środa, 17 listopada 2010

21. Same Ol' Shit...


Przeczytałem w poniedziałkowej Wyborczej ile to Kominek zarabia za prowadzenie swojego bloga i jakie rozmaite profity z tego czerpie. Te wyjazdy, rauty, spotkania z władcami wszechświata itd. No, istny celebryta blogowy! Wyjaśnijmy sobie od razu pewną istotną sprawę: nie ma we mnie ani grama złych intencji. Owszem, zazdroszczę kolesiowi sławy i korzyści wynikających z tak błahej i prostej sprawy jak bloggerstwo. Ale to taka lekka, nie destrukcyjna zazdrość. Też bym chciał, żeby czytały mnie dziesiątki tysięcy, tysiące komentowały, a firmy proponowały odpłatne umieszczanie swoich reklam. Nigdy nie bałem się komercji. No, bo kochani moi, jeśli piszesz co tam sobie chcesz i jeszcze pieniążki za to kasujesz, płakać nie możesz. Nawet jeśli weny zabraknie. Tymczasem mnie odwiedza garstka przypadkowych internetowych przechodniów, a i oni nie kwapią się, by wstawić jakikolwiek komentarz. No offence, moi kochani, wiem jak jest. Zero promocji, brak mojej aktywności na innych blogach, czego się zatem spodziewam? Tak bardzo zapaliłem się do utrzymania tego miejsca w tajemnicy przed tymi, którzy mogliby odkryć moją tożsamość, że aż ukryłem je głęboko, poza polem widzenia osób, których obawiać się nie powinienem. Choć tak, po prawdzie, kogóż ja mam się lękać? Czy ta moja fobia przed totalną utratą prywatności w dzisiejszym świecie informacji, nie powoduje, że powoli staję się freakiem z gatunku thetruthisoutthere? Możliwe. Jednak wciąż piszę, wciąż publikuje, wciąż można mnie spotkać na jednym, czy dwóch portalach społecznościowych. Zobaczymy jak długo. Bo, jak mawiał Thoreau: Jak się wkurwię to spakuję manatki i opuszczę wasz świat postępu technologicznego, kredytów, banków, długów i sztucznych relacji międzyludzkich. Zaszyję się w leśnym domku i pocałujcie mnie wszyscy w dupę. Tak też stary Henry uczynił, co dało mu swobodę twórczego wyrażenia swoich idei w dziele zatytułowanym Walden. No, ale to temat na osobny wykład… A może ten właśnie…. Oj, dajcie spokój, nie chce mi się mędrkować na temat literatury. Zbyt wiele jej w moim życiu, a zbyt mało z tego wynika.

I, żeby tradycji stało się zadość, poinformować muszę, że znów nie mam pracy. Owszem, zdarzyło mi się zahaczyć o takie, czy śmakie biuro, ale w żadnym nie zagrzałem dłużej niż trzy dni. Dlaczego? No cóż, prawda jest taka, ze coraz więcej we mnie buntu wobec tego, co na rynku pracy się odbywa. Wiem, że w mojej obecnej sytuacji finansowej, a także bacząc na moje długi, nie powinienem kręcić nosem, jednak… No, do chuja miłego, ileż można tyrać w telemarketingu mając świadomość, że jest się predysponowanym do celów wyższych? I nie chodzi tutaj o samą godność osobistą, choć może przede wszystkim, ale także o reguły jakie obecnie panują. Ja po prostu nie będę zapierdalał jak studencik, bez umowy, z coraz bardziej przedłużającym się tzw. okresem próbnym. Co to ma, kurwa znaczyć? Dlaczego mam siedzieć i przez tydzień tyrać za free? Dlaczego w ogóle mam cokolwiek sprzedawać? Dlaczego przez telefon? Dlaczego moje wykształcenie nie gwarantuje mi żadnej konkretnej roboty?

Drugą stroną medalu są agencje finansowe, które się o mnie zabijają, bo kiedyś tam miałem znaczący epizod w, so called, bankowości. A finansista ze mnie jak z koziej dupy saksofon altowy.

