czwartek, 14 października 2010

19. Jak jedno na drugie wpływa i inne rozkminy.


Na tym świecie szczęśliwym może nazwać się tylko człowiek intelektualnie mały, taki, któremu do życia wystarczy jeno praca, żarcie i sen, rzekła matka dzisiejszego poranka. Jak bardzo kontrowersyjny ten osąd by nie był, trudno mi się z nim nie zgodzić. Bez kosmicznych planów, aspiracji i egzystencjonalnych rozkmin życie płynie, cytując bohatera Zagubionej autostrady, jak gówno z kaczej dupy. Bez chęci wybicia się ponad motłoch, nie idziesz przez ten świat, lecz wiozą cię na taśmie fabrycznej. Tam gdzie chcą, bo twój wybór nie istnieje. Nie chodzi o to, że go odrzuciłeś – ty nawet nie wpadłeś na pomysł, by go mieć! No ale jesteś szczęśliwy, choć przecież gdybym cię o to zapytał, zaprzeczałbyś głośno i zapalczywie. I teraz powstaje pytanie, czy lepiej miotać się jak zagubiona artystyczna dusza w wiecznej niepewności i trwodze, czy poddać się, złożyć broń i dołączyć do tych, co od kreski do kreski, od pierwszego do pierwszego, ale zawsze w terminie, zawsze bez zaskoczeń, zawsze ze wszystkim po klei… Ja już nie wiem. Naprawdę, straciłem gdzieś tę butę i coraz trudniej mi jebnąć pięścią w stół i twardo stać przy swoich zasadach.

Z tej pracy, w której miałem przekimać przez najbliższych kilka miesięcy, aż nie znalazłbym czegoś lepszego, wywalili mnie po trzech dniach. To znaczy słowo wywalili jest totalnie na wyrost. Ja nie dostałem po prostu umowy. Dlaczego? Nie osiągnąłem wyniku. Przykro mi, mr. niceguy, może po prostu już się do takiej roboty nie nadaję? Może poziom mojego wewnętrznego NIE! urósł do poziomu blokującego możliwość poświęcenia się pracom niegodnym? Jeśli tak, to szkoda, bo na horyzoncie nie ma już absolutnie nic. Długi rosną, gęby drą się coraz głośniej, a perspektywa uwolnienia się od tego wszystkiego coraz dalsza.

Myślę o tym co napisałem na początku. Powiedzcie mi, jak to jest, że frustracja związana z artystycznym i komercyjnym niespełnieniem rzutuje na każdy inny aspekt życia? Dlaczego powoduje ona, że nie mam ochoty wystawiać nosa z tej mojej nory, spotykać się z ludźmi, inicjować błyskotliwych akcji towarzyskich, z których ongiś słynąłem? Tak, zapewne ma to również dużo wspólnego z sytuacją zawodową. Bo we łbie mi się nie mieści, że wykształcony facet nie może znaleźć pracy lepszej od typa, który nie ukończył nawet ogólniaka. A i tacy często lokują się o wiele wyżej niż on.

Mimo to chcę wciąż pisać. Ekshumowałem i ożywiłem dziś bohatera mojego tworu, który miał być powieścią (twór, nie bohater). Myślę o zrobieniu z tego cyklu opowiadań. Tak na początek, jako kij i marchewka, żeby to wszystko mogło żwawiej ruszyć do przodu. Doskonale znam zniechęcenie, które wkrótce może pojawić się na mojej twórczej drodze, ale… Czy to powód, by składać broń?

Nie ruszyłem się dziś z domu. Wstałem o ósmej rano, zjadłem śniadanie, włączyłem Alan Parsons Project i tak zostałem. Tylko ja i tona papierów z ZUSu, z którymi nie potrafię się uporać od miesiąca. Nie wiem, czy to co napisałem ruszy sprawy do przodu, nie wiem czy dokumenty, które uzbierałem wystarczą, nie wiem, czy to w ogóle jest warte moich nerwów. Trochę się pomęczyłem, trochę poudawałem pisarza, trochę poczytałem, wykonałem kilka ważnych telefonów i mamy północ. Dzień zleciał jak Kukuczka.

