nie pamiętam, by ta płyta była puszczana w moim domu przed tym, kiedy sam odkryłem ją, będąc już uczniem szkoły podstawowej. Być może dla moich rodziców była ona zbyt ostra. W gruncie rzeczy, cały ten amerykański hard rock, który tak bardzo pokochałem będąc licealistą, nie cieszył się nigdy nad Wisłą zbyt wielką popularnością. Moi rodzice nie stanowili tutaj wyjątku. Zapewne była to dla nich ciekawostka z Ameryki. Wiecie czym wówczas były dla nas te trzy litery U.S.A.. Wolność, swoboda, Mekdonald, Kokakola i Lakistrajki. Kiedy pierwszy raz, ze szczeniackiej ciekawości, włożyłem Lick It Up do ojcowskiej Unitry, muzyka na nim zawarta nie spodobała mi się. Zbyt intensywna, zbyt ostra. Nie to co ELO. Pamiętam jak w pokoju starych, kiedy zostawałem sam (od małego byłem pieprzonym samotnikiem) czytałem groszowe horrory Guya N. Smitha (crapowe czytadła pokroju Szatańskiego pierwiosnka), a w tle rozbrzmiewały Exciter, Not For The Innocent, A Milion To One itd… I starałem się te dźwięki zrozumieć. Naprawdę wiedziałem, jakiś czort szeptał mi do ucha, że lada dzień przyjdzie czas, kiedy do tego dorosnę. Odkrywałem nowe lądy, nawet jeśli wtedy jeszcze nie wydawały mi się przyjazne. Nie byłem gotowy. Ale jeszcze jedna rzecz, oprócz jęzora Simmonsa, wryła się mocno w moja pamięć – potężne brzmienie. Ta płyta naprawdę dawała pieruńskiego kopa. Recenzenckie zboczenie nie pozwala mi darować sobie uwagi, że kompaktowa wersja tego albumu to tylko namiastka tej prawdziwej, wypływającej z samych czeluści Tartaru, mocy. Cyfrowe spłaszczenie nie podziałało in plus. Dlatego do dziś kocham słuchać Lick It Up ze zdartej czarnej płyty. Tak, bo zdążyłem ją zajechać jak starą ladacznicę. Warto dodać, że teraz uważam ją za opus magnum twórczości Kiss. I tutaj mały melodramat, zatem wyciągnijcie chusteczki: Wiele lat później, bo w 2001 roku, zerwała ze mną dziewczyna. Była to taka pierwsza, tak zwana poważna miłość, która nie polegała tylko i wyłącznie na trzymaniu się za rączkę, robieniu słodkich oczek i dukaniu słów, które ponoć powinno się wydukać. To były pierwsze doświadczenia seksualne na dywanie przy gramofonie, pierwsze przedstawiania rodzicom, pierwsze wielkie plany. Ile to trwało! Byłem z nią prawie dwa lata, od końca pierwszej klasy liceum, do końca trzeciej. Kawał czasu. Zwłaszcza wtedy, gdy wszystko dzieje się tak szybko. No i nastąpił breakup. Normalna sprawa. Dzieciakom się wydaje, że się kochają, później się nienawidzą, a następnie dorastają i wszystko co było staje się zabawną anegdotą ze szczeniackich lat. W każdym razie płyta Lick It Up okazała się najlepszym lekarstwem na gówniarskie łzy. Szczególnie puszczana głośno.

Ok, dość, spać. Gawędziarze mogą tak w nieskończoność...

_________________________________________________________________________________

* główny bohater horroru Evil Dead, popełnionego w 1981 roku przez niejakiego Sama Raimiego (ten od Spider Mana i Drag Me To Hell).
** cytat z utworu Every Rose Has Its Thorn zespołu Poison z płyty Open Up And Say Ahhh (1988 r.)