No to, zwyczajowo, poprzynudzałem o robocie. Wybaczcie mi. Jako odtrutkę proponuję arcyciekawy esej dotyczący jednego songu Bruce’a Springsteena. Śmiało, zaglądajcie i czytajcie, bo mój amerykański kolega NAPRAWDĘ miał cos do powiedzenia:

http://joeposnanski.blogspot.com/2010/11/promise.html?spref=tw

czwartek, 4 listopada 2010

20. Jezu Chryste!


Miało być o mojej babci i kuzynce (nie, nie „a zarazem”), gdyż wyrodny wnuk i kuzyn (przypominam, że nie „a zarazem”), znalazł trochę czasu i odwiedził domostwo last survivorów ze swej najbliższej rodziny. Po raz pierwszy od ponad pół roku! Miało być o tym, jakie w familii zaszły zmiany, jak się sprawy od lat w gniazdku układały i jaki jest nowy babciny bzik. Ale nie będzie.
Olałem ten temat zorientowawszy się, że mnie poniosło i zapisuję drugą kartkę A4, tworząc rzecz w swej szczerości wręcz pornograficzną, a do konkluzji dalej niż do laicyzacji kraju nadwiślańskiego. Kto wie, pomyślałem sobie, może pewnego dnia powstanie z tego wstrząsająca powieść o jednej ze śląskich rodzin, jej wzlotach, upadkach, etc. Takie rzeczy zawsze dobrze się sprzedawały, bo ludzie lubią zaglądać przez dziurkę do klucza, by podejrzeć życie prywatne sąsiadów, a w razie dostrzeżenia problemu, bądź patologii jakowejś, mieć perwersyjną świadomość, że są tacy, którym czasem jest gorzej. A zatem może coś z tego powstać w przyszłości dalszej. A może i nie.

W każdym razie sprawę rodzinną olałem i przyjdzie wam znów czytać o tym, jak trudna jest moja sytuacja zawodowa, że wysyłam setki CV, a odzywają się wyłącznie nędzne doradztwa finansowe i plugawy telemarketing. No okej, uznajmy zatem, że mamy to już za sobą.

Jadę dziś pociągiem z kolejnej rozmowy kwalifikacyjnej [sic!], czytam dzisiejszą gazetę i doznaję gwałtownego szoku, po którym przychodzi nieprzyjemny miks niedowierzania, zniesmaczenia, gniewu i wstydu. Sami przyznajcie, że niefajne to uczucia. W prasie najświeższej, na szczęście nie bez przekąsu, piszą, że w mieścinie Świebodzinem zwanej (w życiu nie byłem), postawili Jezukrysta większego niż ten, co pyszni się na szczycie Corcovado w Rio!!! I taki szlag mnie trafia, co to od głowy, przez przełyk do trzewi spada, niczym głaz rzucony w otchłań. Ciągnie mnie w dół i flaki wypruwa. Bo jakże nasz kraj ma się rozwinąć i zyskać miano poważnego, cywilizowanego członka nowoczesnej Europy, kiedy na drodze stają mu takie oto pomniki zacofania, umysłowego wsteczniactwa, zabobonu i… złego smaku? Nie wystarczył olbrzymi, metalowy krojc szpecący Giewont? Kiedy jeszcze zobaczyłem zdjęcie naszego nowego dowodu na to, jakimi żarliwymi katolikami jesteśmy (żeby ktoś czasem nie pomyślał, że w Polsce panuje ekumenizm! Nie mówiąc już nawet o obecności ateistów), to już całkiem czarno mi się przed oczami zrobiło i jąłem sobie zadawać pytanie, gdzie ja kurwa jestem? I kiedy? Moi kochanieńcy, XXI wiek, Matrix, rakiety w przestrzeni kosmicznej, Internet hula w najlepsze, kino 3D, naukowcy odpowiadają na zagadki, które jeszcze kilka lat temu wydawały się nie do ogarnięcia, a u nas, w samym sercu Europy postawiono potężną, jarmarczną postać Dżizasa w obrzydliwej złotej koronie. Wiecie, z gatunku tych, które na odpustach zakupić można. Że niby król Polski. Ileż w tym pychy, złego gustu i (tak, tak, szanowni katole) pogaństwa! Chwilowo zbyt roztrzęsiony jestem, by dochodzić do jakichś celnych wniosków, podzielę się zatem obawami. Bo, moi szanowni czytelnicy, co będzie następne? Wielki trójkąt z okiem pośrodku na szczycie Babiej Góry? A może Maryja always dziewica z dzieciątkiem, wyłaniająca się z Morskiego Oka? Co ja w ogóle piszę? Być może właśnie podsuwam wuchtę kolejnych genialnych pomysłów naszym wspaniałym katolickim performerom!

Aż mnie naszło na szczyptę Satanizmu. Włączę sobie… ekhm… Deep Purple. Ponoć byli kiedyś na jakiejś tam czarnej liście, jakiegoś tam człowieczka skrzywdzonego przez wieki zakodowanego kościelnego debilizmu.

So, let’s go space truckin! Bo tu się wytrzymać nie da!