A zaraz przed napisami końcowymi, kiedy już myślałem, że ten frustrujący film skończy się tak jak się zaczął, nastąpił nagły zwrot akcji. Nie żeby od razu jakieś epickie kha-boom. Nic z tych rzeczy, niestety… Dowiedziałem się po prostu, że jestem osobą nieczułą, która totalnie straciła pasję do swojej, jakby to romantycznie ująć, drugiej połówki. Wiecie, absolutna olewka, uczuciowa apatia, skamielina, zastałość… No i skończył się ten dzień konwersacyjnym ping pongiem, w którym żadna ze stron nie chce zrozumieć drugiej, a własne racje, wespół z dumą, blokują możliwość myślenia ciut innego, niż to, które się gdzieś tam poukładało. Punkt po punkciku, jak szkolny konspekt…. A przecież to tak nie działa.

No dobra, zamykam ten zeszyt. Wrócę jak będę w bardziej bojowym nastroju. Opowiem może cos ciekawego. Właściwie ten tekst miał wyglądać zupełnie inaczej, a stał się smutnym rzygiem sfrustrowanego, nie potrafiącego sobie poradzić z dorosłym życiem, artychy. No cóż, stwierdziłem, że nie mam, kurwa, siły. Toteż idę.

poniedziałek, 4 października 2010

18. Dworcowy glamour i bardowski blues


Remontują nam dworzec w Większym Mieście. Ten nieszczęsny maszkaron, będący dotychczas mrocznym widmem minionej epoki, wreszcie dostał szansę na wspaniałą przyszłość! Przepych, blichtr i glamour! Witaj wielki świecie, żegnaj zaścianku? Tak, chyba coś w tym stylu. A to ciekawe, moi kochani, przez tyle lat, jak długo żyję, wszyscy dookoła wzdychali, nadymali się i jęczeli, by wreszcie zrobić coś z tym truchłem psującym wizerunek starego śródmieścia. Zburzyć, zaorać i postawić coś, co da nam poczucie, że oto stanowimy jedność z lepszą częścią tego kraju, a nawet całego kontynentu. I wreszcie, po latach stękania, biadania i pomstowania, pojawiły się plany, a w końcu nawet pieniążki. Zanim jednak robota ruszyła pełną parą, na drodze postępu stanęli, jak zwykle, obrońcy spraw kuriozalnych. Szacowne gremium architektów – najwyraźniej miłośników turpizmu, postanowiło pobawić się w Rejtana i rozedrzeć koszule w geście sprzeciwu wobec planów rozebrania post nuklearnego maszkarona. Wielu Józków, Mietków, Stanisławów i innych obywateli Większego Miasta, rozdziawiło tedy gęby w cichym zdumieniu, bo oto nagle oświecono ich, że od tych kilkudziesięciu lat obcowali z najprawdziwszym dziełem sztuki! „Jezusmaria, to tak jak dworzec w Paryżu, czy metro w Moskwie?” No cóż, wypada myśleć, że tak. Inaczej wychodzisz pan na ignoranta i buraka. Mówiąc szczerze, mieszkańcy Większego Miasta mają wyjebane na, so called, arcydzieła brutalizmu jakimi okrzyknięto nagle dworcowe kielichy. Na co komu świadomość wyjątkowości tego obiektu, skoro kryje się za nią wyłącznie kosmiczna brzydota? Czy kupa zrobiona sto lat temu nie pozostaje kupą ( Nie, gdyż ulega biodegradacji. Poza tym ten dworzec nie ma stu lat – przyp. Dr L.). No to inny przykład: wyobraźcie sobie gremium znawców, specjalistów z dziedziny kultury, sztuki, architektury i czego tam chcecie, pochylające się nad najzwyklejszym gównem w celu orzeczenia, iż oto do czynienia mamy z niemal podręcznikowym przykładem jakiegoś tam –izmu. I nie sprzątać, bo to zbrodnia w skali światowej! Czy to nobilituje śmierdzącego, obrzydliwego kloca? In my honest opinion, niet!

