
Przeczytałem w poniedziałkowej Wyborczej ile to Kominek zarabia za prowadzenie swojego bloga i jakie rozmaite profity z tego czerpie. Te wyjazdy, rauty, spotkania z władcami wszechświata itd. No, istny celebryta blogowy! Wyjaśnijmy sobie od razu pewną istotną sprawę: nie ma we mnie ani grama złych intencji. Owszem, zazdroszczę kolesiowi sławy i korzyści wynikających z tak błahej i prostej sprawy jak bloggerstwo. Ale to taka lekka, nie destrukcyjna zazdrość. Też bym chciał, żeby czytały mnie dziesiątki tysięcy, tysiące komentowały, a firmy proponowały odpłatne umieszczanie swoich reklam. Nigdy nie bałem się komercji. No, bo kochani moi, jeśli piszesz co tam sobie chcesz i jeszcze pieniążki za to kasujesz, płakać nie możesz. Nawet jeśli weny zabraknie. Tymczasem mnie odwiedza garstka przypadkowych internetowych przechodniów, a i oni nie kwapią się, by wstawić jakikolwiek komentarz. No offence, moi kochani, wiem jak jest. Zero promocji, brak mojej aktywności na innych blogach, czego się zatem spodziewam? Tak bardzo zapaliłem się do utrzymania tego miejsca w tajemnicy przed tymi, którzy mogliby odkryć moją tożsamość, że aż ukryłem je głęboko, poza polem widzenia osób, których obawiać się nie powinienem. Choć tak, po prawdzie, kogóż ja mam się lękać? Czy ta moja fobia przed totalną utratą prywatności w dzisiejszym świecie informacji, nie powoduje, że powoli staję się freakiem z gatunku thetruthisoutthere? Możliwe. Jednak wciąż piszę, wciąż publikuje, wciąż można mnie spotkać na jednym, czy dwóch portalach społecznościowych. Zobaczymy jak długo. Bo, jak mawiał Thoreau: Jak się wkurwię to spakuję manatki i opuszczę wasz świat postępu technologicznego, kredytów, banków, długów i sztucznych relacji międzyludzkich. Zaszyję się w leśnym domku i pocałujcie mnie wszyscy w dupę. Tak też stary Henry uczynił, co dało mu swobodę twórczego wyrażenia swoich idei w dziele zatytułowanym Walden. No, ale to temat na osobny wykład… A może ten właśnie…. Oj, dajcie spokój, nie chce mi się mędrkować na temat literatury. Zbyt wiele jej w moim życiu, a zbyt mało z tego wynika.
I, żeby tradycji stało się zadość, poinformować muszę, że znów nie mam pracy. Owszem, zdarzyło mi się zahaczyć o takie, czy śmakie biuro, ale w żadnym nie zagrzałem dłużej niż trzy dni. Dlaczego? No cóż, prawda jest taka, ze coraz więcej we mnie buntu wobec tego, co na rynku pracy się odbywa. Wiem, że w mojej obecnej sytuacji finansowej, a także bacząc na moje długi, nie powinienem kręcić nosem, jednak… No, do chuja miłego, ileż można tyrać w telemarketingu mając świadomość, że jest się predysponowanym do celów wyższych? I nie chodzi tutaj o samą godność osobistą, choć może przede wszystkim, ale także o reguły jakie obecnie panują. Ja po prostu nie będę zapierdalał jak studencik, bez umowy, z coraz bardziej przedłużającym się tzw. okresem próbnym. Co to ma, kurwa znaczyć? Dlaczego mam siedzieć i przez tydzień tyrać za free? Dlaczego w ogóle mam cokolwiek sprzedawać? Dlaczego przez telefon? Dlaczego moje wykształcenie nie gwarantuje mi żadnej konkretnej roboty?
Drugą stroną medalu są agencje finansowe, które się o mnie zabijają, bo kiedyś tam miałem znaczący epizod w, so called, bankowości. A finansista ze mnie jak z koziej dupy saksofon altowy.
No to, zwyczajowo, poprzynudzałem o robocie. Wybaczcie mi. Jako odtrutkę proponuję arcyciekawy esej dotyczący jednego songu Bruce’a Springsteena. Śmiało, zaglądajcie i czytajcie, bo mój amerykański kolega NAPRAWDĘ miał cos do powiedzenia:
http://joeposnanski.blogspot.com/2010/11/promise.html?spref=tw