wtorek, 21 grudnia 2010

23. Nostalgia Metala.


Jak przystało na starego metala celebrującego swą wieczorną samotność, siedzę przy kawie gruntowej i słucham starych płyt Judas Priest. Na scenę wkraczają sentymenty i wspomnienia z lat, kiedy o nic nie trzeba było się martwić, gdyż chronił nas immunitet szczeniacko - uczniowski, cały ciężar i znój żywota spoczywał na głowach naszych rodziców, a my spędzaliśmy popołudnia włócząc się ze słuchawkami na uszach i do czerwoności podniecając każdym nowym muzycznym odkryciem. Nie było empetrójek, pecety nie były jeszcze tak powszechne jak dziś, a na Internet chodziliśmy do zatłoczonych kafejek, gdzie buliliśmy trzy zeta za godzinę rozkoszy czatowania (pierwsze netowe podrywy, ladies and gentlemen!) i odwiedzania sajtów naszych muzycznych idoli. Następnego dnia biegliśmy do sklepów muzycznych (tych prawdziwych, po których dziś, w czasach Media Marktów i innych Saturnów, jedynie mgliste wspomnienie pozostało) i wydawaliśmy całe nasze kieszonkowe na nowiutką płytę CD. Nic się nie mogło równać temu świętu. Nic prócz bzyknięcia pięknej koleżanki z liceum w jej mieszkaniu, pod nieobecność starych. A nawet ulotna przyjemność nastoletniego seksu była dla nas niczym wobec rozdziewiczenia świeżo zakupionego srebrnego krążka, nabożnego przeglądania książeczki (tak, by nie popalcować karteczek) i pierwszego odsłuchiwania. Pamiętam, że premiera Metal Works Judas Priest, najlepszego greatesthitsa jaki można sobie wyobrazić, była jak odpalenie rakiety międzygalaktycznej w moim pokoju! 160 minut, 2 płyty CD i mój świat nigdy już nie miał być taki sam! I za miesiąc po następną płytę, której pierwsze odsłuchanie miało być kolejnym odkryciem. Bo, moi kochani, nie było opcji uprzedniego zapoznania się z materiałem online!

Nie wiem czy te wspominki to efekt mojego powolnego dziadzienia, ale tęsknię za tamtym czasem. Tęsknię za dniami, kiedy o muzyce dowiadywałem się z prasy, od Kaczkowskiego, albo od starszych braci kumpli z klasy. Wiem, że wdepnę w banał jak w parujący krowi placek, ale powiem Wam, że była w tym najprawdziwsza magia. Dziś już nie mam tego mojego pierwszego wydania Metal Works, bo ktoś się nie bał i zajebał. Mam za to Number Of The Beast Iron Maiden, No More Tears Ozzy’ego, Psycho Circus Kiss, 1987 Whitesnake, Perfect Strangers Deep Purple, All The World’s A Stage Rush, Sabbath Bloody Sabbath Black Sabbath, Rise And Fall Of Ziggy Stardust And The Spiders From Mars Davida Bowiego, 1916 Motorhead, Queen II Queen, Holy Diver Dio, Boy U2, czy arcyważną Stained Class Judas Priest. To są płyty, na które odkładałem grosik do grosika kiedym szczenięciem był. To są płyty, które do końca ukształtowały moje muzyczne gusta i uczyniły człowiekiem jakim jestem do dziś! Nawet jeśli teraz moje półki uginają się od srebrnych krążków, to wymienione tytuły mają dla mnie wartość największą. Każdy z nich niesie z sobą konkretną historię z czasów, w które, gdybym mógł, chciałbym wrócić. O każdym mógłbym napisać osobny rozdział. Chcecie? Mogę, bom człek zdolny i do wynurzeń skłonny. Później moglibyście zapytać o prehistorię, czyli czas kaset. Owszem, tych również się nie pozbyłem… Ale to już naprawdę temat na zupełnie inne opowieści. Dajcie znać, a sypnę nimi jak rasowy storyteller.
Cholera, jakiś pusty teraz ten świat i emocji pozbawiony, kiedy wszystko jest na wyciągnięcie ręki, a informacje i pliki zalewają nas z każdej strony. Brak tego dreszczyku, tego orgazmu odkrywania, brak tej jakości…

Ok., let’s get back to reality.

Powieki ciężkie, a brzuch pełny, bo nażarłem się czekolady, która jakimś cudem znalazła się dziś na moim biurku. Pewnie powodem były upcoming święta. Obiecałem sobie, że rzucę wszelakie cholerstwo, które o lustrzycę może mnie przyprawić, ale jakoś nie mogłem się oprzeć. Jak widać, słabyś człecze wobec pokus świata tego.

Na jutro obowiązkowo koszulka Iron Maiden, wąskie streczujące jeansy, sportowe obuwie i nieodzowna ramoneska!

P.S. A o robocie opowiem next time, bo jest co opowiadać!