Jeśli już nie da się na powrót zaadaptować budynków starego dworca, to niech chociaż powstanie tam coś, co sprawi nam jakąkolwiek przyjemność. Estetyczną, zapachową… No i chociaż niech da nam to niezastąpione poczucie dumy, że mamy takie fajne coś…

Uderzyłem w ten wysoki ton, gdyż, jeśli wszystko pójdzie tak jak pójść powinno (czyt. jeśli się sprawdzę), znów będę pracownikiem firmy mieszczącej się w Większym Mieście. Oznacza to, iż ów przechodzący gwałtowne przeobrażenia dworzec stanie się na powrót moją codziennością. Każdego dnia około 7.30 i 15.30, będziemy jak starzy kumple, którzy witają się mówiąc „hej, to znowu ty” i żegnają rzucając krótkie „do jutra, stary”.

Ale, byłbym pierdołą straszliwą i marudnym fiutem, gdybym nie przyznał, że to, co zwojowano w, dotychczas uryną i kałem trącących korytarzach, godne jest najwyższej pochwały, jeśli nie pomnika na placu głównym. Miast po próżnicy mamonę trwonić i starożytny surowiec na zmarnowanie wyrzucać, jakieś mądre głowy postanowiły sprowadzić z wielkiego świata zmyślne urządzenia, które dokonały totalnego cleaningu ścian, sufitów i podłóg. Co z tego wyszło? No panie, jakbym panu nie powiedział, to byś pan pomyślał, że to wszystko funkel nówka nie śmigana! Coś wspaniałego. I dumą napawa!

Mimo wszystko uważam, że na tym poprzestać powinni, a całą górę zastąpić należy czymś cieszącym oko i sycącym duszę. Bo jam człek wrażliwy, nie dla mnie turpizmy, gdy chcę ukojenia po roboty ciężkim znoju, bądź imprezy całonocnej trudzie. Chcę światła, piękna i nadziei! Odlecieć chcę!

I tak, wracając dziś z pracy znów natknąłem się na tego nieszczęśnika, znajomego z dawnych lat, jak dzierżył w swej lewicy plik ulotek. Tym razem, swą fizjonomią heavy metalowego drwala, brukał majestat teatru starego jak Jehowa. Na szczęście obyło się bez obustronnego uczucia zmieszania, jakie towarzyszyło nam podczas poprzedniego spotkania. Okazało się, że rozdawnictwo reklamowej makulatury to nie jedyne zajęcie w życiu mego starego druha. Krzepiące. „Wciąż gram”, rzekł, „Nagrałem płytę demo”. Pocieszające. Ponoć para się muzyką akustyczną. Full romantic, tylko on i gitara. Jak stary bluesman u kresu swej drogi. Wszystkich nas, niespełnionych muzyków, wieczne dzieci dryfujące w zdradliwym oceanie marzeń, dopadnie to samo. Kurewsko wielki bucior cioteczki rzeczywistości. Ale będziemy grać dalej! Będziemy przymierać głodem, cedzić niezrozumiałe teksty przez zepsute zęby, chodzić w jednej parze dziurawych gaci, a jednak do końca nie ustaniemy w uporze, że to już jutro, jużżżż… Fame, fame makes a man take things over*!

W każdym razie, jak się okazało, równy z niego gość i zapewne zatrzymam się przy nim jutro i pojutrze, i popojutrze i…I wiecie co? Ja wciąż nie wiem jak typ ma na imię!

___________________________________________________________________________
* Jak śpiewał David Bowie