wtorek, 7 grudnia 2010

22. Upór Fawcetta.


- No to którędy idziemy? – zapytałem pewnego pochmurnego listopadowego popołudnia dawno niewidzianą znajomą, którą zupełnie przypadkowo spotkałem w jednym z najbardziej przygnębiających miejsc we wszechświecie.
- Obojętnie – odparła z szelmowskim uśmiechem – Bezrobotni mogą iść gdziekolwiek.
I tak narzekając na cały ten świat i sposób, w jaki został ułożony, ruszyliśmy w stronę przystanku autobusowego. Za nami powoli malała ponura sylwetka szarego gmaszyska zwanego Powiatowym Urzędem Pracy.
Nie wiem co teraz słychać u mojej zabawnej koleżanki, bośmy się tymi środkami komunikacji miejskiej porozjeżdżali na amen, każdy w swoją stronę i tak już zostało, jednak ja pracę znalazłem. Jednak i znów. Na jak długo? Tego nie wie nikt, jednakowoż wobec faktu, iż jest to znów robota polegająca na ciągłej sprzedaży, może się to ponownie okazać żałosnym epizodem mej kariery handlowca, która jest jak najprawdziwsze przekleństwo.
Żeby jednak zakończyć na jakiś czas te mroczne rozważania, które wykrzywiają mój obraz w waszych oczach, czyniąc ze mnie marudnego grzyba o samobójczych zapędach, nadmienię, iż tym razem opychał będę coś dużego. DUŻEGO. Coś o czym na razie pisać się nie odważę, aczkolwiek od razu rozwiewam wszelakie wątpliwości – nie będzie to broń atomowa, ani jakakolwiek inna. Żywy towar toże, bo proceder to podły i takoż ryzykowny. Nie będą to także figurki Jezusa Chrystusa Świebodzińskiego w skali 1 : 1. Przyjdzie czas, że MOŻE powiem. W każdym razie rzecz jest na czasie. Bardziej nawet niż Swiebodian Christ.
No cóż, albo mi się uda, albo nie, jak to błyskotliwie, na dwoje babka wywróżyła. Pażiwiom uwidim, jak dodał kacap. W każdym razie, nie omieszkam się pochwalić, żebyście doświadczyli prawdziwej radości ze strony Libertyna, którego uśmiech, wierzcie mi na słowo, nie zawsze jest tylko i wyłącznie cynicznym grymasem.

A jak atmosfera w nowym biurze? Ano, mocno okej. Przede wszystkim jest ładnie, schludnie i pachnąco, co jak zdążyłem zauważyć, nie jest u nas zwyczajem. Być może to dlatego, że firma zainstalowała się w tym uroczym miasteczku (sąsiadującym z moim) dopiero kilka miesięcy temu i nie zdążyła jeszcze zajść grzybem, duchotą i potem spod pach. Bodaj by nie zaszła.
Towarzystwo całkiem przyjemne. Generalnie same baby, toteż czasem gwar, że chciałoby się linijką w stół zajebać, czasem powiew infantylizmu najczystszej próby, który wyzwala we mnie przyjemne napływy szowinizmu. Choć zgrozę budzi fakt, że aż trzy osoby z, nie aż tak licznego, teamu mają wyższe wykształcenie, a jedna nawet przez osiem lat uczyła w szkole. No cóż, powinienem był się przyzwyczaić. Nie tylko ze mnie taka dupa wołowa, która nawet nie minęła się z powołaniem, ale po prostu nie miała cienia szansy go zrealizować.

Wszystkie te początkowe dni sponsorowane są przez słowo „Zobaczymy”, dlatego spinam pośladki i prę do przodu jak Percy Harrison Fawcett przez dżunglę amazońską.

A Fawcett parł uparcie, nie bacząc na to, że w rodzimej Anglii czekały go wygody dżentelmeńskiego życia u boku tak pięknej jak młodej żony i uroczych dziatek. Chciał pełnego wyzwań życia eksploratora terenów nietkniętych do tej pory (czyli do początku i pierwszej połowy XX wieku) ludzką stopą. Był prawdziwą gwiazdą ówczesnych mediów, odkrywcą źródeł rzek, twórcą południowoamerykańskich granic, cyborgiem, którego choroby się nie imały, egoistą, despotą i najprawdziwszym, szlachetnym, oldschoolowym badassem. Przysiągł sobie i całemu światu, że prędzej go piekło pochłonie, niż wróci bez mapy prowadzącej wprost do legendarnego złotego miasta. No i go pochłonęło. Przepadł nasz bohater bez wieści, a zaraz po nim całe rzesze copycatów, którzy wiedzeni wizją sławy i chwały ruszyli mu na ratunek.
A wszystko to porywająco opisał pan David Grann w książce Zaginione miasto Z. Czytajcie zanim nakręcą film! Prace już ruszyły i sam Brad Pitt się na ekranie pojawi (ot i cały sekret uśmiechniętej, brodatej mordy hollywoodzkiego amanta, która jaśnieje na początku wpisu).

W słuchawkach: Billy Joel – cała dyskografia. Mam słabość do tych ekscentrycznych artystów – fortepianistów.

P.S. Wiecie co to Candiru? Nie? Google -> search -> włala! Wysokie miejsce na liście najbardziej nikczemnych skurwysyństw Ziemi, tej Ziemi, zajęte!